Sterty ciuchów piętrzące się w mieszkaniu sąsiadów nie stanowią dla nas problemu, ale w domu irytują nas nawet mężowskie buty wędrujące po przedpokoju. Kumpel może być sobie zapalonym wędkarzem, ale nie dopuszczamy myśli, że to nasz wybranek mógłby przesiadywać całe dnie nad rzeką.

Podobnie zachowuje się partner - wychodzi ze skóry, gdy zbyt długo szykujemy się na imprezę, podczas gdy ze stoickim spokojem znosi opieszałość kolegi, z którym umawia się na grę w tenisa. Albo bez mrugnięcia okiem pałaszuje niesłony dewolaj u przyjaciół, lecz nie odmówi sobie utyskiwań na lekko rozgotowane ziemniaki na domowym stole.

To dziwne i smutne zarazem, ale faktem jest, że dla bliskich często bywamy "gorsi" niż dla obcych. Podczas gdy bardzo łatwo możemy przeoczyć, zignorować czy zaakceptować negatywne cechy dalszych i bliższych znajomych, trudno nam uczynić to samo w stosunku do tych, z którymi dzielimy życie. Od nich więcej wymagamy, im mniej odpuszczamy, mamy do nich zbyt krytyczny stosunek, potrafimy być szorstcy niczym papier ścierny. Oczywiście nie wyklucza to zarazem naszej miłości, troski i poświęcenia dla najbliższych. Kochamy ich i chcemy im nieba przychylić, co nie przeszkadza nam ranić ich i rugać (nawet nieproporcjonalnie do przewinienia). Zrozumiałe, że nie robimy tego na każdym kroku - co rusz łagodzimy ostre słowa słodyczą, przeplatamy oschłość czułością, wynagradzamy złe chwile dobrymi.

Nie każdy też "wyładowuje się" w ten sposób na rodzinie: bo albo do wszystkich bez wyjątku ma anielską cierpliwość; albo tak niepewnie czuje się w związku, że woli nie ryzykować zgłaszania jakichkolwiek pretensji; albo też przyjął rolę podporządkowanej i poświęcającej się połówki. Na ogół jednak wielu z nas może zaobserwować u siebie tendencję do piętrzenia oczekiwań i spadku tolerancji w odniesieniu do bliskich.

Miłość niebezwarunkowa

Ujawnia się to najwyraźniej w relacjach z partnerem. Zwłaszcza w związkach, w których padło już sakramentalne "tak" i małżeńska klamka zapadła. Wydaje się nam bowiem, że wraz z zaobrączkowaniem druga strona przechodzi na naszą własność. Mamy ją wreszcie "na tacy", więc z czasem przestajemy się starać i udawać lepszych, niż jesteśmy. Nie obawiamy się, że wyrażając gniew czy frustrację, zniszczymy miłość. W towarzystwie tej najbliższej osoby czujemy się na tyle dobrze i bezpiecznie, że pozwalamy sobie na więcej. Mniej się kontrolujemy, ba! niekiedy nawet eksperymentujemy z zachowaniami. Bardziej powściągliwi jesteśmy w obecności obcych. Im mniej kogoś znamy, tym bardziej trzymamy przy nim fason, zakładamy gorset dobrego wychowania. Boimy się pokazywać z gorszej strony, bo przecież odbiorca nie zna nas tak dobrze jak najbliżsi i nie wie, że posiadamy mnóstwo wspaniałych cech, rekompensujących ewentualne słabości. Stąd pewniej się czujemy i szczerzej wyrażamy negatywne emocje, gdy wiemy, że rozmówca jest nam wyjątkowo życzliwy. Nie bez znaczenia jest też fakt, że przez większą część dnia (np. w pracy) spinamy się, by być uśmiechniętymi, wyrozumiałymi, akuratnymi (nawet jeśli ktoś nadepnie nam na odcisk). Nic więc dziwnego, że pod wieczór opadają nam anielskie skrzydła. Stajemy się rozdrażnieni i łatwo nas wtedy wyprowadzić z równowagi. Odreagowujemy całodniowe frustracje i stanie na baczność. Puszczają nam hamulce.

