Mery Spolsky - książka, walkman i słowo "CHYBA"

Aleksandra Nagel – Kobieta.pl: Spotykamy się w związku z premierą Twojej książki „Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj”. Czy Ty tak na poważnie, chcesz się zabić dzisiaj?
Mery Spolsky: Słowo „CHYBA” jest tu kluczowe i w pewnym sensie odpowiada na to pytanie. To słowo ma znaczenie i trzyma mnie przy życiu. Poza tym byłoby szkoda, gdybym nie mogła już pisać i śpiewać, bo bardzo to sobie cenię. Chciałabym do tej 50-tki co najmniej pociągnąć na tej scenie, a może i dłużej?

Kamień spadł mi z serca, ale zmieńmy nieco temat. Masz taki z góry określony plan, że śpiewasz na scenie do 50-tki?
Gdybym miała taką świadomość, że w wieku 100 lat pożegnam się z tym światem, to z chęcią bym sobie tak poplanowała to życie - 50 lat i schodzę ze sceny, potem do 70 piszę tylko książki, a w wieku 70 lat zakładam na przykład winnicę i mam milion buldożków francuskich, a jak mam 90 to jeżdżę już tylko sobie nad morze i powoli żegnam się z życiem, czerpiąc z niego co najlepsze. Niestety nie wiemy, czy dożyjemy jutra, więc ciężko mi to tak precyzyjnie określić, ale w głowie prawie 30-letniej osoby ta 50-tka mieni się jako czas zmian, może nawet czas na zejście ze sceny.
50-tka jarzy się jako kolejny etap, ale co tam będzie? Nie mam zielonego pojęcia. Kto wie, może coś mi się odwidzi i właśnie wtedy będę jeździć na swoje największe trasy? Byłoby super, bo na przykład taka 70-letnia Urszula Dudziak nie ma problemu, by dawać czadu po scenie! Podziwiam ją i chciałabym mieć taką energię, jak ona, ale to wszystko na ten moment jest kwestią marzeń.

W życiu jest tak, że warto planować, ale zawsze jest to słowo „CHYBA” jak w tytule Twojej książki.
Prawda jest taka, że jestem osobą, która bardzo się zmienia, angażuje się w różne projekty i kto wie, w którą to stronę pójdzie za dekadę czy dwie? Zobaczymy, co mi świat przyniesie.

Wolisz jak mówią na Ciebie Marysia czy Mery?
Mówią na mnie Mery, więc może być Mery. (śmiech)

Zatem Mery, wróćmy do teraźniejszości. Gdy myślałam o tym wywiadzie, to zastanawiałam się, czy my się w ogóle dogadamy. Trochę żartuję, ale wiesz, mam wrażenie, że jesteśmy z różnych pokoleń. Zatem mały test: wiesz, co to jest walkman?
Pewnie, że tak! Wraca moda na takie gadżety. Jo-jo wraca, wracają gumy Turbo, wraca też walkman.

I nie muszę Ci tłumaczyć, co to jest dyskietka?
Nie trzeba. Chyba jednak jestem częściowo z Twojego pokolenia, jeśli chodzi o sposób myślenia. (śmiech)

A Spice Girls i Backstreet Boysów kojarzysz?
No a jak! Śpiewało się do ich piosenek z dezodorantem w dłoni! (śmiech)

Uff, czyli nie jesteś aż tak odległa. Może to głupie pytanie, ale po co niespełna 30-letnia Mery Spolsky pisze książkę?
Lubię pisać wiersze, opowiadania. Miałam tego sporo na różnych folderach na komputerze.

Nie na dyskietkach?
Na dyskietkach to już nie, bo to rzeczywiście nie te czasy. Co ciekawe, mam sporo tego na papierze pochowane w szufladach. Teraz muszę to wszystko przepisywać na komputer, bo blakną i zaraz ich nie będzie. Wracając do książki, czułam, że to pisanie jest ważną częścią mnie. Chciałam się sprawdzić, ale jet też drugi powód. Napisałam tę książkę dla siebie, żeby się psychicznie lepiej poczuć, oczyścić, zmierzyć się z samą sobą.

Pisałaś ją w czasie pandemii?
Pomysł na książkę zrodził się jeszcze przed pandemią, ale pracowanie nad publikacją to rzeczywiście okres pandemii. Te pandemiczne nastroje poniekąd stały się inspiracją do napisania niektórych tekstów, choć nie chciałam się bezpośrednio odnosić do koronawirusa, uważam, że to bez sensu i lepiej o nim zapomnieć.
Nie planowałam tego, ale faktycznie czuć w niej ten marazm, który był również w mojej głowie w tamtym czasie.

