Jak smakuje codzienność królowej ? Czym poczęstować słynną pisarkę? Co schrupałaby do kawy gwiazda kina jak Marylin Monroe? Od makaroników Marii Antoniny aż po burgery dla Bjork - “Nienasycone” to wyjątkowy zbiór przepisów na rozmiate okazje i nastroje, równie inspirujących i różnorodnych jak osobowści ich bohaterek. O tym jak trudno było wybrać czternaście kobiecych postaci z dziesiątek ikonicznych kobiet, które zapisały się na kartach historii, o feminizmie w kuchni i poza nią oraz m.in. o wielkiej pasji, której były w stanie poświęcić kilka lat swojego życia – rozmawiam z Norweżką Marianne Pfeffer Gjengedal i Polką Klaudią Igą Peres.

Cześć dziewczyny, możecie opowiedzieć czym się zajmujecie na co dzień, prócz pisania wyśmienitych książek?


Marianne: Jestem Marianne Pfeffer Gjenhedal. Na co dzień stylizuję jedzenie, pracuję w reklamie, mieszkam w Oslo z dwójką dzieci I super mężem.

Klaudia: Klaudia Peres dzień dobry. Jestem fotografką jedzenia, tzw. artystką kulinarną. Z Marianne poznałyśmy się na jednym z planów zdjęciowych do reklamy. Szybko zdecydowałyśmy, że chcemy razem zrobić jakiś ekstra projekt, coś bardzo naszego, inspirującego i dotyczącego sztuki. Pomyślałyśmy więc, że może warto nadać naszym artystycznym wizjom głębsze znaczenie, jakąś ideę – tak postawiłyśmy na portrety ważnych kobiet, połączone z jedzeniem.

Jesteście tzw. Food lovers?

Klaudia: Oj tak, totalnie “the foodies”!

W domowym zaciszu gotujecie?

Marianne: Tak, zdecydowanie kiedy tylko mam trochę wolnego czasu, gotuję sporo. Dużo piekę, gotuję dla moich przyjaciół i rodziny, testuję wszystkie przepisy, które przychodzą mi do głowy. Wiele z przepisów w “Nienasyconych” jest dopracowanych w domu.

Klaudia: Marianne jest wyjątkowo utalentowana, a ja zawsze chciałam dobrze gotować i nigdy mi to z jakiegoś powodu nie wychodziło… Dopiero kiedy poznałam Marianne, dała mi kilka naprawdę niezawodnych przepisów z norweskiej kuchni np. na bułeczki cynamonowe, które robię co sobotę. Najfajniejsze w gotowaniu jest dzielenie się – z sąsiadami, rodziną. Co tydzień, kiedy zrobię bułeczki, częstuję nimi sąsiadów.

Marianne: Co więcej, jedzenie ma tyle szerokich znaczeń, to jest coś, z czym każdy może się w jakiś sposób indentyfikować. Nie ma znaczenia, czy jesteś na diecie, czy jesteś weganką, a może mieszkasz w Indiach, Południowej Afryce, czy Skandynawii. To jest cała idea, która stoi za książką “Nienasycone”. Chodzi o podróż w czasie oraz przestrzeni, wyobrażenie sobie jak wyglądał jadłospis wszystkich tych fantastycznych kobiet z różnych części świata. One przecież, mimo całego swojego sukcesu, też miały tzw. zwykłe życie – jadły śniadania, chodziły na imprezy, zdarzało im się być na kacu, wyjść na coś do jedzenia z przyjaciółmi. Kulinaria są takim genialnym narzędziem do łączenia światów.

Co robiłyście z tymi wszystkimi pięknymi jedzeniowymi kompozycjami, po sesji zdjęciowej?

Marianne: Food wasting to pojęcie dla nas totalnie obce – tworzymy coś, gotujemy, ozdabiamy, fotografujemy i później wszystko zjadamy.

Brzmi jak prawdziwa praca marzeń (śmiech)

Spośród wielu wspaniałych, wpływowych kobiet w historii wybrałyście swoją czternastkę do “Nienasyconych”. Dlaczego wcieliłyście się właśnie w te bohaterki? Jaki był klucz doboru?

Klaudia: Cały proces tworzenia książki zajął nam jakieś pięć lat. Zdajemy sobie sprawę, że istnieją dziesiątki, setki genialnych kobiet, które warto byłoby wymienić na łamach “Nienasyconych”, ale musiałyśmy zdecydować, bo trzeba było już powoli kończyć prace nad publikacją. Chciałyśmy na przykład umieścić jeszcze Marię Curie Skłodowską na kartach tej książki, wcielić się w jej postać, ale zwyczajnie - zabrakło nam już na to czasu. Kluczem doboru były nasze osobiste odczucia, fakt, czy w jakiś sposób utożsamiamy się z daną postacią.

