"Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata"

"Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata" to pozycja, której nie może zabraknąć na Waszej wiosennej liście lektur! Niezwykłe kobiety, egzotyczne miejsca i piękne zdjęcia. Tak w skrócie można opisać wywiady z Polkami, które zdecydowały się na życiową rewolucję i przeprowadziły w najodleglejsze zakątki świata. Tylko na kobieta.pl przez najbliższy miesiąc, co weekend, będziecie mieli okazję przedpremierowo przeczytać fragmenty "Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata". Dziś przenosimy się w arktyczne rejony koła podbiegunowego.

Pasja dwubiegunowa: Daga i Piotrek

Przerwa w życiorysie – niektórzy tak nazywają przygodę Dagi i jej męża Piotrka. W końcu nie robili w tym czasie nic, co w ich wieku robić należy. Koło trzydziestki trzeba się przecież zawzięcie stabilizować: zaciągać kredyt, kupować mieszkanie, planować dziecko i zasługiwać na awans. Prosta, jedynie słuszna droga wytyczona przez szkołę i życiowych wychowawców. Kto z niej skręca, sam prosi się o kłopoty. A oni po prostu zniknęli z radarów. Pojechali najpierw na północ, potem na południe. Spędzili dwa lata w podbiegunowych stacjach badawczych, które opisali na blogu. Zatytułowali go Dom pod biegunem. Bo choć wrócili, to właśnie tam czuli się jak w domu.

Jak przebiega rekrutacja do stacji polarnej? Należy przyjść na rozmowę w śniegowcach i wykazać się obsługą harpuna?

– Rzeczywiście, trzeba się zaprezentować nieco inaczej niż podczas większości rozmów kwalifikacyjnych. Zależało mi, żeby sformułować atrakcyjne CV dla tak nietypowego pracodawcy, dlatego spóźniłam się o jeden dzień. Piotrek wysłał zgłoszenie poprzedniego wieczora i już rano dostał telefon z zaproszeniem na rozmowę. Z zawodu jest elektronikiem, a przy okazji techniczną złotą rączką, w stacji ktoś taki zawsze jest potrzebny. Choć odezwali się tylko do Piotrka, na spotkanie do Warszawy pojechaliśmy razem. Jako osoba towarzysząca czekałam za drzwiami.

Rozmowa z kierownikiem wyprawy szła Piotrkowi dobrze. Usłyszał: „Ma pan świadomość, że to wyjazd na rok? Co na to rodzina?”. Odpowiedział: „Rodzina nie ma nic przeciwko temu. Też wysyłała zgłoszenie i siedzi teraz na korytarzu”. Wtedy szybko odszukano moje CV i zaproszono mnie na rozmowę. Byłam do niej kompletnie nieprzygotowana!

Jak ci poszło?

Pytano mnie o różne rzeczy. Na przykład czy umiem gotować, bo zimą przez kilka miesięcy nie ma w stacji kucharza i podczas dyżurów w kuchni trzeba przygotowywać posiłki dla dziesięciu osób. Albo czy umiem sobie zagospodarować czas wolny. Wbrew pozorom to ważne, bo kiedy przychodzi zima i stacja pustoszeje, jest mniej do zrobienia, a czas zaczyna się dłużyć. Trzeba samemu planować sobie rozkład dnia, jeśli ktoś tego nie potrafi, na dłuższą metę będzie się źle czuł.

Oczekuje się tu innego rodzaju kreatywności niż w pracy biurowej. Cenne jest specjalistyczne doświadczenie, takie jak Piotrka, ale równie ważne są zainteresowania i osobiste motywacje do wyjazdu. Trzeba umieć odpowiedzieć na pytanie, dlaczego w ogóle chce się jechać. Na pewno nie dla pieniędzy, bo stawki nie są wysokie. Wprawdzie przez rok nie ma się żadnych wydatków, więc uzbiera się spora suma, ale nie znam nikogo, kto do stacji polarnej jechałby dla zarobku. Jedzie się dla marzeń, pasji. Dlatego podczas rekrutacji lepiej zrezygnować z formalnego tonu i zachowywać się jak w trakcie zwykłej rozmowy. Dobrze jest dać się poznać od strony prywatnej, bo dla kierownika wyprawy liczy się przede wszystkim czynnik psychologiczny. Wielu rzeczy można się nauczyć na miejscu, ale podstawą sukcesu jest dobrze współpracująca grupa. Piotrek interesuje się fotografią i marzył o tym, żeby robić zdjęcia zorzy polarnej. Ja bez zastanowienia powiedziałam, że jestem miłośniczką fok i chciałabym je zobaczyć w ich naturalnym środowisku. To od razu przełamało – nomen omen – lody.

Udało się, dostaliście się oboje. A gdyby zakwalifikowało się tylko jedno z was?