Jesteś teraz bardziej pogodna niż w tej książce?
Zdecydowanie! Co prawda to jest książka pisana pół żartem, pół serio. To zbiór wielu różnych tekstów – luźnych, mniej wesołych, czasem bardzo intymnych i osobistych, ale często zaczynają się hasłem typu „Nie mam humoru” lub „Gdy to piszę, łzy leją się na klawisze”. Ta książka to jest moje drugie ja – mniej ekstrawertyczne i mniej energiczne. Zależało mi na tym, by pokazać swoje dwie skrajności.

ZOBACZ TAKŻE:

Kompleksy na Instagramie, Dua Lipa i dupa lipa

Na szczęście mamy wtorek, a wtorki – jak piszesz w swojej książce – są mniej zobowiązujące niż poniedziałki. Piszesz o wielu trudnych, smutnych emocjach. Nie bałaś się, że ta książka – łącznie z tym tytułem – może kogoś jeszcze bardziej zdołować, przybić, albo podsunąć pewne skrajne rozwiązanie, o którym nawet nie chcę myśleć?
Jeśli ktoś ma myśli samobójcze, to wszystko może go popchnąć w tę straszną stronę. Może być to film, sztuka teatralna czy nawet plakat na mieście. Taka osoba potrzebuje specjalistycznej pomocy. W książce przyznaję się do tego, że miewam czarne myśli. Bywają dni, kiedy mówię, że „chyba się dzisiaj zabiję”. Czasem to są rzucone w eter słowa, ale czasem to się we mnie tli i rozlewa. Pisząc odsłaniam siebie. Nie ma tu miejsca na robienie sobie żartów z takich stanów. Czuję, że w tej książce chodzi o to, by odnaleźć to szczęście, by poszukać balansu, by obudzić się jednak tą prawą nogą. Ludzie piszą do mnie, że mają stany depresyjne i ta książka im trochę pomaga, na chwilkę poprawia humor, rozśmiesza. Nie spotkałam się jeszcze z taką opinią, że ta książka kogoś jeszcze bardziej zdołowała. Być może sam tytuł może kogoś razić, ale to ja wtedy mówię, by przeczytali i zapoznali się z treścią i wtedy porozmawiajmy.

Photo: Piotr Porębski

Mamy więc na przykład taki fragment o tym, że nienawidzisz kompleksów, a jednocześnie one wciąż istnieją w Twojej głowie. Pytam Cię więc o te kompleksy – nie tylko Twoje, ale może o kompleksy całego Twojego pokolenia. Jak to jest z tą „Duą Lipą” czy „dupą lipą”?
Piszę o tym, że nienawidzę kompleksów, bo zawsze miałam przez nie zły humor, brak wiary w siebie, niskie poczucie własnej wartości i wielokrotnie te kompleksy na punkcie nie tylko ciała, ale też tego, jaka jestem czy mojego charakteru, utrudniały mi życie. Zamiast iść po swoje i spełniać marzenia, wstydziłam się i kryłam za kimś. Nie lubię kompleksów, ale lubię o nich pisać, bo wtedy się z nimi rozliczam. Moje pokolenie ma masę kompleksów na punkcie wyglądu. Przyczynia się do tego oczywiście Instagram, social media i promowanie siebie w internecie. Każdy może wrzucić tam swoje przefiltrowane zdjęcie, albo kadr, który troszkę oszukuje rzeczywistość. Patrzymy na ten wyidealizowany świat i myślimy sobie, że ten nasz jest beznadziejny. Mam wrażenie, że mamy jeszcze większe kompleksy niż Twoje pokolenie! Bardzo dobrze, że jest coraz więcej osób w internecie, które mówią o tym, że też mają cellulit, rozstępy i trzeci podbródek, gdy schylą kark. To jest ludzkie.

