Niewidzialne życie

Gdy Eurídice Gusmão wychodziła za Antenora Campelo, nie tęskniła już tak bardzo za siostrą. Znów umiała się uśmiechać, kiedy usłyszała coś zabawnego, i była już w stanie przeczytać dwie strony książki, nie zastanawiając się, gdzie teraz może być Guida. Nadal jednak szukała jej w twarzach mijanych na ulicy kobiet, a pewnego razu miała wręcz pewność, że widzi Guidę w tramwaju jadącym w stronę Vila Isabel. Z czasem jednak jej pewność całkiem się rozwiała, tak samo jak wszystkie inne pewności.

Nikt nie wie, dlaczego właściwie Eurídice wyszła za Antenora. Jedni są zdania, że do ślubu doszło tylko dlatego, że José Salviano i Manuel da Costa byli już po słowie z innymi dziewczynami. Drudzy upatrują przyczyny w chorobie ciotki Antenora, która nie była już w stanie prać bratankowi ubrań specjalnym lawendowym mydłem ani gotować mu rosołu z niewyczuwalnymi kawałkami cebuli, bo chociaż Nonô lubił jej posmak, to nie tolerował konsystencji i wystarczył jeden ukryty w daniu kawałek, by odbijało mu się przez całe długie podlewane alka-seltzerem popołudnie. Są również tacy, którzy wierzą, że Eurídice i Antenor naprawdę się w sobie zakochali i że zadurzenie to trwało trzy minuty, czyli tyle, co ich wspólny taniec na balu maskowym w Clube Naval. Tak czy siak, pobrali się w wypełnionym ludźmi kościele, a przyjęcie odbyło się w domu panny młodej. Podano dwieście dorszowych pulpecików i dwie skrzynki piwa, a gdy serwowano tort, goście wznieśli toast butelką szampana. Sąsiad, nauczyciel gry na skrzypcach, zaoferował się, że zagra na ich weselu. Krzesła przesunięto więc pod ściany, by pary mogły zatańczyć walca. Na przyjęciu pojawiło się niewiele dziewcząt, bo Eurídice nie miała przyjaciółek. Przyszły dwie niezbyt stare ciotki, jedna niezbyt urodziwa sąsiadka i jedna sąsiadka niezbyt sympatyczna. Najpiękniejszą panną w salonie była ta, która spoglądała z oprawionej w ramkę fotografii.

„Kim jest ta dziewczyna ze zdjęcia?”, zapytał pana młodego jego przyjaciel.

Antenor zbeształ go, mówiąc, że nie wypada dociekać. Chłopak się naburmuszył, powiódł wzrokiem dookoła, zajrzał do trzymanej w dłoni szklanki, odstawił ją i udał się na drugi koniec sali. Po prostej ceremonii i prostym przyjęciu nastąpił trudny miesiąc miodowy. Na prześcieradle nie pojawiły się plamy i Antenor uniósł się honorem.

– Gdzieś ty się puszczała?

– Nigdzie się nie puszczałam.

– Ech, kobieto, właśnie że się puszczałaś.

– Nie, nie puszczałam się.

– Nie wykręcaj się, dobrze wiesz, jak to powinno wyglądać.

– Tak, wiem, siostra mi mówiła.

– Puszczalska. Ożeniłem się z puszczalską.

– Nie mów tak, Antenorze.

– A właśnie, że będę mówił i powtarzał: puszczalska, puszczalska, puszczalska.

