Małgorzata Malinowska: Do niedawna porody kojarzyły nam się głównie z porodami rodzinnymi lub cesarskim cięciem. Ostatni rok wszystko zmienił i kobiety zmuszone były do porodów bez osoby towarzyszącej. Jakie emocje towarzyszyły mamom, które stanęły przed koniecznością rodzenia samej bez wsparcia partnera czy kogoś bliskiego?

Natalia Barska: Tutaj były dwa bieguny tej sytuacji. Z jednej strony bardzo często było widać dużo strachu i niepewności przed porodem a z drugiej totalną mobilizację. Na zasadzie przychodzę tu, wykonuję to trudne zadanie i wychodzę. Takie nastawienie bardzo dobrze sprawdzało się podczas samego porodu. Kobiety były zadaniowe i świetnie współpracowały z personelem. Drugim biegunem był strach i niepewność. Niestety ten strach bardzo mocno nasilił się również u kobiet w połogu.

Jak już mówimy o połogu, to też mogę powiedzieć na swoim przykładzie, że nie jesteśmy wcale przygotowywane do tego okresu. Pamiętam, że jak sama uczęszczałam do szkoły rodzenia, to temat połogu prawie wcale nie był poruszany. I jak już budzimy się w takiej nowej połogowej rzeczywistości, dodatkowo dochodzą hormony, nie radzimy sobie ze stresem, jesteśmy pozostawione same sobie. Jak pomóc w tej sytuacji kobietom?

- Problem polega na tym, że kobieta kieruje swoją uwagę na moment porodu jako na moment kulminacyjny, a ciąża, która jest pięknym stanem, jest czasem zmiany, którą kobieta bardzo mocno przeżywa i znajduje ogromne wsparcie w otoczeniu. Szkoły rodzenia coraz lepiej radzą sobie z tematem porodu i tutaj świetnie zdają egzamin. O połogu i noworodku dają nam jednak wiedzę niewielką i czysto teoretyczną, która na ogół nie znajduje większego zastosowania później. I taki przekaz spotykamy niemal wszędzie. Opieka okołoporodowa skupiona jest głównie na porodzie. Połóg, czyli wszystko to, co jest „po” od zawsze spada na drugi plan. Wygląda to niestety tak, że kobiety po porodzie są pozostawione same sobie. Często bardziej doświadczone mamy uczą te, które mamami są po raz pierwszy. Niestety tak też są skonstruowane nasze oddziały położnicze. Personelu jest na nich bardzo mało, a jak już jest to często niestety brakuje mu pierwiastka profesjonalnej empatii. Połóg nie jest w szpitalach czymś postrzeganym indywidualnie i holistycznie. I mówię to z ogromnym żalem. Połóg to głównie stan ogólny, obkurczająca się macica i karmiąca pierś. To wszystko. Czasem się zdarzy, że ktoś zauważy pogorszony nastrój lub że kobieta sama zgłasza jakieś dolegliwości. Nikt nie postrzega tego jako szereg procesów, które do czegoś prowadzą a w naszych warunkach z jakiegoś powodu ich naturalny przebieg jest zaburzany. Z moich obserwacji wynika jedno: wystarczy obniżyć poziom stresu by podnieść poziom pewności siebie, a to oznacza poprawę. Czasem wystarczy jedna rozmowa. Czasem ich szereg. Te minuty spędzone z pacjentką naprawdę są ważne, bo przywracają wiarę we własne możliwości.

Jak teraz trafić na osobę taką jak, ty, która wesprze kobietę po porodzie, bo przecież to jest całkowicie inna położna niż ta, którą wybieramy do porodu, prawda?

- Opieka położnej przy porodzie polega na tym, że położna jest obecna przy pacjentce w czasie terminu porodu i w momencie kiedy poród się zaczyna. Prowadzi cały poród od momentu przyjęcia do szpitala do urodzenia się dziecka plus dwie lub cztery godziny po porodzie i to jest wszystko. Później kobieta trafia pod opiekę oddziału położniczego, na którym zdarza się, że opieka jest bardzo dobra, ale zdarza się też, że nie do końca jest taka jak sobie wyobrażałyśmy. Oczywiście są świetne położne, które przyjdą, pomogą, porozmawiają, poradzą. Takie, które zrozumieją różnicę między pacjentką, która rodziła siłami natury i pacjentką po porodzie przez cięcie cesarskie. Ale są położne, które nie mają takich nawyków i nie chcą ich mieć, twierdząc, że nie mają na to czasu. Ciężko powiedzieć z czego takie podejście wynika. Czy jest to sprawa indywidualna czy wypalenie zawodowe, niedokształcanie się, niewiedza, czy też wąskie patrzenie na potrzeby kobiety w tym czasie. Dla każdego medyka w dzisiejszych czasach wyłuskanie tej chwili, żeby pobyć z pacjentką, to jest wyzwanie, a także chęć podjęcia się tego wyzwania… Jak nam się uda, to mamy wielki sukces.