Z drugiej strony dłuższy staż w związku sprawia, że zaczynamy trochę inaczej patrzeć na tego kogoś przy naszym boku. To, co zdobyte, staje się dla nas normą. Jeśli początkowo zachwycało nas, że partner pastował nam buty, teraz wydaje się to oczywistością, a nie czymś wyjątkowym. Z czasem również gubimy różowe okulary i, oprócz zalet wybrańca serca, zaczynamy dostrzegać jego wady. Uświadamiamy sobie, że wcześniej wykreowaliśmy ideał, który nie do końca pokrywa się z rzeczywistością. Ulegamy tu typowemu mechanizmowi zakochania: najpierw fascynacja, potem konfrontacja, na koniec... no właśnie, co? Akceptacja czy rozczarowanie?

Są jeszcze inne powody tej podwójnej hierarchii wartości (innej dla obcych i dla bliskich). Do rażących zachowań naszych znajomych mamy po prostu większy dystans. Jest on możliwy dlatego, że błędy czy negatywne zachowania tych osób po prostu nas nie dotyczą, nie uprzykrzają na co dzień życia, bezpośrednio nie uwierają. To, że np. znajomy zbyt gustuje w napojach wyskokowych, uciążliwe jest tak naprawdę dla jego kobiety. W naszym przekonaniu to świetny kompan do zabawy, stąd jego "podchmielone" żarty czy ton głosu nie wywołują irytacji.

SOS dla bliskości

Nie możemy zmienić świata, możemy tylko zmienić swoje do niego nastawienie - twierdzi Anthony de Mello w "Przebudzeniu". Ta zasada jest prawdziwa także w relacjach z bliskimi. Odpowiednie podejście do spraw domowych da nam potrzebną perspektywę, a tym samym zapewni spokój i zadowolenie. Druga połowa sukcesu to zastanowienie się nad sobą, dostrzeżenie własnej skłonności do podwyższania oczekiwań względem osób z nami związanych. Ta świadomość pozwoli nam panować nad oczekiwaniami i kochać bardziej bezwarunkowo. Ułatwi akceptowanie bliskich, przyjmowanie ich takimi, jacy są - z większymi, lub mniejszymi "uszczerbkami" na charakterze. Oczywiście nie chodzi o to, by pojawiające się problemy zamiatać pod dywan i udawać, że nie istnieją. Są przecież sprawy kluczowe, których dla dobra związku nie można przemilczać. Siłą udanej relacji jest bowiem dojrzałe i obfitujące w zrozumienie rozwiązywanie trudności, których nie da się uniknąć na wspólnej drodze życia. Aby jednak nie potłuc szczęścia, trzeba się nauczyć przymykać oko na mniej ważne sprawy, przechodzić nad nimi do porządku dziennego. Wiedzieć, kiedy odpuścić. Nie najeżać się, gdy coś idzie nie po naszej myśli. Trenować cierpliwość. Darować sobie reakcje, które nie naprawiają sytuacji, a tylko podkopują uczucie. Powinniśmy też unikać pośpiechu w ferowaniu wyroków. Nie generalizować, nie zakładać z góry: "Bo ty zawsze o wszystkim zapominasz" itp. Zamiast z miejsca osądzać i wydawać skazujące wyroki, dajmy partnerowi prawo do obrony, wysłuchajmy jego argumentów. Być może w tym tygodniu miał nieprzewidziane szkolenie i dlatego nie zdążył odebrać bielizny z magla. Warto się również zastanowić, czy wszystkie rzeczy, które drażnią nas u wybranka, są naprawdę niewybaczalne. Tym bardziej że z powodzeniem znosimy je u innych. Jeżeli więc denerwuje nas to, że nasza połówka powtarza po trzy razy tę samą historię, pomyślmy, że taką przywarę tolerujemy przecież u kolegi z pracy. Wchodząc do domu, włączajmy po prostu emocjonalną klimatyzację. Studźmy emocje. Doceniajmy starania towarzysza życia, bo marchewka działa skuteczniej od kija. Nie wymagajmy od partnera pełnego pakietu usług i powinności. To tak, jakbyśmy wzięli go w leasing związku i uważali, że ma się sprawować niezawodnie niczym auto. Czasami naprawdę warto poświęcić swoje racje i oczekiwania na ołtarzu dialogu "międzypłciowego". Spuścić trochę z tonu dla wspólnego dobra.