Eurídice płakała cichutko, schowana głęboko pod kocem, przez tę „puszczalską”, którą usłyszała, przez te „puszczalskie”, które usłyszała cała ulica. A również dlatego, że ją to bolało – najpierw między nogami, a potem w sercu. W przeciągu kolejnych tygodni sprawa przycichła i Antenor uznał, że jednak nie musi odsyłać żony. Była równie niewidzialna, jak kawałki cebuli w posiłkach, sumiennie wypełniała swoje obowiązki, prała i prasowała, była małomówna i miała ładny tyłeczek. Dzięki zaś incydentowi z nocy poślubnej uzyskał nad małżonką ogromną władzę i patrzył na nią z góry. Eurídice potulnie przyjmowała swój los. Zawsze uważała, że nie jest wiele warta. Zresztą nikt, kto mówi rachmistrzowi spisowemu, żeby w pole „zawód” wpisał „gospodyni domowa”, nie jest wart zbyt wiele. Cecília przyszła na świat dziewięć miesięcy i dwa dni po ślubie. Była dzieckiem uśmiechniętym i tłuściutkim, rodzina uroczyście świętowała jej narodziny i patrząc na nią, wszyscy powtarzali: „Prawdziwa piękność!”. Afonso przyszedł na świat rok później. Był dzieckiem uśmiechniętym i tłuściutkim, rodzina uroczyście świętowała jego narodziny i patrząc na niego, wszyscy powtarzali: „Prawdziwy mężczyzna!”. Eurídice stwierdziła, że dzięki niej w ciągu niecałych dwóch lat rodzina powiększyła się o sto procent, więc uznała, że ona sama – jeśli chodzi o obowiązki małżeńskie – może przejść na zasłużoną emeryturę. Próbowała przekonać do tego Antenora, narzekając na różne niedyspozycje, zwłaszcza w sobotnie poranki, kiedy nie było nic do zrobienia, a także gdy zapadał zmrok. Antenor nie chciał jednak słyszeć o żadnych bólach głowy. Jego życiem rządziły nawyki i rutyna, a ocieranie się o nocną koszulę żony i wtulanie się w miękkość jej białej szyi do tych nawyków należały. Eurídice zdecydowała wówczas dopiąć swego w inny sposób. Postanowiła utyć, utyć całą masę kilogramów, które miały kłuć w oczy i być wyraźnym sygnałem, by Antenor dał jej wreszcie spokój. Żeby tego dokonać, poranną kawę celebrowała do drugiego śniadania, jadanego o dziesiątej, obiad przechodził w podawany o czwartej podwieczorek, a wieczorna kolacja trwała aż do dziewiątej. Przerwy wypełniało smakowanie potraw, czy nie są przesolone albo zbyt mdłe, przesłodzone czy też nie dość słodkie, słabo doprawione i bez smaku czy też aż nazbyt pikantne. Dzięki temu Eurídice dorobiła się trzech podbródków, oczy jej zmalały, a fryzura wydawała się zbyt skromna dla tak otyłej twarzy. Gdy udało jej się dopiąć swego i mąż przestał się nią interesować, zaczęła się zdrowo odżywiać. W poniedziałkowe poranki robiła sobie głodówki i nie podjadała między posiłkami. Dzięki temu waga Eurídice ustabilizowała się, a w domu państwa Gusmão Campelo zapanowały spokój i rutyna. Antenor wychodził do pracy, dzieci do szkoły, a Eurídice zostawała w domu, gotując, mieląc mięso i oddając się jałowym rozmyślaniom, przez które jej życie nie było szczęśliwe. Nie pracowała, a do szkoły już się nachodziła. Jak tu wypełnić dzień, kiedy łóżka pościelone, rośliny podlane, salon posprzątany, ubrania uprane, fasola doprawiona, ryż ugotowany, suflet upieczony i steki usmażone? Jej życie nie było szczęśliwe, bo Eurídice – posłuchajcie uważnie – była kobietą wybitną. Gdyby powierzyć jej skomplikowane obliczenia, mogłaby nawet projektować mosty. Gdyby zatrudnić ją w laboratorium, wynajdywałaby szczepionki. Gdyby podsunąć jej czyste kartki, pisałaby wiersze godne kanonu literatury. Ale jak na razie Eurídice zajmowała się praniem brudnej bielizny. Tę uprała bardzo szybko i jak zwykle bardzo starannie, po czym usiadła na kanapie, wpatrując się we własne paznokcie i myśląc o tym, o czym wolno jej było myśleć. I tak doszła do wniosku, że nie powinna myśleć wcale. A jeśli ma nie myśleć, powinna przez cały dzień mieć jakieś zajęcie, jedyną zaś domową czynnością, która jej to zapewniała, było gotowanie.

