Waldemar Kaszuba był uczestnikiem 6. edycji programu "Rolnik szuka żony". Widzom szczególnie zapadła w pamięć jego kontrowersyjna decyzja - mężczyzna nie wybrał żadnej z kandydatek i zakończył udział w programie w jego początkowej fazie. Teraz znów zrobiło się o nim głośno. W rozmowie z Pomponikiem Kaszuba ujawnił, że w ostatnim czasie musiał zmierzyć się z ciężką chorobą.

"Rolnik szuka żony": choroba Waldemara Kaszuby

Jak relacjonuje Pomponik, problemy zdrowotne Waldemara Kaszuby zaczęły się tuż przed nagraniami do świątecznego odcinka programu. Rolnik zbagatelizował przeziębienie i ropień na szyi. 

Pracowałem w gospodarstwie, było zimno, padał deszcz, a ja miałem wycinkę drzew. Przewiało mnie, wziąłem antybiotyki, a po dwóch tygodniach okazało się, że na szyi mam guz, który nagle się powiększył. Przyjaciel doradził mi, żebym zgłosił się do szpitala MSWiA w Warszawie, więc ostatkiem sił dotarłem tam i trafiłem na SOR i po 24 godzinach czekania przyjęto mnie na oddział laryngologii, po trzecim badaniu USG okazało się, że guz pękł, może zalać mi pień mózgu i sparaliżować centralny układ nerwowy. Karetką, na sygnale, przewieziono mnie do szpitala w podwarszawskim Międzylesiu i od razu trafiłem na stół operacyjny, dokumenty podpisywałem na ścianie.

Ropień, który okazał się nowotworem złośliwym, usunięto, ale wkrótce pojawił się nowy. Konieczne było dalsze leczenie. Ostatecznie, mężczyzna spędził w szpitalu wiele miesięcy.

Okazało się, że mam kolejnego guza, którego mi wycięto, a po operacji lekarz chciał wypisać mnie do domu. Po miesiącu różnych badań dowiedziałem się od pani doktor, że mam nowotwór złośliwy. W trybie pilnym trafiłem do Centrum Onkologii w Warszawie i zostałem tam pięć miesięcy... Przeszedłem trepanobiopsję, punkcję, cytometrię, badanie PET. W mojej jamie brzusznej wykryto kolejnych sześć nowotworów, każdy wielkości od 3 do 10 cm, a potem jeszcze białaczkę. Dostałem najsilniejszą chemię, szesnaście razy podawano mi krew, dziesięć razy płytki. Mimo silnych leków mój organizm nie wytworzył komórek macierzystych do przeszczepu. Brałem morfinę - zwierzył się portalowi Kaszuba.

Rolnik wyznał, że podczas inwazyjnego leczenia schudł 11 kilogramów. Ostatecznie został wypisany ze szpitala, ponieważ - jak relacjonuje - "jego organizm odmówił współpracy" a "białaczka postępuje".

Chciałem wrócić do szpitala, ale lekarz powiedział mi przez telefon: gdzie się pan pchasz, czy nie lepiej umierać w domu, wśród bliskich, zamiast w szpitalu. I zostałem - przyznał.

 Według mężczyzny to ostatecznie nie medycyna, a wiara pomogła mu w walce z chorobą. Przełomowym momentem była wizyta na Jasnej Górze.

Jeśli wierzysz w Boga, to wiesz, że nigdy nie będziesz sam. Modliłem się codziennie, na klęczkach przy szpitalnym łóżku. [...] Położyłem tam (na Jasnej Górze - red.) bukiet biało-czerwonych róż i zawierzyłem swój los Królowej Polski. Potem wypiłem wodę święconą z sanktuarium w Licheniu od kobiety, która doznała objawienia Matki Bożej. W kolejnych dniach poczułem, że muszę zagrać w kościele, w mojej parafii w Dąbrówce Nagórnej. [...] Od tego momentu z godziny na godzinę i z dnia na dzień czułem się coraz lepiej. Choroba wyraźnie ustępowała - mówił w rozmowie z Pomponikiem.

Zdaniem Waldemara Kaszuby to właśnie usilna modlitwa przyczyniła się do wyraźnej poprawy zdrowia. Mężczyzna zapewnia, że przeprowadzono badania, z których wynika, że faktycznie jego stan się poprawia.

ZOBACZ TAKŻE: Zenek Martyniuk umieści mamę w specjalnym ośrodku. Nie każdego stać na taki gest