Jeden kosmetyk do twarzy, ciała i włosów?

Marka Samarité ma w swoim portfolio kilka produktów, które zyskały już status kultowych, a to za sprawą naturalnych receptur, ciekawego designu i dbałości o skład. Teraz do „rodziny” dołącza nowy, wielozadaniowy kosmetyk, którego premiera owiana była tajemnicą, a cała baśniowa otoczka i piękne grafiki autorstwa Anety Klejnowskiej zdradzały, że musi to być coś wyjątkowego. Kiedy do moich drzwi przybył kurier z mistyczną „Wielką Księgą Baśni Samarité”, czym prędzej zabrałam się do testowania.

Calineczka w świecie less waste

Wielka Księga Baśni, która dołączona została do nowego produktu Samarité, pozwoliła mi w nietypowy sposób zapoznać się z właściwościami żelu. Moją uwagę od razu zwróciła baśń o Calineczce, która symbolizuje wszechstronność nowego Supreme Cleanser’a - w pielęgnacji kieruję się mottem „jak zrobić, żeby się nie narobić”, czyli staram się do minimum wręcz ograniczać kolejne etapy pielęgnacji, nie wspomnę już o trosce o środowisko, która coraz częściej przyświeca mi podczas zakupów w drogerii. Różne rzeczy widziałam, ale żel, którym można zrobić demakijaż, oczyścić skórę, umyć całe ciało i jeszcze włosy, miałam w rękach po raz pierwszy. Kiedy dotrzemy na sam koniec „Księgi Baśni” dowiemy się z resztą, że oprócz tego tym kosmetykiem można też myć pędzle, stosować do golenia nóg, czy prać delikatne tkaniny, więc określenie „wielofunkcyjny” zdecydowanie nie jest tu przesadzone. 

Księżniczka na ziarnku grochu?

Dobrze, zapytacie - czy tego wszystkiego nie zrobi też zwykłe mydło? Ano tak się składa, że jestem posiadaczką bardzo wrażliwej skóry, dlatego znalezienie kosmetyku wielofunkcyjnego, który jej nie zaszkodzi, nie jest wcale łatwe. Moja skóra bardzo szybko weryfikuje składy kosmetyków, alarmując swędzeniem i pieczeniem, a przede wszystkim okrutnym uczuciem ściągnięcia. Supreme Cleanser zapowiadał się obiecująco już na samym początku: ma lekko kremowy kolor, delikatnie się pieni i przede wszystkim, ma bardzo łagodny zapach, który wynika z zastosowanych ekstraktów. Od zapachu mam perfumy - w żelach do mycia (zwłaszcza twarzy), intensywnych kompozycji zapachowych unikam jak ognia, bo nie raz przekonałam się, że potrafią mnie uczulić. 

Do testu podeszłam bardzo rzetelnie i aby dokładnie prześwietlić produkt, zrobiłam demakijaż, umyłam twarz, ciało, a nawet włosy i nie byłam rozczarowana. Żel bardzo przyjemnie aplikuje się na skórę, dzięki temu, że jest łagodny, mogłam spokojnie wymasować nim oczy aż do rozpuszczenia się tuszu do rzęs - pocieranie, albo stosowanie wielu innych kosmetyków do oczyszczania, już na tym etapie kończy się u mnie łzawieniem. Supreme Cleanser zmył podkład, róż, maskarę i pomadę do brwi - zrobiłam nawet „test białego wacika”. Mycie włosów również na plus - choć nie ma wielkiej piany, co dla niektórych z Was może być nowością, ale ja akurat przekonałam się, że szampon nie musi się pienić aby był skuteczny (wiele naturalnych szamponów nie pieni się wcale!). Najważniejsze - skóra po osuszeniu nie jest napięta i ściągnięta, więc widać że kosmetyk jest łagodny dla jej bariery hydrolipidowej. Nie mogło być inaczej - produkt zawiera wzmacniające ją probiotyki i może być stosowany nawet przy zapaleniach skóry, łuszczycy i po zabiegach medycyny estetycznej. To o czymś świadczy. 

A morał z tej bajki jest taki...

Prebiotyczny żel Supreme Cleanser Samarité zdaje egzamin na wielu płaszczyznach. Ten kosmetyczny, „łagodny olbrzym” (jest mega wydajny - jedna buteleczka to ponad 300 porcji produktu) świetnie sprawdzi się też jako kosmetyk familijny, zarówno samodzielnie, jak i jako element rozbudowanej rutyny pielęgnacyjnej. Jeden produkt, który zastąpi przynajmniej 5 innych, podany w wygodnej i estetycznej formie? Mnie przekonuje.