Gala: Czy z Gazety Wyborczej wyrzucono cię za niesubordynację?

Robert Leszczyński: To nie tak. Odszedłem na własną prośbę, chociaż jakiś element niesubordynacji miał miejsce w tym przypadku. Kiedyś byłem absolutnym fanatykiem pracy w Gazecie, ale mniej więcej od dwóch lat oddalałem się od firmy. Nie chodzi tylko o Idola, ale i o inne rzeczy, które zacząłem robić poza redakcją. W kwietniu ukazała się zmiksowana przeze mnie płyta. W czerwcu następna trafi do sklepów. Chodzi o to, że przekroczyłem barierę pomiędzy byciem opisującym a opisywanym. To wszystko mnie wyklucza jako dziennikarza muzycznego: czasowo, moralnie, etycznie.

Gala: Nie żałujesz tej decyzji?

R.L.: Do dzisiaj mam kaca. To był bodaj najtrudniejszy krok w moim życiu. Gazeta to fantastyczne miejsce, gdzie wszyscy, od praktykantki do redaktora naczelnego, są na ty. Zbiegają się tam informacje z całego świata i pracuje masa kompletnie zakręconych ludzi. Lecz - mówiąc językiem wałęsowskim - nie chciałem odejść, ale musiałem. Przed Gazetą zajmowałem się robieniem muzyki i "ciągnęło wilka do lasu".

Gala: Przypominam sobie twoje początki. Napisałeś list otwarty do Gazety Wyborczej. Oburzyło cię, kiedy Republika zaśpiewała piosenkę Obejmij mnie Czeczenio, wykorzystując tragedię do swoich celów promocyjnych.

R.L.: Bardziej chodziło o związane z nią fiasko akcji pomocy Czeczenii, ale i tak Grzesiek Ciechowski traktował mnie jak wroga publicznego nr 1. Pojednaliśmy się dopiero po kilku latach. To on wyciągnął rękę do zgody. Rzadko zdarzają się ludzie z taką klasą.

Gala: List wywołał burzę?

R.L.: List wywołał burzę, a ja dostałem pracę w Gazecie. Od tej pory burze zdarzały się regularnie. W branży muzycznej uznano, że jestem wariatem.

Gala: Kręciło cię to?

R.L.: Absolutnie nie, ale czułem, że nie mogę inaczej pisać. Byłem bodaj pierwszym dziennikarzem, który reprezentował nie muzyków, tylko czytelnika, słuchacza. Jeśli jako recenzent nie podejmujesz decyzji oceniającej, nikt cię nie może oskarżyć o błąd. To wygodne i powszechne. Bo ocenianie bywa bardzo bolesne. Zwłaszcza na początku kariery dziennikarskiej, kiedy wszyscy zastanawiają się, kim jest ten gnój, żeby ferować wyroki. A ty przychodzisz i mówisz: zdaniem niżej podpisanego Roberta Leszczyńskiego na tę płytę szkoda prądu. Wstręty, które mnie później spotykały ze strony rozmaitych "gwiazd" naszej muzyki, nie były przyjemne, ale ja powtarzałem, że nie jestem od lubienia i przyjaciół szukam poza branżą muzyczną. Czytelnicy to doceniali.

Gala: Bywałeś brutalny?

R.L.: Raczej wyrazisty. Dziennikarstwo muzyczne w Polsce jest za mało wyraziste. Dziennikarz poinformuje o tym, że wychodzi płyta, ale nie jest w stanie napisać, czy ta płyta jest dobra, czy zła, bo boi się konsekwencji. Albo wywiady - muzycy notorycznie kłamią. Cynicznie wykorzystują dziennikarzy do promocji swoich płyt. Artysta powie, że u niego w zespole jest fantastycznie. Płyta jest najlepsza w jego karierze, atmosfera w studiu była cudowna. Firma fonograficzna go zupełnie nie ogranicza, chociaż każdy wie, że jest inaczej.

Gala: Jesteś dziennikarzem ambitnym i dociekliwym. Czy także pracoholikiem?

R.L.: Moje kolejne dziewczyny twierdziły, że absolutnie tak, ale ja tego nie czułem, bo od zawsze jestem kompletnie zakręcony muzyką, więc nie dzielę czasu na pracę i przyjemności. Ja mam same przyjemności! Dziewczyny mówią, że moje mieszkanie wygląda jak biuro. Malutkie - 26 m kw. Łóżko, na ścianie na wprost łóżka wisi duży telewizor, po prawej stronie telefon z wejściem do komputera, internetu, gramofony, mikser, sprzęt do słuchania i kilka tysięcy płyt. Nie ma natomiast kuchni. Nie mam też żadnych skłonności do luksusu. Krótko mówiąc, jestem socjopatą.