Musimy się tego domagać?

- Oczywiście. Mamy do tego pełne prawo i wręcz powinnyśmy. Ale zamieńmy słowo „domagać” na „wyrazić potrzebę”. Takie momenty bywają pełne napięcia, bo może pojawić się złość i roszczeniowość. A ważne jest żeby wiedzieć, że zawsze możemy poprosić spokojnie o pomoc i najpewniej ją otrzymamy. Ale poziom świadomości to też bardzo niejednoznaczna sprawa. Zdarzają się pacjentki, które z przerażeniem reagują na krwawienie połogowe. Potrzebujemy uruchomienia świadomości społecznej dotyczącej połogu. Tego, że takie procesy w połogu jak obrzęki czy obfite pocenie się, są normalnym objawem, tak samo jak utrata masy ciała przez noworodka.

Młode mamy właśnie tę utratę wagi dziecka bardzo przeżywają i doszukują się problemu w sobie.

- Tak, pierwsza rzecz jaka przechodzi im przez myśl to: „Gdzie ja popełniłam błąd? Co ja robię źle?” A przecież od samego początku kobiety kosztem siebie robią praktycznie wszystko i napotykają się na ocenę w stylu: „Źle pani robi”, „Źle pani przystawia”, „Nie robi pani tego tak, jak powinna”. Zdarza się też jeszcze słynna „zła matka”. Niestety. Jak widać jest tu potrzebna nauka komunikacji – zarówno ze strony personelu, jak i pacjentek. Pacjentki powinny mówić o swoich potrzebach - a zrobią to tylko wtedy, kiedy będą ich świadome. Ja zawsze w tym momencie mówię pacjentce: „Czy wie pani, że na świecie jeszcze nie urodził się człowiek, który nie spadłby z masy ciała w pierwszych dniach po urodzeniu? To normalne!”. Z tą miłą refleksją wiem, że mogę iść dalej i zająć się jej sprawami związanymi z karmieniem. I od razu jest mniej stresu!

A mówiąc o porodzie, wiele moich koleżanek szykując się do porodu, wybiera się do fryzjera, robi paznokcie. Chce w tym momencie, chociaż na początku wyglądać i czuć się dobrze. Czy było coś takiego w Twojej pracy, co cię zaskoczyło właśnie w temacie takich przygotowań pacjentek do porodu?

- Kiedyś zaskoczyła mnie pacjentka, która zgłosiła się do szpitala na planowe cięcie cesarskie. To było w prywatnym szpitalu, gdzie pani po przyjęciu została odprowadzona przeze mnie do swojej sali, w której spędzi praktycznie cały szpitalny pobyt. Weszłam z panią do sali, zebrałam wywiad i wyszłam na chwilę, żeby dopełnić formalności. Kiedy do niej wróciłam, kobieta była przebrana w przepiękny jedwabny szlafrok i miała w dłoni pęczek szałwii, której dym roznosił po pokoju. Szałwia jest jednym ze sposobów relaksacji. Są osoby, które wierzą w to, że ma ona wpływ na znoszenie złych mocy i stanowi pewnego rodzaju rytuał. Wiedziałam, że to jest sposób tej pani na lepsze samopoczucie i zniesienie stresu. Uważam, że każda taka rzecz, która oczywiście mieści się w granicach rozsądku jest dobra. Obojętnie czy jest to okadzanie się szałwią, czy zapalenie świecy lub kadzidełka. Mnie to cieszy, bo ja wiem, że taka pacjentka ma świadomość siebie i ma świadomość tego, że pojawił się u niej stres, z którym ona sobie w ten sposób radzi. Najgorsze, co się może przytrafić, to zatrzaśnięcie tego lęku i stresu w sobie. Stres ma ogromny wpływ i na poród, i na połóg. Hormony stresu działają w bardzo zły sposób. Zawsze.

