Kobiety już nie chcą siedzieć cicho

- W sytuacji, kiedy odbiera się nam podstawowe prawa, strach traci na znaczeniu – mówi Justyna, uczestniczka czwartkowego protestu przed TK. Przyznaje, że wciąż jest w niej lęk, ale gdy zobaczyła Kaję Godek podrzucaną na wiwat, poszła na Nowogrodzką.

- Milczenie to dla mnie akceptacja – wyjaśnia dalej.

- Nie jestem częstą bywalczynią protestów czy marszów ze względu na zaburzenia lękowe – mówi nam Kasia. - Czym jednak jest atak paniki w obliczu tego, co się dzieje? – pyta oburzona decyzją Trybunału Konstytucyjnego.

- COVID? Staram się minimalizować ryzyko, ale czasem wsiadam do metra i robię zakupy w supermarkecie – tam też ryzykuję. Początkowo myślałam, że zostanę w domu, ale - widząc w relacjach jak szybko rośnie grupa protestujących - stwierdziłam, że po prostu powinnam tam być – dodaje.

Kasia i Justyna założyły maseczki, cieplejsze kurtki i poszły protestować w imię prawa kobiet, w imię wolności.

Zobacz też: Gwiazdy i ludzie kultury o decyzji Trybunału Konstytucyjnego

"To wszystko sprawia, że zaczynasz się zastanawiać, jakiej lekcji nie odrobiliśmy?"

- Strach, złość, bezsilność i znowu złość. Dawno nie czułam tylu negatywnych emocji – wspomina nocny protest przed Trybunałem Konstytucyjnym Kasia, pytana o towarzyszące jej emocje.


- Jedność, może trochę nawet duma, że nie pozwalamy sobie odebrać głosu – opisuje dalej Justyna. - Kilka momentów wzruszenia, kiedy w oknach mijanych budynków pojawiały się starsze kobiety, które okazywały swoje poparcie, klaszcząc i machając do nas. Czy kiedy wśród klaksonów przejeżdżających samochodów dało się usłyszeć mikro-klaksonik skutera, na którym przejeżdżał dostawca jedzenia. Pomimo hałasu, bębnów, okrzyków, które mniej lub bardziej mieszczą się w moim kanonie językowym, jest to za każdym razem moment refleksji. I tu muszę znowu przywołać obrazki, które zostaną ze mną na dłużej. Przejście pod polską flagą obok arkadii. Kordon policyjny, w którym w pierwszym rzędzie ustawiono kobiety, a dopiero za ich plecami kolegów funkcjonariuszy. Kobieta, która wychyla się z okna jednego z bloków, krzycząc, że budzimy jej dzieci i że… jesteśmy debilami. Ogromne wsparcie ze strony mężczyzn, których wczoraj było naprawdę wielu. Z drugiej strony odzew znajomych na relację w social mediach. Jedni piszą – jadę do ciebie, jak się znajdziemy. Inni – atakują i pouczają. To wszystko sprawia, że zaczynasz się zastanawiać nie tylko nad tym, co wydarzyło się wczoraj w Trybunale Konstytucyjnym, ale tak naprawdę, jakiej lekcji nie odrobiliśmy przez ostatnie lata, że tak mało osób ma odwagę zabrać głos w sprawach tak istotnych? I na dodatek to swoje milczenie tłumaczy demokracją – opowiada Justyna, dodając, że mimo wszystko czuła się bezpiecznie.

- To był taki długi, spontaniczny spacer. Przyjaźnie i pokojowo. Niestety jak widać w mediach do czasu – stwierdza, wyjaśniając, że nie widziała konfrontacji z policją, którą zrelacjonowały media.

- Trzymałam się na końcu, koło mnie nikt nie używał ani gazu, ani kamieni – dodaje Kasia.

Zobacz też: Co zmieni się w ustawie dotyczącej aborcji?

Strajk kobiet to coś więcej niż nakładka na FB

Obie dziewczyny zachęcają, by – nawet jeśli nie mieszkamy w żadnym dużym mieście i nie możemy przyłączyć się do protestów – wykazać swoją solidarność z kobietami w inny, wirtualny sposób.

-  Jest cała masa inicjatyw, które można popierać na bardzo różne sposoby. Internet daje nam możliwość szybkiej i bardzo efektywnej komunikacji i organizacji. Ale dla mnie najważniejsze jest szerzenie świadomości. Wczoraj ktoś pod moim postem napisał, że tak wygląda demokracja. „Wybrana większość może robić co chce. Skoro naród wybrał, to mu się to podoba”. Dla mnie to jakieś nieporozumienie. Jeśli nie będziemy stanowczo zabierać głosu w ważnych sprawach, nic się nie zmieni – komentuje Justyna, wyjaśniając dlaczego nie zamierza siedzieć cicho.

- Kobiety na Białorusi mają odwagę wyjść na ulicę przeciwko reżimowi. Studenci w Hong Kongu ryzykowali w protestach życie, a cała społeczność mobilizowała się by im pomóc. Teraz trwają protesty w Tajlandii, która nam kojarzy się głównie z rajskimi plażami. Ale mieszkańcy Bangkoku w ostatnich dniach co dzień wychodzą na ulicę. W tych wymienionych przypadkach jest to walka z aparatem państwowym. U nas? Tym razem domagamy się po prostu możliwości decydowania o sobie i życia w zgodzie z własnymi przekonaniami. Wydaje mi się, że to co daje siłę, to poczucie jedności i solidarności, że ten człowiek obok ciebie ma podobne wartości. Nakładka na FB czy udostępnienie mema to nie to samo – zauważa.

- Każda z nas powinna sobie odpowiedzieć na pytanie, ile jest dla niej warte prawo do decydowania o sobie? Wyjście z domu nie musi skończyć się zakażeniem, jeśli tylko będziemy ostrożne. Dystans to już większy problem, ale zawsze można choćby zaoferować się jako osoba kontaktowa dla bliskiej osoby obecnej na proteście. Protestuję, bo choć sama dziecka nie planuję, zależy mi na siostrze, przyjaciółkach i znajomych. Każda z nas powinna mieć wybór – podsumowuje Kasia.

Zobacz też: "Czekali, aż płód sam obumrze, i tak się w końcu stało" - wstrząsające historie kobiet, które zderzyły się z brakiem zrozumienia i pomocy

Dziś Kasia i Justyna znów są na proteście. To dopiero początek.