Ustawa o aborcji: jak ją odczytywać?

„Więzienie za aborcję”, „Zaostrzone kary za aborcję”, „Kobieta za aborcję trafi za kratki” – takie nagłówki pojawiły się w mediach po tym, jak Sejm kilka dni temu przyjął tarczę antykryzysową 4.0, w której między innymi zaostrzył przepisy dotyczące kar za nielegalną aborcję.

Postanowiłyśmy w tym temacie zasięgnąć opinii ekspertki, Kamili Ferenc – prawniczki Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, która w klarowny sposób wyjaśniła nam, co tak naprawdę zmieniło się w tej ustawie i czy kobiety i lekarze powinni się bać.

Rzeczywiście media podają pełne emocji nagłówki, ale za mało w nich tłumaczenia kontekstu. W pierwszej kolejności trzeba podkreślić, że kobieta za swoją własną aborcję nie jest nigdy karana. Jeżeli mówimy o karalności aborcji to tylko w kontekście lekarza, który ją wykonuje poza przesłankami i warunkami wskazanymi w ustawie o planowaniu rodziny z 1993 r. i osoby, która pomaga w takiej pozaustawowej aborcji.” - mówi Kamila Ferenc i tłumaczy różnice w ustawie po nowelizacji.

Ustawa z 1993 roku o planowaniu rodziny mówi, że aborcję w szpitalu, na NFZ, można zrobić w trzech przypadkach. Poza tymi trzema przypadkami aborcji, przerwanie ciąży i pomoc przy niej, nawet za zgodą kobiety, może być ścigana.

Przed nowelizacją sąd miał do wyboru trzy kary: karę grzywny, ograniczenia wolności i pozbawienia wolności.

„Teraz po tej zmianie sąd wciąż może orzec grzywnę lub ograniczenie wolności, ale po spełnieniu pewnych warunków. Jakich? Po pierwsze sąd musi sobie wyobrazić, że wymierzyłby karę więzienia do roku. Wtedy dopiero może zamiast niej orzec karę ograniczenia wolności nie niższą od 3 miesięcy albo grzywnę nie niższą od 100 stawek dziennych, jeżeli równocześnie orzeka środek karny, środek kompensacyjny lub przepadek. Wciąż możliwe jest zatem otrzymanie lżejszej kary (grzywny czy prac społecznych), ale akcent jest bardziej położony na karę więzienia i rzeczywiście ryzyko, że zostanie wymierzona kara pozbawienia wolności jest większe niż wcześniej.” – wyjaśnia prawniczka.

„Ale to nie jest tak, że w teorii kara pozbawienia wolności jest jedyną możliwą karą do orzeczenia za przestępstwo z art. 152 k.k..” – tłumaczy Ferenc i dodaje, że zdaniem Federacji na Rzecz Planowania Rodziny „zmiany w kodeksie karnym są skandaliczne, zwłaszcza, że są podejmowane tak szybko i znajdują się w ustawie, która dotyczy całkowicie czegoś innego.”

Znowu aborcja jest środkiem walki politycznej i nacisku na lekarzy. Lekarze ze względu na te przepisy karne cały czas się boją, że znajdzie się prokurator, który postawi im zarzuty za przekroczenie tych trzech przesłanek ustawowych dopuszczających aborcję. W związku z tym wolą w ogóle nie podejmować się świadczenia opieki zdrowotnej pacjentkom w takich przypadkach.

"Te wszystkie pacjentki, które mają dzisiaj zdiagnozowane nieodwracalne wady płodu i wiedzą, że na przykład ich dziecko umrze tuż po porodzie, w praktyce nie mogą przerwać ciąży w Polsce, mimo, że ustawa im na to zezwala i płacą składki na NFZ, żeby mieć wykonaną procedurę medyczną za darmo w szpitalu w komfortowych warunkach. One dzisiaj jeżdżą od szpitala do szpitala i są odsyłane, są często obrażane i nie mogą wyegzekwować aborcji. Dlaczego? Bo lekarze się boją tej presji politycznej ze strony rządu, który w dodatku dysponuje presją prawną” - dodaje Kamila Ferenc.

„Sam fakt zagrożenia sankcją karną powoduje tak zwany efekt mrożący - lekarze wolą zrezygnować ze swojej działalności niż tracić część życia na ewentualne procesy.”

Stoimy na stanowisku, że tych przepisów karnych nie powinno być w ogóle. Aborcję należy zdekryminalizować i zliberalizować. Te przepisy służą dzisiaj jedynie zastraszaniu, stygmatyzacji, nazywaniu lekarzy mordercami, a kobiet morderczyniami.

Nie chcemy, żeby kodeks karny wtrącał się tam, gdzie kobiecie trzeba dać przestrzeń na jej własną decyzję, a nie straszyć ją czy jej partnera i lekarza. - tłumaczy prawniczka FEDERY.

Przeczytaj także: #TrojanDudy to kolejna krzywdząca ustawa prezydenta. Kogo dotyczy nowa tarcza antykryzysowa?