Czekając na premierę Twojego nowego albumu, chciałabym spytać o ten ostatni, zatytułowany “Love and Hate”. Miłość i nienawiść. Dwa uczucia, które są zupełnie przeciwstawne. Jednocześnie, często się zdarza, że są ze sobą jakoś skorelowane. Jedno jest pewne – “Love and Hate” to nazwa, która ma spory ładunek emocjonalny. Co zainspirowało Cię do zatytułowania płyty w ten sposób?

Michael Kiwanuka: W tamtym momencie życia, gdy powstawał album, często myślałem o tych uczuciach, bo po prostu je odczuwałem. Zdarzało mi się jednego dnia myśleć, że wszystko jest świetnie, a drugiego budzić się z poczuciem, że nienawidzę siebie i swojego życia. Gdy jesteś przed 30-stką, szukasz swojego miejsca w dorosłym świecie. Nie zawsze bywa to proste. I dokładnie tak jak powiedziałaś, miłość i nienawiść często są ze sobą skorelowane, niezależnie od tego czy mówimy o miłości do siebie samego czy do drugiego człowieka. Wydaje mi się, że w ogóle nierzadko się zdarza, że rzeczy, które na początku wydają się być zupełnie od siebie różne, okazują się tak naprawdę do siebie zbliżone.

To prawda. To zresztą świetnie ukazuje serial HBO “Big Little Lies”, do którego wejściówką jest Twoja piosenka. Jak do tego doszło, że Twój utwór jest intro do jednej z najgłośniejszych produkcji ostatnich lat?

Może to zabrzmieć dziwnie, ale nie ukrywam, że… sam do końca nie wiem (śmiech). Nie ma za tym jakiejś wielkiej historii typu “dzwoni do mnie Nicole Kidman”. Mam mgliste wspomnienie maila z propozycją wykorzystania mojej piosenki do telewizyjnego show. Co zwykle robisz w takiej sytuacji? Patrzysz ile płacą (śmiech), a jeśli cyferki się zgadzają, to sprawdzasz co to za serial. I tak też zrobiłem. Mój manager potwierdził, że produkcja zapowiada się nieźle, więc się zgodziliśmy. Myślałem, że moja piosenka będzie wykorzystana z jakiejś scenie. Pół roku później nagle na moim Instagramie pojawiają się dziesiątki tysięcy followersów i hasztag #BigLittleLies. W pierwszym odruchu nie miałem pojęcia o co chodzi – przecież nie wydałem nowej płyty czy singla, skąd tu tyle ludzi? (śmiech). Gdy wpisałem w Google “Big Little Lies”, zrozumiałem, że ten serial to ogromna produkcja, kasowy hit. Wciąż jednak nie miałem pojęcia, że mój utwór to wejściówka, którą słychać na początku każdego odcinka! Gdy się o tym dowiedziałem byłem w niezłym szoku! (śmiech)

Niezwykłe! (śmiech) Zwłaszcza biorąc pod uwagę jak idealnie Twój utwór koresponduje z tematyką serialu. Starą płytę możemy jednak odłożyć powoli na bok, bo za kilka dni premiera nowej. Promujący ją singiel nosi tytuł “Money”. W dobie chorób cywilizacyjnych, zmian klimatycznych czy problemów jak samotność lub depresja, z którymi boryka się wielu z nas, pieniądze przestają się wydawać największą wartością w życiu. Co dla Ciebie stanowi najcenniejszą walutę?

Zdecydowanie rodzina i moi najbliżsi. Sądzę, że ludzie, którzy Cię kochają i którym naprawdę na Tobie zależy to w życiu największa wartość. Oczywiście – moje przekonania, mój światopogląd i system wartości to też rzeczy, bez których trudno wstawałoby mi się rano z łóżka. To one powodują, że podejmuje takie, a nie inne decyzje. Często jednak jest zupełnie inaczej i główny wpływ na nasze decyzje mają nie nasze morale, a pieniądze. To było moją inspiracją przy “Money”. Singiel celowo ma wywrotowy charakter, wcielam się w nim trochę w rolę adwokata diabła, by skłonić do refleksji: “Czy, aby na pewno pieniądze są dla Ciebie najważniejsze?”.

Ciekawe, że “Money”, traktując o dość poważnym temacie – pogoń za pieniądzem potrafi być przecież mordercza – jest piosenką pogodną i wesołą, zwłaszcza w porównaniu z klimatem “Love and Hate”, który jest melancholijny i relfeksyjny. Odzwierciedla to moment, w jakim się znajdujesz? Skąd ten pozytywny vibe?