Ok mamy więc „modę na brzydotę”, ale z drugiej strony przecież to też jest w pewnym sensie jakaś forma kreacji. Czy nie jest tak, że Mery Spolsky lubi czasami wyglądać jak milion dolarów?
Zdecydowanie! Zawsze to podkreślam. Przecież nigdy z 50 zdjęć z koncertu nie wrzucę tego najgorszego. Wrzucę to najpiękniejsze, na którym ja osobiście uważam, że wyglądam najlepiej – śliczna twarz, piękne długie nogi i wspaniała kreacja! Na wygląd zwracam uwagę i w sumie kocham to, kocham modę, eksperymentowanie. Dlatego to nie jest takie jednoznaczne, że jak chcemy promować ciałopozytywność, to musimy teraz wrzucać tylko brzydkie zdjęcia na konto na Instagramie i się oszpecać.
Chodzi o to, by się kochać. Kiedy jednego dnia jestem wspaniale wystylizowana na koncert, mam zrobione paznokcie, genialny makijaż i włosy, następnego mogę być rozczochrana i bez makijażu. W internecie zrobił się zerojedynkowy świat – albo jesteś po tej, albo po tej stronie, a przecież dziewczyny jednego dnia lubią ubrać się w dresy i mieć nieumyte włosy, a następnego wskoczyć w sukienkę i szpile i zrobić sobie zdjęcie szerokątnym obiektywem w telefonie, który optycznie wydłuża nogi.

 

Czyli raz Kopciuszek, raz księżniczka?
Tak i myślę, że w sumie to jest zdrowy balans.

PRZECZYTAJ TEŻ:

Szafy pełne ciuchów!

Sama zaczęłaś temat sukienek, scenicznych kreacji i mody, więc o to Ciebie za pytam. Z jednej strony jest cała rzesza osób, która zachęca do tego, by kupować mniej ubrań i traktować modę w duchu slow, a z drugiej strony jesteś Ty – osoba, która kocha modę, lubi eksperymenty i dla wielu osób jest wyznacznikiem trendów. Z tego, co wyczytałam w książce uwielbiasz wyprzedaże, koszykujesz zakupy niczym Kasia Nosowska i ogólnie uwielbiasz modę. Ile masz ciuchów w swojej szafie?
Moja szafa jest gigantyczna do tego stopnia, że nagrywam w niej płyty, bo doskonale wygłusza! (śmiech) Powstała nawet piosenka „Szafa Mery Spolsky”. Poza tym w mojej szafie poniekąd „żyje” moja mama, bo w szafie mam mnóstwo ciuchów po niej! Niestety też butów, które jak na złość nie są w moim rozmiarze, tylko mniejszym, więc oddaję sporo moim koleżankom.
Ciuchów mam od groma, jestem uzależniona od butów i często o tym mówię. Cóż, mama była projektantką mody, więc ja w swoim domu mam wielką halę, która kiedyś była magazynem firmy rodziców i tam do dziś wiszą różne prototypy ubrań – żakietów, sukienek, które moja mama projektowała. One w tym momencie wiszą tam trochę sentymentalnie, bo choć staram się dawać im drugie życie – oddawać innym czy robić garażowe wyprzedaże, to też niektóre rzeczy są dla mnie bardzo silne emocjonalnie, że nie jestem w stanie się z nimi rozstać.

Jestem więźniem ciuchów i piszę o tym w rozdziale „Absurdy” w mojej książce, bo z jednej strony chcemy być eko, ratować świat, naprawdę chcemy, ale z drugiej strony nikt nie jest idealny i czasem robi się coś, co szkodzi. Myślę, że najważniejsze jest w tym wszystkim to, by się z tego powodu tak bardzo nie biczować, tylko naprawiać błędy i iść w lepszym kierunku.
Dlatego – jeszcze gdy moja mama żyła – wiele ciuchów, które wychodziły z mody, przerabiałyśmy wspólnie, doszywałyśmy bluzkom tiule, tworzyłyśmy ekstrawaganckie sceniczne kreacje, w których do dzisiaj występuję na scenie. Wydaje mi się, że ten mój modowy recykling to jakaś odpowiedź na to moje uzależnienie. Przeciwwaga. Jak macie ciuchy, które już wam się znudziły, a kochacie nowe, to po prostu przeróbcie stare.

Kiedy zmarła Twoja mama?
To będzie prawie sześć lat, jak jej nie ma. Dla niektórych to będzie bardzo dawno temu, dla innych to jest bardziej jak wczoraj. MI moja mama w głowie towarzyszy codziennie. Nie była tylko mamą. Była moją życiową mentorką, moją idolką, artystką, która napisała dla mnie mnóstwo wierszy, zaprojektowała mnóstwo ciuchów, narysowała grafiki, których używam w moim projekcie „Mery Spolsky”. Mama jest w moim życiu i jest w moim projekcie. Dlatego często o niej mówię i ją tak trochę wskrzeszam z martwych. Sztuka moim zdaniem unieśmiertelnia ludzi.

