Dlaczego ilustracja?

Myślę, że odpowiedzi powinnam szukać w domu rodzinnym i tym, co mnie otaczało, gdy byłam dzieckiem. W moim domu dużo obcowało się ze sztuką. Od zawsze interesowałam się rysowaniem i plastycznymi czynnościami, więc rodzice szybko zauważyli tę predyspozycję. Zastanawiam się… czy możliwe jest, żeby rodzic wyłapał u dziecka talent, który jest mu zupełnie obcy? Myślę, że wymaga to nie lada czujności.

Ilustracja jest chyba taką formą, która pozwala Ci na swój sposób mieć dużo żyć. Możesz tworzyć historie, kreować postaci, wymyślać bohaterów. 

To prawda, ilustracja daje możliwość wypowiedzi na różne tematy, jest komentarzem do rzeczywistości. Teraz bardziej się skupiam na wazonach, ale one też dają mi przestrzeń do interpretacji, form, skojarzeń. Choć brakuje mi na co dzień ilustracji. Świat wymaga od nas, żeby się określić w jednym kierunku. Taka interdyscyplinarność jest niespecjalnie wygodna. Ludziom jakoś łatwiej się odnaleźć, gdy masz konkretną etykietę - projektant, ilustrator, malarka. Także dziś staram się być klarowna w przekazie, choć nie jestem w stanie być w 100% określona, pozostaję trochę dryfująca.

Czy nie jest trochę tak, że nam wszystkim łatwiej się nawiguje, gdy możemy wszystko poukładać w konkretnych szufladkach, ponazywać, nadać etykietki?

Mi się wydaje, że to duża strata tak się ograniczać, bo najciekawsze jest właśnie to, co dzieje się pomiędzy. Patrząc na biografie wielkich, często jakiś wybitny muzyk jest architektem, albo wybitny malarz kucharzem. Ta unikalna wartość powstaje często właśnie na styku różnych dziedzin. Mi w ilustracji brakowało przestrzenności i użytkowości. Dlatego zdecydowałam się na wazony, które są malowane. One też nie do końca spełniają definicję wzornictwa przemysłowego, czy designu, bo jednak każdy jest inny i ilustrowany. Także to wszystko gdzieś się ze sobą przeplata i łączy. Mam poczucie, że dzięki temu ten świat artystyczny jest dla mnie taki pełny, kompletny. I formą i rysunkiem.

No tak, domyślam się, że gdybyś nie miała tego backgroundu ilustratorskiego, to prawdopodobnie nawet zainteresowana ceramiką nie skończyłabyś z takim produktem.

Dokładnie. Studiowałam wzornictwo i historię sztuki w Warszawie i zafascynowana ilustracją wyjechałam na prawie 2 lata do Berlina do pracowni ilustracji. To były ciekawe czasy, w magazynach były głównie zdjęcia, ilustracja nie miała najlepszej renomy, kojarzona była z czymś na kształt „podsztuki”, z rzemiosłem. Wróciłam z Berlina z przekonaniem, że chcę połączyć ilustrację ze sztuką użytkową. Kocham przedmioty i otaczanie się rzeczami, które mają dusze i historię jest dla mnie bardzo ważne. Wiele osób złapało się wtedy za głowę, jakbym wyskoczyła z jakimś pomysłem z kosmosu, typu wyszywanie serwetek. Swoją drogą jest teraz na rynku artystka, która robi piękne wyszywane serwetki! (śmiech)

Przypominam sobie, że jak byłam dzieckiem, to faktycznie w magazynach ilustracji nie było. Tych przykładów, które pokazują jak moda się zmienia jest mnóstwo. To co było deklasowane kilkanaście lat temu, dziś jest w trendzie.

Teraz wiele okładek czołowych magazynów to ilustracje, co w latach 90-tych czy 2000 było nie do pomyślenia. Zwłaszcza w Polsce. Zawsze było trochę ilustratorów, ale kojarzyło się to z niezbyt poważną ilustracją dla dzieci, albo satyrycznym rysunkiem Lengrena w „Przekroju”. Często zdarzało się, że ktoś zamawiał u mnie ilustrację na okładkę książki, a kończyło się stockowym zdjęciem. Ale ten okres, gdy ilustracja przegrywała, to był jednocześnie fajny czas. Ilustratorów nie było wielu, klientów trzeba było oswoić, przekonać do tej formy wyrazu, pokazać, że ilustracja też może być poważna. Dziś ilustratorów jest całe mnóstwo. I między innymi dlatego pomyślałam, że popracuję w innej dziedzinie (śmiech).

I tak wpadłaś na pomysł wazonów?

Zaczęło się wcześniej, już pod koniec studiów, kiedy zrobiłam 3 czy 4 sztuki wazonów. Szybko jednak odłożyłam temat na bok. Przez kilka lat pracowałam w ilustracji, mając ten pomysł gdzieś z tyłu głowy. I tak po latach przyszedł moment, gdy poczułam, że chcę wrócić do wazonu i potraktować go zupełnie inaczej.

Czy sądzisz, że może to wynikać z twojego charakteru, konstrukcji psychicznej?  Masz  duszę odkrywcy: potrzebę szukania wyzwań i eksplorowania nowych przestrzeni?

Na pewno jak za długo jest dobrze to zaczynam się męczyć i nudzić. To dotyczy wszystkich sfer życia. Brzmi to banalnie, ale w życiu zawodowym wyzwania sprawiają mi wielką przyjemność, podobnie eksplorowanie nowych dziedzin. Nabrałam już chyba takiej swobody, że nie obawiam się zmian. Mimo to sądzę, że ceramiką będę się zajmować jeszcze długo. Lubię w niej to, że jest sferą bardzo tradycyjną. W świecie pełnym plastiku, reklamówek i jednorazowych rzeczy, ten wazon - tworzony tradycyjnie, z naturalnych kamionek ma dla mnie dużą wartość.

Mówisz, że nie obawiasz się zmian. Myślisz, że to wynika z wieku, doświadczenia, dojrzałości? Zawsze byłaś typem odważnego człowieka?

Po latach mogę powiedzieć, że nabrałam wielkiego przekonania do tego co robię. Jakoś nie ulegam trendom. Nawet z ilustracji wycofałam się, kiedy stała się zbyt modna. Nie jest tak, że zawsze muszę iść pod prąd, ale coś w tym jest, że czuję się komfortowo, gdy to, co robię nie jest do końca w głównym nurcie. Oczywiście nigdy nie mam pewności czy to zaprocentuje, ale zwykle się udaje (śmiech).

To chyba prawidłowość stara jak świat, że nie ma w życiu nic bez ryzyka, a już na pewno nie, gdy mówimy o spektakularnych osiągnięciach. Najwięksi tego świata zwykle dochodzili do swoich odkryć idąc pod prąd, często wiele ryzykując.

No właśnie. Ostatnio byłam jurorem w konkursie dla młodych ilustratorów. Znaczna większość to byli ludzie, którzy mieli talent plastyczny, ale nie mieli pomysłu na siebie, robili to, co akurat jest w modzie. W mojej ocenie wskakiwanie po studiach w najmodniejsze trendy to bardzo krótka droga. Ja sama tych sezonowych “mód” przeżyłam już co najmniej z pięć. Wiem, że pójście swoją drogą jest trudne. Niemniej, ja się nigdy na ten skrót nie pokusiłam i mam poczucie, że dzięki temu jestem tu gdzie jestem. Ta własna droga, po której człowiek idzie z wewnętrznym przekonaniem, że coś, co robi jest słuszne, zawsze procentuje.

Zgadza się. Nie chcę demonizować, ale myślę, że warto tu jednak dodać, że nie jest to proste. Ba, czasem wręcz cholernie trudne. Wymaga też określonych cech charakteru i fundamentów, które zwykle wynosimy z domu rodzinnego. Mi również towarzyszy w życiu zawodowym wewnętrzne przekonanie, że droga, którą obrałam, mimo, że daleka od mainstreamu, jest słuszna. Mam jednak poczucie, że na tę postawę składał się cały szereg cegiełek.

Na pewno takie poczucie wynosi się z domu. Niemniej sądzę, że w kontekście sztuki sprawa wygląda trochę inaczej: wydaje mi się, że to przekonanie może się zrodzić jedynie w momencie kiedy człowiek do swojego pomysłu czy koncepcji dojdzie sam. Jeśli nasz pomysł wynika z jakiś przemyśleń, indywidualnych poszukiwań, a do tego jest obudowany wiarą, wiedzą, czasem to te właśnie elementy budują poczucie pewności – siebie i swojej pracy. Jak z wieloma rzeczami, nie da się wypracować wartości idąc na skróty i przeskakując szczebelki.

Wspomniałaś, że lubisz się otaczać przedmiotami z historią. W pełni rozumiem, sama lubię rzeczy, z którymi czuję jakąś więź. Z drugiej strony mam poczucie ogromnego zmęczenia przedmiotami i od dwóch lat próbuję ograniczyć ilość rzeczy w mojej przestrzeni. Zdarza Ci się odczuwać zmęczenie rzeczami? Czy może jesteś typem zbieracza?

Oj, tak, zdecydowanie zdarza mi się to zmęczenie odczuwać. W moim domu rodzinnym rodzice są zakopani w książkach i porcelanach i okropnie mnie to przytłacza. Każdy przedmiot, który ląduje u mnie w domu jest dla mnie ważny i trafił tu nieprzypadkowo. Mam też taką obsesję, że jak kupuje mydła czy szampony to zrywam z nich etykietki, żeby opakowania były jednokolorowe (śmiech). Każdy ma swoje skrzywienia zawodowe (śmiech). Ja po prostu nie mogę znieść wizualnej tandety w żadnym wydaniu.

Wcale się nie dziwię, mi samej zdarza się mieć ten problem, a artystką nie jestem (śmiech). Inna sprawa, że są różne rodzaje „zbieractwa”. Wielu z nas uprawia zbieractwo utajone i zupełnie nieświadome, napędzane konsumpcyjnym stylem życia.
„Fajne spodnie na wyprzedaży w Zarze? Biorę, w końcu to tylko 30 złotych.” I tak sukcesywnie zatapiamy się w morzu rzeczy. 

Ja chyba nigdy nie byłam hiper-konsumpcjonistką. Zawsze wolałam kupić coś vintage niż nowe ubranie. Jednak dziś „zakupy” to dla mnie zupełnie inna historia - to świadome i nieprzypadkowe wybory. Strasznie się przejęłam tą Ziemią. W konsekwencji, jeszcze uważniej niż dotychczas podchodzę do kupowania.

Jak radzą sobie z tym Twoje dzieci? Jak ma się lat 3 czy 5 to nie jest to łatwa perspektywa, by przyjąć, że mama nowej zabawki nie kupi.

Różnie (śmiech). Mojej córce zdarza się pytać „Dlaczego Ty nie lubisz nowych rzeczy? Dlaczego lubisz wszystko takie stare?” (śmiech) Powoli buduję w nich jakąś świadomość, ale staram się to robić delikatnie. Kryzys klimatyczny jest na tyle poważny, że nie chcę przekroczyć cienkiej granicy, za którą moje dzieci będą miały poczucie, że żyją w opresyjnym świecie, który zaraz się skończy. Ale widzą moje codzienne wybory. I na pewno nie jest to bez znaczenia dla ich rozwoju. To chyba taka retro nowoczesność.

Cudownie. Bo pokolenie obecnych dzieciaków to chyba ostatnia generacja, która może coś realnie zrobić zanim będzie za późno.

No właśnie… Ja mam tu momentami wewnętrzny zgrzyt. Co ja robię dla tej sprawy? Na co dzień robię wazony. Gdy sytuacja będzie naprawdę poważna to nikt nie będzie myślał o wazonie. To będzie ostatnia rzecz, której człowiek będzie potrzebował. Moje produkty są wprawdzie ekologiczne, wypalane w piecach na baterie słoneczne, ale mimo to brakuje mi czasem działania na rzecz kryzysu klimatycznego, które realnie coś wniesienie. Świetną robotę robi m.in. Areta Szpura, bo swoimi działaniami naprawdę uświadamia ludzi.

Z wazonem może faktycznie być trudniej, ale już ilustracja to całkiem niezłe medium do przekazywania konkretnych treści. Zdarza Ci się sięgać po ilustracje właśnie po to, by wypowiedzieć się w sprawach społecznych, czy to klimatycznych czy politycznych?

Oj tak. Jestem w grupie „Demokracji ilustrowanej” [o pomysłodawczyni tego projektu pisałyśmy TUTAJ – przyp. red.] i zdarza mi się robić na różne okazje ilustracje, które są komentarzem do poważnych politycznych spraw. Dzięki ilustracji można dotrzeć zarówno do prawej, jak i lewej strony, a dziś to nie często się zdarza.

To prawda. Dziś, niestety, żyjemy w społeczeństwie, która jest skrajnie podzielone. Przepaść między nami coraz większa, a dobrych pomysłów jak ten dół zakopać brak. 

Tak mnie ten konflikt prawej z strony z lewą jest bardzo trudny. Przeraża mnie jego symetria. Jedna strona mówi coś, z czym się absolutnie nie zgadzam, na co druga – ta, do której, wydawałoby się jest mi blisko, odpowiada w sposób równie radykalny, agresywny i przemocowy. I tu pojawia się ilustracja, która pozwala opisywać rzeczywistość ponad podziałami.

Tak, mnie też przeraża ta symetria. Kilka miesięcy temu, w związku z pożarem katedry Notre Dame, w tytule, który bardzo cenię, pojawił się artykuł odnoszący się do wypowiedzi naszych polityków, którzy w pożarze katedry widzieli symbol upadającej Europy i chrześcijaństwa – zaczynał się od litanii naprawdę niewybrednych epitetów. I myślę sobie: jak do tego dopuściliśmy, że poziom debaty publicznej tak drastycznie spadł? Co stało się z naszą klasą, kulturą, szacunkiem do drugiego człowieka?

Wyzywanie ludzi, którzy głosują na PiS sprawia, że przepaść się tylko pogłębia. Taką retoryką nigdy się ludzi do siebie nie przekona. Przeraża mnie, że dziś debata publiczna to beton po obu stronach. Właśnie dlatego chętnie angażuję się we wszystkie projekty nastawione na dialog. Takie, w których jest przestrzeń, by bez atakowania, w sposób spokojny odwołać się do wspólnych wartości; wartości, które – chcę w to wierzyć – są często tożsame dla obydwu stron.

Tak, też chciałabym w to wierzyć… Ilustracja wydaje się być jednak faktycznie medium, które pozwala na dialog wolny od ataków. Mamy zresztą tego piękne przykłady, jak choćby plakat „KonsTYtucJA”, który powstał w ramach „Demokracji Ilustrowanej”. A jak wygląda poszukiwanie inspiracji w pracy ilustratora?

Inspiracja w takim szerokim ujęciu to dla mnie to, co mam w głowie, jakieś kody, czy to z historii sztuki, czy z domu rodzinnego. Bazując na nich, poszukuję harmonii czy celowej dysharmonii, eksplorując to, co wokół mnie. Na pewno z ilustracją to są bardziej strzały, pomysły, jakiś komentarz, jednorazowa sytuacja. Jeśli chodzi o wazony i ceramikę to tu myślę w sposób bardziej uporządkowany. Mam wrażenie, że, gdy myślę o kolekcji wazonów to zaczynam patrzeć na świat przez filtry. Rzeczywistość wokół jest niby niezmiennie taka sama, ale ja, koncentrując się na nowym pomyśle, dostrzegam wokół siebie inne rzeczy niż zwykle –  te elementy, które korespondują z moją wizją. Gdy skupiam się na jakimś pomyśle, to nagle w ręce wpada mi mnóstwo rzeczy, które ten koncept niejako podbudowują. Może to jest kwestia otwartości, na to co widzę. Teraz na przykład pracuję nad kolekcją ‘Kolor’. W efekcie patrzę na wszystko pod katem barw, intensywności kolorów, zestawień kolorystycznych. Wczoraj na przykład zakładałam córce skarpetki, które są zielono-różowe i myślę sobie „jakie to jest piękne zestawienie”. Czasami taka drobna rzecz ma moc, jest jakimś impulsem, motywem, który poźniej sobie przeinterpretowuję. 

A co robisz, kiedy nie chcesz tworzyć? Jak ładujesz baterie, albo czyścisz głowę?

Ja bardzo lubię pracować (śmiech). Sprawia mi to przyjemność. Powiedziałabym nawet, że nie lubię nie pracować. Ale siłą rzeczy, co wynika z mojej sytuacji osobistej i dzieciaczków, musiałam wprowadzić rygor. Pracuję do godziny 16, potem zamykam zawodowe sprawy i spędzam czas z dziećmi. No, chyba, że jakiś pomysł mocno mi w głowie siedzi, to trochę o nim myślę i po tej 16 (śmiech).

Jakie masz zatem sposoby na „nie-myślenie o pracy”? Muzyka, film, gotowanie, joga?

Bardzo lubię muzykę. Słuchanie muzyki to dla mnie ekstremalna przyjemność. Sprawia mi super frajdę i rzeczywiście totalnie mnie resetuje. Bardzo przeżywam muzykę. W ogóle, lubię głęboko odczuwać. 

Takiego zatem – pełnego odczuwania – życia Ci życzę! Dziękuję za rozmowę, wszystkiego dobrego!