Gala: Myślałam, że będziesz miał jakiś niesamowity sprzęt muzyczny, a ty podobno słuchasz muzyki najczęściej na discmanie.

R.L.: Nie jestem audiofilem. Muzyki mogę słuchać nawet przez radio samochodowe. Uwielbiam to nawet, bo bardzo dużo podróżuję - ponad połowę tygodnia jestem poza domem. Kiedy się budzę, najpierw ustalam, gdzie jestem.

Gala: Jesz w stołówkach, nie przywiązujesz wagi do ciuchów. Z czego to wynika?

R.L.: Z subkulturowości. Jestem pacyfistą, anarchistą i w ogóle czuję się związany z punkowo-hipisowsko-rastamańskim systemem wartości. Jeśli ktoś buduje swoją samoakceptację za pomocą drogiego pióra, zegarka, okularów, samochodu, luksusowej żony czy kochanki, to jest dla mnie biednym durniem i niech męczy się sam. Raz tylko dałem się sprowokować do rozmowy o ciuchach, bo się zapomniałem (śmieje się).

Gala: Nie podtrzymujesz kontaktów z fanami, nie czujesz, że masz wobec nich zobowiązania?

R.L.: Nie, nie czuję. Ja się z nimi na nic nie umawiam. Kontakt ze mną mogą mieć tylko na poziomie merytorycznym. Przestrzegam tej zasady.

Gala: Jednak bywasz przez nich atakowany na ulicy. Jak sobie z tym radzisz?

R.L.: Cierpliwość. Tylko cierpliwość. W Warszawie nic się nie dzieje, ale wystarczy wyjechać w Polskę. Wtedy bywa ciężko.

Gala: To znaczy, co się dzieje, rozrywają na tobie ubrania?

R.L.: Szarpią za włosy. Ale napastują nie tylko wprost. Mogę ci pokazać te wszystkie listy, które do mnie przyszły. Włącznie z groźbami samobójczymi. Nie odpisuję na nie.

Gala: Jacy są twoi fani? Co widzisz na koncertach, na dużych imprezach. Młodych ludzi po narkotykach?

R.L.: Pali się trawę na koncertach rockowych. Podobno tabletka extasy kosztuje dwa złote, jest trzy razy tańsza od piwa. Nigdy nie wiem, czy ktoś jest nakręcony seksem, muzyką czy narkotykami.

Gala: Co ciebie nakręca?

R.L.: Granie dla ludzi to totalna adrenalina.

Gala: Protestujesz zawsze, kiedy ktoś zwraca się do ciebie na pan?

R.L.: Nie ukrywam swojego wieku. Mam 36 lat i myślę inaczej niż współczesne pokolenie nastolatków, które wszystko mierzy kategoriami sukcesu. Oni pytają, czy płyta Krzyśka Zalewskiego odniesie sukces, a ja się zastanawiam, czy będzie dobra pod względem artystycznym. Czuję, że "trzeba płynąć pod prąd, bo z prądem płyną tylko śmieci" - jak powiedział poeta.

Gala: Z jakim prądem będziesz teraz płynął?

R.L.: Pracuję nad projektem trzech programów telewizyjnych. Być może jeden z nich będzie informacyjnym magazynem popkulturalnym. Rodzajem dialogu kulturowego. Coraz bardziej wciąga mnie moja strona internetowa www.mopman.org. To jest dziennikarstwo zupełnie nowego wymiaru, nowej generacji. Czuje się żywy kontakt z czytelnikiem. Zajmuję się produkowaniem płyt, remiksów itd. Jako DJ gram też w klubach, w wakacje chcę grać codziennie.

Gala: Zostawiłeś sobie możliwość powrotu do Gazety?

R.L.: Do Gazety Wyborczej się nie wraca. Na moje miejsce natychmiast jest 40 chętnych. Jak się z tym czuję? Jak człowiek, który spalił za sobą mosty. Ale nie stać mnie na depresje, na fochy. Została mi motywacja do pracy. Rzeczywistość, która mnie czeka, jest szalenie interesująca i podniecająca.

Rozmawiała Monika Berkowska

fot. K. Dubiel