Piszesz w książce o mamie, ale również o swoim tacie – gitarzyście. Czy Ty Mery byłaś bananowym dzieckiem?
Pewnie, że tak. To jest duże szczęście i duże przekleństwo jednocześnie. Byłam oczkiem w głowie mamy i córeczką tatusia wciąż jestem. I nawet o tym śpiewam w jednej z piosenek – „nieśmiała, raz mała, a raz bananowa”. To z pewnością duży przywilej mieć takie wsparcie od rodziców, na pewno dużo im zawdzięczam jeśli chodzi o mój start w muzyce, miałam wsparcie finansowe na gitary, konkursy, warsztaty. Nie musiałam tego dzielić nigdy z dorywczą pracą, by na to zarobić. Z drugiej strony bycie oczkiem w ich głowach rodziców robi w mojej głowie kocioł. Gdy nagle mamy zabrakło, to świat Marysi się zaburzył i być może stąd ta tęsknota i silne przywiązanie do niej. Ten smutek będzie we mnie do końca życia.

Mery Spolsky wie, co to jest miłość i nie marzy o ślubie

Warszawa to miejsce pełne bananowych dzieci, ale z drugiej przyjeżdża tu wiele osób z małych miasteczek, wiosek, osób, które muszą walczyć o swoje marzenia i ciężko pracować na sukces. Nie masz czasem poczucia, że takie osoby patrzą na dzieci znanych czy bogatych rodziców z wyższością? Chciałabyś się czasem zamienić, jak w tej baśni „Książę i żebrak”?
Przez wiele lat miałam kompleks znanego taty – muzyka i basisty. Nie chciałam być z nim kojarzona. Zawsze mnie to peszyło i nigdy się do tego nie przyznawałam, ani na konkursach muzycznych, ani na rozmowach z wytwórniami. Chciałam wszystko osiągnąć sama. Pamiętam milion rozmów z rodzicami – w kontekście mojej muzycznej kariery – podczas których zapewniałam ich, że ja wszystko chcę sama – sama napiszę teksty, sama skomponuję muzykę, nie chcę żadnego producenta. Chciałam udowodnić, że sama się wybiję bez pomocy rodziców.
W sumie mam wrażenie, że to się udało, rodzice tylko dali mi wsparcie, a nie realnie wpłynęli na to, co osiągnęłam. Mama była przy mnie. Mówiła mi, że mam w siebie wierzyć, i że to co robię, jest wartościowe. Tata był moim mentorem, który dawał mi rady jako muzyk. Ale nikt z nich nigdy mi nic nie „załatwiał”, bo bardzo o to dbałam, aby takich rzeczy nie robili. Czułabym się z tym bardzo źle. Myślę, że mam trochę chorą ambicję od dziecka. Zawsze musiałam mieć najlepsze oceny ze wszystkich przedmiotów.

Photo: Piotr Porębski

Zatem byłaś kujonką?
Pod tym kątem była kujonem, szczególnie z języka polskiego. Nie potrafiłabym żyć ze świadomością, że ktoś mi coś załatwił. Często nawet było tak, że mówiłam: „Mama nie przychodź na ten koncert w Warszawie, bo obciach będzie, że rodzice przyszli”. Oczywiście byłam wtedy młodsza i patrzyłam na świat inaczej. Dziś jestem starsza i wszędzie zabieram mojego tatę. Ludzie tak mają, że dopiero w pewnym wieku dorastają do tego, by przyznawać się do swoich rodziców. (śmiech)

Skoro mówisz o dojrzewającej głowie, chciałam zapytać Ciebie o miłość. Czytam w Twojej książce różne fragmenty i chodzi mi po głowie jedno pytanie: „Czy Ty już wiesz, co to jest miłość”?  
Myślę, że wiem. Miłość jest bardzo różna, bywa ulotna, dlatego w jednym z tekstów piszę o tym, że lepiej inwestować w sztukę niż w miłość, bo sztuka zostanie, a miłość może sobie odfrunąć, albo pójść do innej miłości.