Gdy pracujesz z różnymi ludźmi, każdy niejako aktywuje inne elementy Twojej osobowości. Kocham melancholijne ballady, ale ile można się smucić! (śmiech) Nigdy jednak nie miałem wystarczająco dużo odwagi, by samemu nagrać bardziej taneczny kawałek. Gdy poznałem Toma [Tom Misch, współautor piosenki “Money” – przypis red.], zaczęliśmy razem pracować i nagle okazało się, że nawet nie wiedząc kiedy, mamy to! Im więcej słuchałem tego bitu, tym bardziej byłem do niego przekonany, choć jednocześnie, tuż za myślą “wow, to jest super”, pojawiała się refleksja “kurczę, ale ja nigdy czegoś takiego nie robiłem”. Ale tak to chyba właśnie jest… gdy tworzysz, zawsze starasz się zrobić coś świeżego, nowego, coś, czego wcześniej nie próbowałeś. Nikt z nas nie lubi pozostawać zamkniętym w szufladce.

Bo takie pudełka są ograniczające, powodują, że przestajemy się rozwijać.

Tak, a nawet jeśli w ramach tego “pudełka” jakoś się rozwijamy, to na pewno nie żyjemy pełnią życia. Dlatego szybko stwierdziłem “co tam, że nigdy nie robiłem czegoś takiego, nagrywamy!”. Ale spokojnie, nowa płyta wciąż jest blisko moich akustycznych, spokojnych klimatów.

Czyli “Money” było trochę takim skokiem w bok, odświeżającą przygodą.

Trochę tak. Choć było też testem mojej pewności siebie i odwagi. Gdy robisz coś innego niż zwykle, musisz liczyć się z tym, że wiele osób może powiedzieć “Hej, ale to przecież zupełnie nie Ty”, “To do Ciebie niepodobne, w ogóle nie brzmisz jak Ty”. Moi ulubieni artyści mieli jednak wystarczająco dużo odwagi I siły, by iść pod prąd I próbować nowych rzeczy. I na nich staram się wzorować.

Oj tak, pozbycie się łatki, którą przykleił nam świat wymaga sporo odwagi. Z drugiej strony to właśnie takie doświadczenia - te trudne i wymagające - kształtują nas najbardziej.

Tak, to prawda.

A skoro mowa o trudnych doświadczeniach… Słyszałam, że myślałeś kiedyś, by rzucić muzykę, to prawda?

Tak, był taki moment, gdy chciałem rzucić muzykę. Mój pierwszy album spotkał się z umiarkowanym odbiorem. Stwierdziłem jednak, że tak szybko się nie poddam, nagrywam kolejny. Gdy “Love and Hate” było prawie skończone, przesłuchałem go i pomyślałem “nie, to się nie przyjmie”, a wraz z tym przyszła myśl “może pora, by pożegnać się z muzyką?”. Okazało się jednak być zupełnie inaczej niż zakładałem - album stał się hitem. I to chyba najlepszy dowód na to, że czasem, zwłaszcza w tych trudnych chwilach, trzeba po prostu robić swoje. Potem, gdy człowiek patrzy na swoje życie z perspektywy to okazuje się, że jest zaskoczony sam sobą (śmiech). “Wow, nie sądziłem, że jestem w stanie to zrobić!”

Tak, to prawda, sama tego uczucia zaskoczenie kilkukrotnie doświadczyłam.

No właśnie. Czasem nie warto się zatrzymywać i rozglądać na boki, tylko iść na przód, nawet, gdy nie wiemy gdzie nas ta droga zaprowadzi.

A często prowadzi w miejsca, których byśmy sobie nawet nie wyobrażali.

Dokładnie! I to doświadczenie - by iść naprzód pomimo zwątpień i przeciwności losu - to chyba doświadczenie, które najmocniej mnie uformowało. Dzięki takim sytuacjom uczymy się jak nawigować w tym trudnym świecie, który rzadko kiedy jest taki, jaki chcielibyśmy, żeby był, uczymy się adaptować do zmieniającej rzeczywistości.

Co, w dzisiejszych czasach, gdzie świat wokół nas zmienia się w zawrotnym tempie, jest szczególnie cenną umiejętnością. Bardzo dziękuję za rozmowę, Michael! I trzymam kciuki za to, co przyniesie przyszłość, obyśmy kontynuowali zaskakiwanie samych siebie! (śmiech)

Ja też dziękuję! I tego samego życzę Tobie i czytelniczkom kobieta.pl!