Zrezygnowalibyśmy. Jesteśmy takim typem pary, która najlepiej czuje się razem i źle znosi rozłąkę. Przez jedenaście lat wspólnego życia najdłużej wytrzymaliśmy bez siebie dwa tygodnie, a co dopiero rozstać się na rok. W ogóle nie braliśmy takiej opcji pod uwagę.

Stanęliśmy przed takim dylematem później. W Hornsundzie spędziliśmy rok od lipca 2012 do lipca 2013. Po powrocie postanowiliśmy wyjechać na następną wyprawę polarną i przystąpiliśmy do składania aplikacji. Piotrek dostał świetną ofertę pracy w brytyjskiej stacji Halley VI na Antarktydzie. Zarządza nią British Antarctic Survey, organizacja posiadająca stacje w Arktyce i Antarktyce. Zaproponowano mu dziewiętnastomiesięczny kontrakt na stanowisku elektronika. Ja się nie dostałam. Wiedziałam, że taka okazja może się nie powtórzyć, dlatego pozostawiłam decyzję jemu, zrezygnował. Składał też dokumenty do amerykańskiej stacji na Grenlandii na stanowisko inżyniera elektronika. Nie udało się. Kilkakrotnie zgłaszaliśmy się do Polskiej Stacji Antarktycznej imienia Henryka Arctowskiego. Stacja należy do Zakładu Biologii Antarktyki, podlegającego pod Instytut Biochemii i Biofizyki PAN i mieści się na Wyspie Króla Jerzego w archipelagu Szetlandów Południowych. Dopiero za trzecim razem, w maju 2015 roku, dostaliśmy się oboje. Byliśmy zdeterminowani, żeby jechać razem, i cierpliwie czekaliśmy.

Nie było wam szkoda czasu? Wychowanie w polskich domach dość mocno narzuca jedyną słuszną kolejność: studia, praca, ślub, dziecko. I to szybko. Trzeba odwagi, żeby nie poddać się tej presji.

Nasza decyzja była zupełnie nie w moim stylu. Wcześniej lubiłam mieć wszystko dokładnie zaplanowane, myślałam na dziesięć lat do przodu. Kiedy zakwalifikowaliśmy się do pracy w stacji, rodzina i przyjaciele próbowali wybić nam z głowy ten pomysł. Ostrzegali, że zrobimy sobie dziurę w życiorysie, przerwiemy dobrze zapowiadające się kariery i stracimy czas, który trudno będzie potem nadrobić. Jakbyśmy mieli spędzić ten rok w więzieniu. A przecież zamierzaliśmy pracować, zdobywać doświadczenie i nowe umiejętności.

Byliśmy pewni, że po powrocie z wypraw polarnych znajdziemy pracę, jeśli nie w zawodzie, to inną. Uważamy, że świat jest większy, niż się nam wydaje, i oferuje wiele różnych możliwości. W obu stacjach poznaliśmy ludzi o niestandardowym sposobie myślenia i najróżniejszych życiowych scenariuszach. Często niepotrzebnie się napinamy i zamartwiamy, co będzie w przyszłości. Jasne, nic samo nie spadnie z nieba, o wiele spraw trzeba się zatroszczyć, ale nie przesadzajmy z tym obsesyjnym pośpiechem.

Jak wrócić do zwykłego życia po takiej przygodzie jak wasza? Praca za biurkiem, mieszkanie w bloku, zakupy w spożywczaku – to wszystko musi się potem wydawać bezbarwne.

Nie wróciliśmy do etatowej pracy, szukaliśmy na siebie innego pomysłu. Piotrek założył własną firmę, ja prowadzę warsztaty dla dzieci, bo widzę w takiej pracy głęboki sens. Od wysokiego wynagrodzenia ważniejsze jest dla nas poczucie misji. Nie chciałabym więcej pracować za biurkiem jako specjalista od marketingu, choć znam takich, których to uszczęśliwia. Kiedy ma się trzydzieści lat, powinno się wiedzieć, co się chce robić w życiu. Ja tego nie wiem. Może to źle, a może dobrze. Jestem otwarta na różne możliwości, które łatwo przegapić, gdy ma się na życie dokładny plan.

Planowanie jest złe?

Ostatnio rozmawialiśmy ze znajomymi. Oboje pracują w dużych firmach, dobrze zarabiają, mają dom, dwa samochody. Zapytaliśmy ich o plany na przyszłość. Odpowiedzieli, że jest im fajnie i właściwie to nie mają żadnych innych dążeń. Wtedy zrozumiałam, że mnie nie o to chodzi. Nie patrzę na życie jako zmierzanie do celu, który osiągnę i osiądę na laurach. Chcę zawsze czuć w sobie taki zapał, jak dziś.

Więcej o ich historii przeczytacie w książce "Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata", która jest już dostępna w przedsprzedaży na empik.com.