Brutalne.
Świat jest brutalny. Trzeba sobie w nim znaleźć swoją małą dziuplę. Myślę, że z każdym nowo poznanym człowiekiem, nie tylko chłopakiem, aktywuje się różne uczucie miłości. To może być miłość platoniczna, gdy zapatrzę się na przykład na Dua Lipę i nie mogę przestać scrollować jej zdjęć, bo tak mi się podoba – ona, jej chłopak i jej twórczość.
Może też być miłość, o której mówisz, czyli miłość do facetów, którzy bywają dla mnie wielką inspiracją. Gdy dadzą ciała, to ja natychmiast pędzę do komputera i piszę o tym. To mnie wtedy pociesza, wyzwala i dodaje otuchy w tych miłosnych wypadkach. (śmiech)

Może to głupie pytanie, ale zapytam, nie marzy Ci się taki obrazek – oto Marysia stoi na ślubnym kobiercu, ma piękną – pewnie przez siebie samą zaprojektowaną – suknię ślubną, a obok książę z bajki – wybranek jej serca na całe życie?
A mój tata gra Ave Maria na skrzypcach! (śmiech) Nie, mam nawet piosenkę, która odpowiada na to pytanie. „Sama ze sobą biorę ślub” i to jest idealna odpowiedź - cały mój stosunek do tego typu ceremonii, na chwilę obecną dodajmy.

Jesteś Mery Spolsky, czyli jak najbardziej jesteś z Polski! (śmiech) Powiedz mi, jaka ta Polska dzisiaj jest, gdy Ty na nią patrzysz – niespełna 30-letnia dziewczyna, gwiazda muzyki!
Polska jest bardzo podzielona, ale też zróżnicowana. Widzę to, koncertując po rożnych miastach. Podczas trasy widać, jak bardzo jesteśmy różni, ale też jak bardzo się rozwijamy. Obserwuję większe otwarcie na modowe eksperymenty i coraz więcej imprez kulturalnych. Myślę, że pod tym względem bardzo się rozwijamy.
Życzę sobie i wszystkim Polakom, byśmy byli państwem światowym i mam nadzieję, że ostatnie lata tego nie zepsują. Pandemia nasiliła negatywne nastroje i podziały, ale mimo wszystko lubię Polskę, to kraj w którym się urodziłam. Chciałabym, by był to kraj coraz bardziej kolorowy, otwarty na społeczność LGBT, żeby Polska się rozwijała, a nie cofała.

Byłaś na Strajku Kobiet?
Pewnie, że byłam, nawet wspólnie z Kayah. To był ten czas, gdy wydałyśmy bardzo kobiecą piosenkę, która rozbrzmiewała na protestach.

Które miejsce w Polsce jest Ci naprawdę bliskie?
Na pewno moje miejsce to polskie morze i polskie góry, czyli morze Spolsky i góry Spolsky. W książce jest tekst „Z góry sorry” i „Kuźnica Welcome to” – ja kocham te obie skrajności. Kocham tę naszą mentalność nad morzem, która sprawia, że rozstawiamy parawany, pijemy rozwodnione piwo i kupujemy chińskie pamiątki na straganach. Uwielbiam wspinać się na szczyty polskich gór, aby na górze w schronisku skosztować ziemniaczanego placka po zbójnicku i zobaczyć jakaś dramę między rodzinami. To jest nasza cudowna polskość. Wiadomo, że mieszkam w Warszawie, więc kiedy myślę o Polsce, to mój dom to jest Warszawa.

Wakacje 2021

A co Twoje pokolenie robi na wakacjach?
No jak to co? Zdjęcia! (śmiech)

W sumie! (śmiech)
Wracamy do kempingowania, do przyczep i wyjeżdżania w naturę. Wcześniej była moda na przebodźcowanie i szalone kluby, a teraz raczej cisza, spokój, natura. A może to kwestia wieku? (śmiech)

Wyjeżdżasz gdzieś?
Na razie nie. Kontynuujemy trasę koncertową i promocję książki. Chciałabym z tego czasu skorzystać, bo ostatni rok był pusty, więc chcę skorzystać z tego ile wlezie i spotykać się jak najczęściej z moimi fanami.

To spotykaj się z fanami i miej w sobie tyle pozytywnej energii nie tylko dzisiaj i nie tylko we wtorki, ale każdego dnia! I niech to słowo „CHYBA” z tytułu książki wciąż tam będzie. Wiesz?

Będzie, będzie. Ta książka jest po to, by mnie przybliżyć do ludzi i do życia, a nie się od niego oddzielić. Słuchajcie, przeczytajcie i powiedzcie, czy też tak macie, jak ja?!

ZOBACZ TEŻ: