Romans z wojną w tle, dzika natura, nieposkromiony ocean i wielka miłość matki do dziecka - tak w bardzo dużym skrócie można opisać nowy, epicki film Dereka Cianfrance z Michaelem Fassbenderem i Alicią Vikander w rolach głównych. 

Światło między oceanami powstało na podstawie powieści M.L. Stedmana o tym samym tytule. Akcja dzieje się na początku XX wieku, a zaczyna konkretnie w 1918 roku. Głównym bohaterem jest Tom, który po kilku latach wrócił z frontu wschodniego i ewidentnie cierpi na powojenną traumę. Ukojenia szuka w samotności, oddając się nowemu zajęciu - zostaje latarnikiem na targanej wiatrem, odizolowanej wyspie Janus. W międzyczasie zakochuje się w Isabel, młodej mieszkance położonego najbliżej wysepki miasta i postanawia się ożenić.

Młoda żona popada w depresję po utracie dwóch ciąż, a kiedy morze wyrzuca na brzeg Janusa dryfującą łódź z niemowlakiem, namawia męża, żeby zatrzymali dziecko. To historia o budowaniu swojego szczęścia na tragedii innych, nawet nieświadomie, o uczuciu, które bywa wyniszczające, skomplikowanych ludzkich osobowościach i niezwykłej relacji rodzicielskiej.

Obsadzając w głównych rolach Fassbendera, Alicię Vikander i Rachel Weisz reżyser mógł łatwo liczyć na kasowy sukces swojego filmu. Faktycznie, przynajmniej Vikander poradziła sobie na ekranie autentycznie. Fassbender, jako przeciągnięty przez wojnę Tom, wypada dość sztywno, a w jego aktorskiej grze braknie zaangażowania. Z postaci targanego rozterkami moralnymi Toma można było "wyciągnąć" dużo więcej. Miał wzbudzać emocje, nie wzbudził ich prawie wcale.

Zdecydowanie na przeciwległym aktorskim biegunie uplasowała się młoda Szwedka i laureatka Oscara. Wspaniale przeistoczyła się na oczach widzów z pełnej naturalnego wdzięku i swoistej naiwności dziewczyny w zrozpaczoną, przepełnioną goryczą matkę.

W Świetle między oceanami ważne też są kadry. Długie, przeciągnięte ujęcia spienionych fal, porywanych wiatrem traw, nagiej skały. Kompatybilne z nastrojem bohaterów."To film o dobrych ludziach podejmujących złe decyzje", mówiła podczas premiery Rachel Weisz

Jest też kostiumowym melodramatem, zrealizowanym z rozmachem godnym Hollywood. Idealną propozycją dla fanów np. "Pokuty" z Keirą Knightley. Jednocześnie nieklasycznym wyciskaczem łez. Reżyser mógł się jednak bardziej pochylić na portretami psychologicznymi swoich bohaterów i nie traktować ich naiwnie. Poza tym, to kawałek całkiem dobrego, weekendowego kina.