Na początek pytanie, które teraz zadaje sobie większość Pani czytelników - co może powiedzieć o sobie Linda Szańska?

Sama nie wiem, jak miałabym się przedstawić. Linda Szańska to pseudonim, który stworzyłam na potrzeby książki. To anonimowa kobieta, bez wizerunku, za to z przeszłością, ze wspomnieniami, którymi się z nią podzieliłam.

Dlaczego zdecydowała się Pani na wydanie powieści?

Złożyło się na to wiele rzeczy. Przede wszystkim od dziecka uwielbiałam czytać książki. Najlepiej takie, które łączyły w sobie szereg wciągających motywów. Trochę romansu, sensacji, dramatu, wątków kryminalnych. Poza tym sama miałam w zanadrzu sporo historii, rodem z sensacyjnego filmu, a do tego dużą dozę romantyczności, dlatego postanowiłam, że tłem do opowiedzenia mojej historii, będzie gorący romans gangstera - Gabriela Kreisa i córki polityka - Kaliny Boraczyńskiej. Dwa światy, które od lat 90-tych w naszym kraju, dosyć mocno się przenikają.

Jak długo pisała Pani „Siłę honoru”?

Samo pisanie zajęło mi niespełna rok. Musiałam pogodzić pracę zawodową z życiem domowym, a to nie było łatwe, jeśli chciałam chociaż na godzinę czy dwie dziennie wejść w świat bohaterów powieści. Musiałam się skupić, zmyślnie lawirować między wymyśloną fabułą, a własnymi wspomnieniami, żeby nie odkryć zbyt wielu kart.

Dlaczego Linda Szańska pozostaje anonimowa?

Mówi się, że o pewnych rzeczach powinno się zapomnieć, a na pewno je przemilczeć. Jednak ja przemówiłam. I dlatego Linda Szańska pozostanie już anonimową kobietą, czy też pisarką, chociaż trudno mi się przyzwyczaić do tego określenia. Moja rodzina, najbliższe otoczenie wie, że napisałam książkę, w której zawarłam swoje wspomnienia, a nawet doświadczenia. Byłam niemym świadkiem wielu nielegalnych transakcji, spotkań, na których góra poznańskiej mafii przyjmowała sekretarzy znanych z pierwszych stron gazet polityków, czy ówczesnych celebrytów. Wiedziałam, jakie układy panują na mieście, i wiedziałam też, że w mojej pracy, w moim zawodzie, najlepiej sprawdzają się osoby ślepe i głuche. Im mniej pokazywałam, że wiem, tym bezpieczniejsza była moja rodzina. Dlatego nawet teraz chcę uniknąć oglądania się przez ramię. Bo wiem, jak kończą ludzie, którzy gadają zbyt dużo.

 

Jak wyglądała praca kelnerki w tak znaczącym miejscu, jakim był Orbis Polonez w Poznaniu w latach 90.?

Na samym początku muszę dodać, że ciężko było się tam dostać młodej dziewczynie, która dopiero co skończyła naukę w szkole gastronomicznej o profilu kelnerskim. Miałam maturę, zdane egzaminy, znałam angielski, niemiecki, rosyjski, byłam młoda i atrakcyjna, jednak nie miałam doświadczenia zawodowego – a tylko takie osoby mogły dostać się do hotelu Orbis Polonez. Ówcześnie był to najnowocześniejszy hotel w Polsce i dbano o jego renomę i międzynarodowe standardy. Dopiero po kilku latach udało mi się dostać tę pracę. Natomiast jeśli chodzi o rewir 78… Pamiętam, jak moje koleżanki bały się obsługiwać ten rewir i nie bez przyczyny. Tam zasiadała poznańska mafia. Ze strony nie tyle góry, co szefów padały wyzwiska, ubliżano kelnerkom, czasem gościom, chłopcy robili niezły bałagan na stołach. Nawet kierownik nie mógł sobie dać z nimi rady i kiedy raz interweniował i chciał ich usunąć z kawiarni… Cóż, kolejnego dnia przyjechał do pracy taksówką i jeśli tylko mógł, wchodził do hotelu wejściem dla personelu. Ze mną było inaczej, bo robiłam swoje, często sprzątałam cały rewir po koleżance z wcześniejszej zmiany, traktowałam tych facetów jak pozostałych gości kawiarni, tyle że… byłam bardziej stanowcza i tym zyskałam sobie szacunek. Do mnie nikt nigdy nie odezwał się niecenzuralnie, nie wkładał mi ręki pod spódnicę. Kiedyś usłyszałam, od jednego góry, że różnię się od pozostałych dziewczyn. Nie podsłuchuję, głupio nie flirtuję, nie chcę niczego dla siebie ugrać. Skupiam się na robocie i działam. Może o to właśnie chodziło. Miałam głowę na karku, potrafiłam milczeć i udawać, że niczego nie widzę. Zajmowałam się po prostu wykonywaniem swojej pracy.

