"Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata"

"Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata" to pozycja, której nie może zabraknąć na Waszej wiosennej liście lektur! Niezwykłe kobiety, egzotyczne miejsca i piękne zdjęcia. Tak w skrócie można opisać wywiady z Polkami, które zdecydowały się na życiową rewolucję i przeprowadziły w najodleglejsze zakątki świata. Tylko na kobieta.pl przedpremierowo fragmenty "Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata". Dziś przenosimy się do egzotycznej Kolumbii.

Dni o smaku kawy

Kolumbia w liczbach: 14 tysięcy gatunków motyli, 3,5 tysiąca gatunków orchidei, 1865 gatunków ptaków, w tym 155 gatunków kolibrów, co zapewnia jej pierwsze miejsce na świecie we wszystkich tych kategoriach. Kolumbia jest też w światowej czołówce eksporterów szmaragdów, goździków i rolniczych maczet. Kolumbijczycy są ze swojej ojczyzny bardzo dumni i skrupulatnie odnotowują wszystkie narodowe osiągnięcia. Jednym z nich jest obecność w gronie największych globalnych producentów kawy. Kolumbia sama przypomina ten rozgrzewający napój. Pobudza, zachwyca, uzależnia, choć jest też ciemna i gorzka. Niektórzy kiedy raz jej spróbują, nie mogą już bez niej żyć. Tak jak Ewa.

Kolumbijska przygoda: Ewa Kulak-Carvajal

– Znalazłaś pracę dziesięć tysięcy kilometrów od Polski, żeby spróbować ułożyć sobie życie z kimś, kogo nigdy nie widziałaś?

Ewa Kulak-Carvajal: – Na piątym roku studiów wyjechałam na stypendium Sokrates-Erasmus do Hiszpanii. Podczas tamtego pobytu przez internet poznałam chłopaka, Kolumbijczyka o imieniu Mario. Przez ponad rok pisaliśmy do siebie maile i rozmawialiśmy przez telefon. Po zakończeniu stypendium i obronie pracy magisterskiej musiałam zdecydować: albo się wreszcie spotkamy, albo to kończymy. Byłam gotowa do niego polecieć, ale miałam świadomość, że wyjazd tylko z powodu internetowej znajomości niesie jest ryzykowny. Widzieliśmy się przecież wyłącznie na zdjęciach i przez kamerę. Dlatego wpadłam na pomysł ze stażem. Byłam tuż po studiach, nie miałam jeszcze pracy. Gdyby Mario okazał się kimś innym, niż sobie wyobrażałam, mój wyjazd nie byłby stratą czasu, bo czegoś bym się nauczyła i zyskała zawodowe doświadczenie.

– Co na to twoi rodzice?

– Mieli obawy, ale się zgodzili. Tłumaczyłam im, że z całej Ameryki Południowej to właśnie w Kolumbii hiszpański jest najbardziej neutralny. Myślę, że na ich decyzję wpłynął fakt, że sami też sporo podróżują. Przez cztery lata mieszkali w Mongolii, mieli możliwość pracy w Kamerunie. W naszym domu często bywali cudzoziemcy i podróżnicy. Zresztą, kilkanaście lat temu internet nie niósł ze sobą tylu zagrożeń, co teraz. Mimo to kiedy dziś myślę o moim samotnym wyjeździe, przechodzą mnie ciarki.

– Jak wspominasz swoje pierwsze miesiące w Kolumbii?

– Przed wyjazdem mama kazała mi zapakować kurtkę. „Przecież jadę w tropiki!”, żachnęłam się. Ale kiedy wysiadałam z samolotu, trzęsłam się z zimna. Bogota leży na wysokości 2600 metrów nad poziomem morza, nocą temperatura potrafi spaść do zera, a w mieszkaniach nie ma centralnego ogrzewania. Jednak zaaklimatyzowałam się dość szybko. Czułam się też mile przyjęta przez rodzinę Maria. Jeśli coś w moim zachowaniu wydawało im się dziwne, szybko mnie usprawiedliwiali: „Ona po prostu nie jest stąd”. Na początku ja też dziwiłam się wielu lokalnym zwyczajom. Założyłam blog www.kolumbijsko.com, który pęczniał od opisów ciekawostek i osobliwości.

Kiedyś wybraliśmy się z Mariem na festyn. W pewnym momencie podrapałam się po twarzy. Mario nachylił się do mnie i gorączkowo szeptał: „Gdzie? Gdzie on jest?”. Nie rozumiałam, o co mu chodzi. Wyjaśnił mi, że w Kolumbii drapiąc się po twarzy, dajesz innym sygnał, że w pobliżu grasuje kieszonkowiec. Zaskoczenie czekało mnie też podczas jeżdżenia autobusami. Nieraz widziałam, jak zwalnia się miejsce. Zaraz ktoś szybko je zajmował, ale nie siadał, tylko wisiał nad siedzeniem. Okazało się, że Kolumbijczycy uważają za niehigieniczne siadanie na miejscu wygrzanym przez kogoś innego, dlatego czekają, aż wystygnie. Mario nie mógł się też nadziwić, dlaczego kąpię się wieczorem, a nie rano. Nie pomagały moje tłumaczenia, że chcę zmyć z siebie miniony dzień i położyć się odświeżona, a do rana przecież się nie pobrudzę. Kolumbijczycy mają obsesję na punkcie porannego mycia, do tego stopnia, że celowo wychodzą z mokrymi włosami, żeby pokazać światu, że są czyści. Jeśli mama nie zdąży rano wykąpać dziecka, spryskuje mu włosy wodą, żeby nikt nie pomyślał, że jest brudne.

Więcej o historii Ewy przeczytacie w książce "Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata", która jest już dostępna w przedsprzedaży na empik.com.