Eurídice wiedziała, że nigdy nie zostanie projektantką mostów, nie ośmieli się pisać wierszy ani jej noga nie postanie w laboratorium. Oddała się więc tej jedynej aktywności, która w pewnym sensie łączyła w sobie inżynierię, naukę i poezję. Codziennie, gdy już wyszykowała i nakarmiła męża i dzieci, a potem się od nich uwolniła, otwierała księgę z przepisami ciotki Palmiry. Kaczka w pomarańczach wydała się jej idealnym daniem na dzisiejszą kolację. Najpierw jednak musiała kupić kaczkę, w domu nie było też pomarańczy. Włożyła więc swoją wyjściową sukienkę i poszła do rzeźnika. Planowała wybrać najdorodniejszą sztukę. Wzięła też kurę, bo kaczka przecież musi całą noc marynować się w winie i przyprawach, co oznaczało, że dzisiejsza kolacja pozostawała wyzwaniem, a ona – Boże mój! – jakże ona potrzebowała wyzwań! Kaczka musiała być młoda i tłusta, kura powinna mieć czerwony grzebień i jędrną pierś. Na targu Eurí­dice zamierzała kupić pomarańcze na następny dzień, kokosa do ciasta z mąki fubá, śliwki do rostbefu i tuzin bananów, którymi nakarmi Afonsa i Cecílię, kiedy już zaczną grzebać w swoich talerzach i powiedzą: „to mi nie smakuje”. Po powrocie do domu zamierzała uwiązać kurczaka i kaczkę i poderżnąć im gardła, a podczas gdy ptaki będą wykrwawiać się do zlewu, zająć się innymi sprawami. Sparzy drób wrzątkiem, odetnie łapy od jeszcze miękkiego ciała, skórę omiecie płomieniem, żeby pozbyć się puchu. Jeśli postanowi piec kurę i kaczkę w całości, flaki i podroby trzeba będzie usunąć albo przez małą dziurkę, albo, jeśli danie będzie serwowane w kawałkach, przez duże nacięcie na samym środku. Pozostawały jeszcze przystawki. Ziemniaków nigdy nie podawała zwyczajnie podsmażonych, tylko faszerowała je serem i wędliną i smażyła całe w głębokim tłuszczu. Czasem robiła też szwajcarski placek ziemniaczany z podgotowanych talarków zapieczonych pod śmietanką. Ryż nigdy nie był biały, lecz nabierał różnych barw za sprawą rodzynek, ziół, marchwi, sosu pomidorowego, mleka kokosowego albo też jeszcze innego składnika, który ciotka Palmira wykorzystywała w swoich przepisach. Kiedy Eurídice starczało czasu, robiła jeszcze desery. Delikatny budyń kokosowy ze śliwkowym sosem, zupa „nic” pod twarożkową pierzynką. Gotowała, aż zapełniła wszystkie półmiski i każde wolne miejsce na stole. Rodzina nie doceniała kulinarnych wyczynów Eurídice. Afonso i Cecília przechodzili właśnie etap uwielbienia dla makaronu, a Antenor nie był człowiekiem podatnym na uroki okonia morskiego w sosie kaparowym. „Chcemy klusek”, mówiły dzieci, „Zjadłbym stek”, mówił Antenor, a Eurídice wracała do kuchni, żeby zagotować wodę na makaron i przyrządzić Antenorowi filet mignon, bez grzybów. Po jednej czy dwóch kolacjach złożonych z prostych dań Eurídice powracała do przepisów z księgi ciotki. Wszyscy musieli wmuszać w siebie sarapatel, krewetki zapiekane w dyni i ryż z owocami morza. Kiedy Eurídice wypróbowała już wszystkie przepisy ciotki, uznała, że pora zacząć komponować swoje własne dania. Ta cała ciotka Palmira może i znała się na kuchni, ale nie znała się na wszystkim. Eurídice zaczęła się na przykład zastanawiać, czy suszonego mięsa nie można by podać z sosem z manioku na mleku, czy marmolada z gujawy pasowałaby do panierowanych filetów z kurczaka i czy farofas mogą mieć posmak curry, które wciąż stanowiło nowinkę kulinarną. Pewnego czwartkowego poranka Eurídice włożyła swoją wyjściową sukienkę i udała się do sklepu papierniczego na rogu.

– Dzień dobry, dono Eurídice.

– Dzień dobry, seu Antônio.

– Szuka pani czegoś konkretnego?

– Dużego zeszytu w linie.