Czytałyśmy książki o Mary Poppins autorstwa Pameli Travers, uwiebiałyśmy dziewczyńskie postaci z książek Astrid Lindgren, zawsze kochałyśmy Fridę Kahlo i ceniłyśmy jej dorobek. Choć żadna z nich nie była słodką dziewczynką i czarno-białą postacią.

Marianne: Do odtworzenia każdej kobiety-ikony przygotowywałyśmy się przez wiele tygodni, czasem kilka miesięcy. Musiałyśmy więc bardzo je lubić, jak inaczej mogłybyśmy się w nie wcielać przez tyle czasu? Na zdjęciach chciałyśmy oddać szacunek, hołd tym właśnie kobietom, poczuć dokładnie to, co one mogły czuć, wczuć się w postać bez reszty.

A jak wyglądała sam proces “wczuwania się” w daną postać kobiecą? Jak zostałaś m.in. Fridą Kahlo Marianne?

Klaudia: Frida Kahlo to moja ukochana bohaterka tej książki. I nasza pierwsza sesja stylistyczno-jedzeniowa. Na początku dowiedziałyśmy się co nie co o kuchni w domu Kahlo, o meksykańskich przekąskach, którymi obdarowywała innych. Potem zaczęłyśmy szukać modelki… aż w końcu okazało się, że Marianna mimo braku fizycznego podobieństwa, powinna totalnie zostać Fridą. To była doskonała zabawa – każda kobieta powinna od czasu do czasu dać sobie prawo do wystrojenia się, bycia tym, kim aktualnie ma ochotę być. Po portretach przyszedł czas na dopracowanie przepisów z kuchni Fridy, wystylizowanie dań i napisanie dobrej biograficznej noty.

Marianna: Byłam wcześniej w Casa Azul, domu Fridy w Meksyku i wiedziałam, że to może być nie lada wyzwanie. Oddać tak bogatą kulturę i dorobek w naszych sesjach zdjęciowych, stylizacji.

Nie tylko z Fridą nie było łatwo, prawda? Którą z postaci kobiecych wymagała najwięcej?

Marianne: Na początku Marylin Monore wydawała się super trudna do odegrania. Odrobinę specyficzna, mocno seksi. Patrzenie w obiektyw aparatu z miną “resting bitch face” i jednocześnie bycie tak seksowną jak Monroe, było szalenie trudne. Sama Marylin się w tych swoich rolach trochę pogubiła… Ona na co dzień była zupełnie inną kobietą, niż jej filmowe postaci, które znała szeroka publiczność. Miała jednak doskonałą umiejętność kontrolowania image.

A która z postaci była super łatwa, a odegranie jej przyszło Wam totalnie naturalnie?

Marianne: Cóż, najprościej było mi odegrać rolę norweskiej zdobywczyni nagrody Nobla w literaturze, Sigrid Undset. Genialna kobieta, bardzo silna, bardzo złożona. Na zdjęciu miała wyglądać na nieszczęśliwą, zamyśloną. Portret zrobiłyśmy bardzo naturalnie, akurat w czasie, w którym odszedł ktoś bardzo mi bliski. Bez specjalnego makijażu, fryzury, pewnego jesiennego ranka w Norwegii, z całym wachlarzem emocji wypisanym na twarzy.

Czy uważacie, że Wasza książka może dołożyć cegiełkę do ruchu feministycznego w branży kulinarnej? Zdominowanej przez mężczyzn?

Marianne: Nasza książka jest bardziej projektem artystycznym, nie rozpatrujemy jej w kategorii branży kulinarnej. Na pewno jednak coś w tym jest – są ogromne nierówności. Mężczyzn szefów kuchni się gloryfikuje, pokazuje na okładkach magazynów wystylizowanych jak rockowe gwiazdy. A kobiety? Zazwyczaj zatrzymują się na etapie blogerek jedzeniowych i stylistek jedzenia. Wciąż uważane za zbyt “słabe” do ciężkiej pracy w restauracyjnej kuchni. Zbyt mało wyedukowane w temacie, bez szans na gwiazdkę Michelin…

Muszę przyznać, że te kilka lat ciężkiej I kreatywnej pracy przekułyście w przepiękne dzieło literackiej sztuki. Album, który warto mieć. Będziecie działać dalej? Wybierzecie kolejne kobiety warte portretu?

Klaudia: Dzięki, że to mówisz, bo “Nienasycone” to de facto całe pięć lat naszego życia. Myślę jednak, że zarówno Marianne jak i ja sama, potrzebujemy małej przerwy. Musimy skupić się na chwilę na czymś innym, żeby złapać nową perspektywę. Marianne pisze swoją książkę kucharską, stylizuje na pełen etat, ja też skupiam się na kilku nowych rzeczach. Oczywiście jednak marzymy o tym, żeby za jakiś czas wrócić do naszych kobiet-ikon.