Starajmy się też wypracowywać w sobie większą elastyczność. Jeśli np. druga połowa, zamiast wypożyczyć film na wieczór, przyjęła nieoczekiwane zaproszenie do znajomych, potraktujmy to jako urozmaicenie i niespodziankę. Nie obrażajmy się, że sprawa nie została z nami skonsultowana. Z drugiej strony jednak mówmy głośno o swoich potrzebach. Nie liczmy na domyślność i intuicję partnera, bo tylko jasna komunikacja eliminuje późniejsze pretensje. Warto pracować nad relacją z ukochaną osobą. Bo jak mawiała Brigitte Bardot: "Każda miłość trwa tak długo, na ile zasługuje...".

Zastanówmy się, gdzie tkwi problem

Najważniejsze to zidentyfikować istotę problemu. Uświadomić sobie, co prowadzi do napięć i jakie miejsce zajmuje w naszej hierarchii wartości. Wypiszmy więc sprawy, które nas u partnera bardzo denerwują, a obok te mniej irytujące. Taki podział jasno pokaże, na co możemy przymknąć oko, przy czym zaś powinniśmy ponegocjować (np. "Ja będę wstawiać naczynia do zlewu, ale ty nie zostawiaj śladów pasty na umywalce"). Zastanówmy się też, dlaczego wybranek tak nas wkurza (jesteśmy nim np. zmęczeni, a może kiedyś bardzo nas zranił i teraz się rewanżujemy?). Sięgając do źródła konfliktu i poznając przyczynę swego stosunku do danej osoby, łatwiej naprawimy relacje.

Rozwiązujmy nieporozumienia, zanim osiągną apogeum

Chyba nie ma związku, w którym nie zdarzają się różnice zdań, inne spojrzenia na te same sprawy. Zamiast zmagać się z odmiennymi stanowiskami, sięgnijmy po jeden z trzech sposobów na rozwikłanie węzła nieporozumień.

Kapitulacja - partner w sposób nieprzymuszony ustępuje, by zbliżyć się do drugiego. Aby jednak ta metoda działała, obie strony powinny poddawać się mniej więcej tyle samo razy. Gdy np. on ustępuje sto razy, a ona - dziesięć, taktyka przestaje być uczciwa i skuteczna.

Kompromis - każde z partnerów ustępuje częściowo, żeby dojść do wspólnej decyzji. Kiedy np. jedno chce jadać kolacje o 19.00, a drugie o 20.00 - powinni podzielić różnicę przez pół i zgodzić się na 19.30.

Koegzystencja - obie strony akceptują, że mają różne zdania i odmiennie się zachowują. Oczywiście niektóre ważne decyzje muszą być podejmowane niezależnie od tego, czy partnerzy się ze sobą zgadzają, czy też nie.

Każde z powyższych podejść może być stosowane zależnie od sytuacji. Kapitulacja wcale nie musi uwłaczać godności którejś ze stron - wystarczy, że partnerzy nie znieważają się nawzajem, lecz uczciwie starają się dociec prawdy w danej kwestii. Z kolei szukanie kompromisu może być wręcz idealną sposobnością do lepszego poznania się. Koegzystencja, czyli przyjmowanie odmiennych stanowisk w niektórych sprawach, jest zaś po prostu zdrowe - pozwala pielęgnować indywidualność i jednocześnie rozwijać tolerancyjność. Pamiętajmy też, by okazywać sobie nawzajem szacunek, bo napędem konfliktów bywa zwykle postawa partnerów, a nie konkretna kwestia.

Agnieszka Leleniewska