plispliz to moda na rower, czyli plisowane spódnico-spodenki. To mało standardowy, właściwie niszowy produkt. Skąd wpadliście na ten pomysł?

Wszystko zaczęło się od problemu. I mojej rowerowej zajawki. Kilka lat temu byłam na stażu w Amsterdamie. Od tamtego czasu po mieście jeżdżę tylko i wyłącznie na rowerze, zresztą tym, który kupiłam w Holandii (śmiech). I właśnie tutaj, w Polsce, odkryłam, że co sezon mam problem z połączeniem jazdy na rowerze z tym, co na siebie zakładam. Miałam mnóstwo sukienek i spódnic, które najzwyczajniej podwiewały mi się na rowerze. Pomyślałam sobie, że to zupełnie niepotrzebny stres, bo rower powinien przecież dawać poczucie wolności i swobody. Będąc w domu rodzinnym, we Wrocławiu, wygrzebałam z szafy mojej mamy super szerokie spodenki, jeszcze z lat jej młodości. Wyglądały trochę jak spódnica, trochę jak spodnie. Zaczęłam w nich jeździć na rowerze i zobaczyłam, że świetnie sprawdzają się na rowerze, a do tego są super bazą do stylizacji. I tak zaczęłam rozmawiać z Adrianem, moim partnerem…

I rozumiem, że z tych rozmów zrodził się pomysł na plispliz?

Dokładnie. Zaczęliśmy robić research i okazało się, że wiele dziewczyn ma podobny problem. Albo przebierają się w pracy, albo jadą na rowerze w jeansach mimo, że na dworzu jest 30 stopni. Stwierdziliśmy, czemu by nie spróbować? Wzięliśmy te stare spodenki mojej mamy i zaczęliśmy je przerabiać. Efektem są właśnie nasze plisowane spódnico-spodenki. Okazało się nawet, że kiedyś, w latach 80-tych, taki twór istniał. Klienci zwracają nam czasem uwagę, że pamiętają takie spódnico-spodenki z dzieciństwa. Wygląda jak spódnica, a jak jedziesz na rowerze to czujesz się jak w spodenkach.

Rozumiem, że żadne z Was nie miało doświadczenia z projektowaniem ubioru?

Adrian kiedyś projektował koszulki, ale nadrukować coś na gotową koszulkę to żaden problem. Do wszystkiego doszliśmy metodą prób i błędów. Po setkach prób plisowania różnych materiałów, wiemy już co działa, a co nie. Tym, co jest dla nas najfajniejszym elementem są nadruki: każdy jest naszego autorskiego projektu. Dzięki temu jak wygląda u nas produkcja, możemy zrobić nawet jedną sztukę danego nadruku i zaprojektować wzór na specjalne zamówienie. To pozwala nam oferować niepowtarzalne i limitowane produkty. Które do tego świetnie sprawdzają się w „sportowych sytuacjach”. Nasze spodenki uszyte są ze sportowego poliestru, który jest używany w ubraniach kolarskich. Odprowadza wilgoć, a gdy nawet się zmoczy to bardzo szybko schnie.

Jak to jest zawodowo pracować ze swoim partnerem?

Bywa różnie… (śmiech). Gdy jest jakiś problem, to trudno nie wejść na personalny level. A spięcia są. To nieuniknione w każdej relacji. I prywatnej i zawodowej. Szczególnie, że mieszkamy w kawalerce. Trudno jest trzasnąć drzwiami i gdzieś się zamknąć, bo tych drzwi po prostu dosłownie nie ma (śmiech). Cała sytuacja przerosła jednak nasze najśmielsze oczekiwania i to jak fajnie nam się ten projekt rozwija wynagradza wszystkie docinki i trudności.

Jak wspominacie wejście w branżę, która jest Wam zupełnie obca? Nie macie żadnego wykształcenia, nie skończyliście wzornictwa, nie znacie się na tkaninach... to było pozytywne wyzwanie czy droga przez mękę?

Nie będę ukrywać, momentami było naprawdę ciężko. Dla nas – ludzi z doświadczeniem pracy w korporacji – odnalezienie się w świecie, gdzie dzwonisz do Pana z hurtowni trzy razy zanim w ogóle coś załatwisz, a na Twojego maila nikt nie odpisuje, było trudne. Mam wrażenie, że ta branża jest nieco staromodna. A może po prostu specyficzna? To nie jest tak, że napiszesz maila do jakiejś drukarni, dostaniesz odpowiedź i wszystko załatwione. Najlepiej, jakbyś przyjechała na spotkanie, na spokojnie porozmawiała, z cierpliwością wysłuchała tłumaczeń. Ale przyzwyczailiśmy się do tego, zaakceptowaliśmy i dziś jest ok.

Miejsce, w którym dziś jesteście, jest chyba najlepszą kompensacją wszystkich trudów.

Zdecydowanie! Spotykają nas naprawdę przemiłe chwile. Zdarza się, że ludzie sami z siebie piszą do nas maile, że kupili jedną parę i już kupują następne. Ostatnio napisała do mnie Pani z Węgier, że strasznie się cieszy, bo udało jej się złożyć zamówienie, mimo, że nasza strona jest tylko w języku polskim.  Nie wiem, jakim cudem nas znalazła i jak udało jej się dokonać zakupu w obcym języku. Taki personalny feedback, który dostajemy podczas targów czy przez maile, jest super miły. I utwierdza nas w przekonaniu, że nie byłam jedyną osobą, która miała problem z ubraniami na rower.

To chyba też dobry czas na taki produkt. Wraca estetyka lat 50., a z nią moda na plisy.

Tak, plisy zrobiły się bardzo modne, co na pewno działa na naszą korzyść. Zdarza się też, że dziewczyny kupują nasze spodnie z powodów, których w ogóle nie przewidzieliśmy, na przykład młode mamy, dla których bycie w spódnicach/sukienkach jest niewygodne.

A jak na Wasz niestandardowy produkt zareagowała rodzina i przyjaciele? Byli zaskoczeni?

Zaskoczenie było, choć prawda jest taka, że zakup mamy sprzed lat był tak naprawdę początkiem całej historii. Myślę, że rodzice nam kibicują. Chyba nie spodziewali się takiego pozytywnego feedbacku i tak dużego zainteresowania. Podobnie jak my. Ale jak to zwykle bywa nie dowiesz się dopóki nie spróbujesz.

Bardzo dziękuję za rozmowę. I mocno trzymam kciuki za Waszą rowerową markę!

 

Testing of the new length and fabric in progress #works

Post udostępniony przez plispliz (@plispliz) Mar 25, 2018 o 11:06 PDT