Czy Ty jako położna jesteś w stanie zauważyć ten stres u rodzącej?

- Tak. Oczywiście jest to wynik mojej edukacji i kierowania się swoimi autorytetami w pracy. Zostałam nauczona, że przez taki pryzmat mam postrzegać pacjentkę. Szukać jej potrzeb, docierać do niej. Nie być obojętną. Ważne jest to, żeby przyjść do kobiety, nawiązać z nią kontakt, a nawet złapać za rękę i powiedzieć: „Jestem twoim człowiekiem, który pomoże ci przez to przejść”. Pacjentka nabiera momentalnie pewności siebie, bo jest ktoś, kto nad tym panuje i wie, że nie jest sama. To też jest nasze hasło na czas pandemii, które położne wystosowały do kobiet na samym początku tego trudnego czasu: „Pamiętaj nie jesteś sama, nie rodzisz sama. Masz mnie i jestem tutaj Twoim człowiekiem”.

Porozmawiajmy teraz o mężczyznach na porodówce.

- Faceci na porodówce są świetni. Są zadaniowi. Jak poprosisz o sprawdzanie co jaki czas pacjentka ma skurcze, zrobią to co do sekundy. Stanowią genialny łącznik pomiędzy kobietą a personelem medycznym. Do takiej współpracy potrzebna jest więź między partnerami, która jest zarówno intymna, jak i taka „ręka w rękę”. A zdarza się też inaczej. Zdarzają się sytuacje, gdy kobieta nie chce się pokazać przed partnerem bez makijażu, a co dopiero jak rodzi. To może rodzić niedopowiedzenia lub nawet traumy. Zdarzali mi się też mężczyźni albo osoby towarzyszące niezainteresowane sytuacją. Kobieta w porodzie była sama. Mimo tego, że osoba towarzysząca siedziała obok, czytała gazetę, siedziała z telefonem, spała.

I to chyba jest jeszcze gorsze…

- Chodzi o to, żeby uszanować decyzję drugiej osoby. Jeżeli facet mówi: „Słuchaj, to nie jest dla mnie”, to lepiej dogadać jego obecność przy porodzie do pewnego momentu, a po tym kobieta mobilizowana przez położną spokojnie urodzi i będzie miała pewność, że on jej nie zostawił. Naprawdę tragicznym widokiem jest kobieta, która jest zostawiona w porodzie, a obok na krzesełku siedzi pan z telefonem. To są sytuacje, które trzeba dogadać. Są przepiękne porody z osobą towarzyszącą. Są przepiękne rodzinne porody. Są sytuacje, kiedy mężczyzna wchodzi z kobietą razem do wanny, podtrzymuje ją, kiedy razem dotykają główki w trakcie porodu. To wszystko zależy od relacji. I to, że on czegoś nie chce, bo stawia granice, to nie znaczy, że jest gorszy lub że jej nie kocha. On po prostu szanuje swoją granicę i szanuje wspólną relację.

A co z historiami mężczyzn mdlejących na porodówkach?

- Tu muszę stanąć w obronie mężczyzn. Przez 10 lat, od kiedy mam do czynienia z położnictwem, to na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje kiedy mężczyzna zrobił się biały i zakręciło mu się w głowie. Częściej jest wzruszenie i płacz ze szczęścia. To jest potężne uderzenie rodzicielskich emocji, którym dają upust. Nie oszukujmy się, mężczyźni do pewnego etapu nie są w stanie wyobrazić sobie ciąży. Oni pragną zobaczyć dziecko, organoleptycznie je poczuć. Jest taka teoria, która mówi, że noworodek zaraz po porodzie wygląda jak ojciec. Antropologicznie ponoć jest to dlatego, żeby ojciec wiedział, że jest ojcem. W momencie, kiedy mężczyzna zobaczy swoje dziecko, to się w nim zakochuje.

Czy ojcowie chętnie przecinają pępowinę, a może zdarza się, że odmawiają?

- Czasami odmawiają. Uważam, że jest to sytuacja, która powinna być wcześniej uzgodniona z rodzicami i trzeba się tego trzymać. Są położne, które trochę przymuszają ojców do tego i panowie robią to z trzęsącymi się rękami. My oczywiście podajemy pępowinę bezpiecznie. Jeśli chodzi o samą pępowinę, to tutaj jest też pewne sacrum. Tak naprawdę później rodzice mają z nią do czynienia dość długo - chociażby w momencie pielęgnacji pępka, a jednak boją się jej dotykać. Co innego jak uświadomimy rodzicom, że pępowina jest nieunerwiona, w związku z czym nie boli dziecka. Jest jak włos czy paznokieć. Są też kobiety, które same sobie przecinają pępowinę.

Aż ciężko to sobie wyobrazić…. Ale jak już jesteśmy przy tej pępowinie, to często słyszymy o tym, że rodzice zostawiają sobie pępowinę na pamiątkę lub zasuszają łożysko. Czy to się u nas zdarza?

- To się zdarza. Częściej w porodach domowych, które teraz przez okres pandemii zwiększyły się skokowo. Ja uważam, że to jest super. Bo tak naprawdę wracamy do tego, co jest naszą naturą. Ale musimy pamiętać o tym, że poród domowy nie może odbywać się kosztem nas ani kosztem naszego dziecka. Jeżeli nie mamy wskazań do porodu domowego, to naprawdę nie powinnyśmy na siłę tego robić. Nie możemy dać się ponieść modzie. A w naszym społeczeństwie jest trochę tak, że jak idziemy za modą, to skrajnie i po całości. Zdarzyło mi się trafić na pacjentki, które miały zagrożone ciąże lub zagrożone porody i decydowały się na porody domowe. Kończyło się to niestety różnie.

Czy Polki często decydują się na przykład na porody inspirowane porodami gwiazd, na przykład na poród lotosowy?

- Tak. Bardzo często zdarzają się porody lotosowe. Jest to poród w domu, ponieważ szpitale najczęściej nie zezwalają na takie porody. Polega to na tym, że dziecku po urodzeniu nie odcina się pępowiny i pozostawia się ją wraz z łożyskiem do jej naturalnego odpadnięcia. Rodzice uznają to jako element, który jest dla dziecka bardzo ważny. Samo łożysko pozostawiane jest w specjalnym miejscu, na przykład w koszyczku i jest zasypywane solą i ziołami, które powodują, że łożysko zasycha i nie rozkłada się. Musimy jednak pamiętać, że decydując się na poród lotosowy musimy naprawdę świadomie podejść do tematu, żeby też dziecku nie zaszkodzić. Pamiętajmy, że może to być droga wejścia bakterii, a nie każdy zdaje sobie z tego sprawę.

Na koniec chciałabym poruszyć jeszcze jeden ważny temat, a mianowicie depresji porodowej, o której niestety wciąż za mało się mówi.

- Niestety depresja poporodowa nasiliła się u młodych mam. Uważam, że praca z psychologiem po porodzie powinna być zapewniona i refundowana, bo to jest kolejny temat, który jest tematem tabu. Niestety my jako społeczeństwo, kobiety w ciąży gloryfikujemy, a matkę skazujemy. „Ty sobie nie radzisz? Jesteś matką! Nie karmisz piersią! Dlaczego? Powinnaś! Robisz to źle!” Jesteśmy naprawdę świetni w tym, żeby kogoś ocenić, a kobieta po porodzie nie ma żadnego pancerza ochronnego. Jest bardzo delikatna i wrażliwa, a każdą krytykę mocno przeżywa. Ja zawsze mówię pacjentkom: „Słuchaj, poza tym, że urodziłaś dziecko, urodziłaś też łożysko, które ma tutaj ogromne znaczenie”. Łożysko jest jednym z organów hormonotwórczych w ciąży, odpowiedzialnych za wiele procesów. I nagle, po porodzie, tego łożyska nie ma. Dochodzi do ogromnej burzy hormonalnej, która jest elementem połogu. Mogą wtedy pojawić się i zaburzenia psychiczne, i depresja, i ogromny smutek. Ważne jest, żeby mieć obok siebie człowieka, który to zauważy. Z tak zwanego „dołka” po porodzie dość szybko się wychodzi, ale jeśli widzisz, że ciągle jest ci bardzo ciężko, to ważne żeby szukać pomocy u specjalisty. Spotykałam się z pacjentkami, u których rezygnowałyśmy z karmienia piersią na poczet psychiki. Były też i takie, u których była zdiagnozowana psychoza poporodowa i hamowałyśmy laktację. I to są bardzo trudne przypadki. To jest niestety brak wiedzy, którą powinnyśmy przekazywać wcześniej, udostępniać ją naszym pacjentkom. To nie jest wina położnej, ani tym bardziej pacjentki - to jest wina systemu, w jakim funkcjonujemy.