Seu Antônio wskazał leżącą na półce stertę zeszytów w twardych czarnych okładkach. Eurídice z przyjemnością je przeglądała, chcąc wybrać spośród nich jeden dla siebie, seu Antônio zaś z przyjemnością obserwował Eurídice. Gustował w jej obfitych kształtach, być może dlatego, że jego czarna niania, Chica de Jesus, miała podobnie pełne piersi, w które wtulony zasypiał, podczas gdy jego matka brylowała w najlepszych salonach Rio. Podobały się mu także oczy Eurídice, jej zadarty nosek, drobniutkie dłonie, krągłe łydki, medalik na piersi, a także każde inne miejsce, na które tylko spojrzał. Eurídice ociągała się, przeglądając stosik. To miał być zeszyt na jej własne przepisy, musiała więc wybrać najlepszy ze wszystkich zeszytów w linie. Przekartkowała jeden, natrafiła na pogniecioną kartkę, odłożyła. Chwyciła inny, dostrzegła zabrudzenie na okładce i również się rozmyśliła. Przyjrzała się bacznie trzeciemu i w nim nie znalazła skazy. Miała go właśnie podać Tinokowi, Mulatowi, który od zawsze pomagał w papierniczym, gdy seu Antônio ruszył, by samemu obsłużyć klientkę. Chwilę porozmawiali, gdy Eurídice czekała, aż Antônio wyda jej resztę. A potem wyszła, nie podejrzewając nawet, że moment, w którym wygłaszała swoje uwagi na temat deszczu, będzie dla tego mężczyzny najważniejszą chwilą w całym tygodniu. W drodze powrotnej uradowana Eurídice podśpiewywała sobie. Zamilkła jednak i spoważniała, słysząc: „Dzień dobry, sąsiadko!”.

A oto i Zélia, która mieszkała w domu obok. Zélię frustrowało niemalże wszystko, najbardziej zaś to, że nie jest Duchem Świętym, który wszystko widzi i wie. Tak naprawdę Zélii bliżej było do złego wilka niż do Ducha Świętego, bo miała wielkie oczy, żeby wszystko lepiej widzieć, wielkie uszy, żeby lepiej słyszeć, i wielką paszczę, żeby móc do woli plotkować. Zélia miała również żółwią szyję, która za każdym razem, kiedy jej dom mijał ktoś wzbudzający zainteresowanie, wydawała się wysuwać coraz bardziej z kołnierzyka sukienki. Była jeszcze bardziej cudacznym stworzeniem niż na przykład dziobak, ale nie budziła zainteresowania wszystkich dookoła tylko dlatego, że była jedną z wielu podobnych jej kobiet, które zamieszkiwały tamto miejsce w tamtych czasach.

– Kompletuje pani wyprawkę do szkoły?

Eurídice przygarnęła zeszyt do piersi gestem niejasnym nawet dla niej samej. Nie wiedziała, czy próbuje osłonić własną pierś, czy też ukryć swój zakup.

– Dzień dobry, sąsiadko. Kupiłam… Kupiłam zeszyt do zapisywania codziennych wydatków.

Następnego dnia wszystkie kobiety z ich ulicy ze współczuciem mówiły, że Eurídice z Antenorem mają kłopoty finansowe. Nic dziwnego, przytakiwała Zélia. Eurídice nie zna umiaru w zakupach w spożywczym, no i jak można tak często chodzić do Casas Pedro po przyprawy? A jakie zapachy wydobywają się z jej kuchni! Egzotyczne, w ogóle niepasujące do fasoli z ryżem, którą jedzą wszyscy. Ta rozpusta musi się kiedyś skończyć. Ponieważ Zélia nie mogła zostać Duchem Świętym, zadowoliła się skromniejszą pozycją i obwołała się prorokinią. Jej empiryczne obserwacje owocowały precyzyjnymi prognozami, których cechą wspólną było czarnowidztwo, bowiem Zélia z rozkoszą bywała bardziej surowa niż Bóg w Starym Testamencie.

– Ta to doprowadzi męża do bankructwa – ogłosiła złowieszczo.

Zélia nie stała się cudacznym stworzeniem tak po prostu z godziny na godzinę – ewolucja musi wszak trochę potrwać. Jej przemiana rozpoczęła się jeszcze w okresie dzieciństwa, kiedy coś, co mogło być darem, zaczęło stawać się ciężarem. Po ojcu odziedziczyła ciekawość świata, a po matce nadmierne przywiązanie do domowego ogniska. Od świata otrzymała gorycz, a od losu brak wyboru. I tak właśnie narodziła się plotkara w czystej postaci.

***

Fragment książki „Niewidzialne życie”, autorstwa Marthy Batalhy, wydawnictwo MUZA S.A

Książkę znajdziecie w dobrych księgarniach.