Co może Pani zdradzić na temat wydarzeń, których była Pani świadkiem w latach 90.? Czy na potrzeby powieści odnowiła Pani „stare” znajomości? Jak Pani się przygotowywała do spisania tej historii?

Stare znajomości… Już takich nie mam. Drogi moje i moich koleżanek rozeszły się dawno temu, gdy zdecydowałam się wyjechać z Poznania. A reszta… Cóż. Jeśli chodzi o tamten świat, to droga w jedną stronę. Kilka lat temu usłyszałam o śmierci jednego z poznańskich gangsterów. Nie pochodził z grupy, o której pisałam „Siłę”, tylko działał w śródmieściu. Podobno pośliznął się i spadł ze schodów we własnym domu. I jeśli ktokolwiek wierzy w nieszczęśliwy zbieg okoliczności, pewnie może myśleć tak dalej. Chociaż moim zdaniem to i tak lepsze niż anonimowy grób w lesie. Może jestem brutalna, ale jestem też realistką. To był barwny świat - łatwe pieniądze, drogie samochody, luksusowe życie. Jednak wszystko ma swoją cenę. Dokładnie rozpisałam, jak wyglądała hierarchia poznańskiej mafii, kto za co był odpowiedzialny, kto stał na szczycie i którzy z żołnierzy zapadli mi szczególnie w pamięć. Jak ustawione były stoliki, kto przy nich zasiadał i w jakiej kolejności, gdzie siedzieli taksówkarze na usługach mafii, a gdzie „gumowe ucho”, czyli mężczyzna, który pisał raporty i wysyłał je do SB. Gdy skończyłam pisać swoją powieść, zdałam sobie sprawę, ile wróciło wspomnień. Wiele zdarzeń, sytuacji stanęło mi przed oczami. Tak na dobrą sprawę, ilość materiału starczy na kilka części.

Dokumenty i reportaże pokazują, jak niebezpieczny był polski półświatek lat 90. Równie niebezpieczny jest w Pani powieści. Czy była Pani świadkiem podobnych wydarzeń?

Nie wymienię, które fragmenty książki są autentyczne, ale jest ich wiele. Niech czytelnik sam się domyśli, sam wyciągnie wnioski. Prawda jest taka, że tamten świat był jedynie ładny z zewnątrz. Każdy zazdrościł dwudziestparoletniemu chłopakowi, który podjeżdżał nowym modelem BMW, który miał na sobie skórzaną kartkę i złoty zegarek na nadgarstku. I wielu młodych chłopaków też chciało zasmakować tego klimatu. Nietrudno było dostać się do tego świata – problemem było się w nim utrzymać. Żyć z ze świadomością, że miało się czyjąś krew na rękach. Żołnierze byli od brudnej roboty, od ściągania długów, haraczy, szmuglowania samochodów przez niemiecką granicę, pobić czy egzekucji. Byli oni najniżsi w hierarchii, byli mięsem armatnim. Nie mieli nawet wstępu do hotelowej kawiarni, gdzie przesiadywali szefowie i góra. I to właśnie w ich szeregach grupa doświadczała największych strat. Ale to było chwilowe, bo na ich miejsce przychodzili nowi. Młodzi, ambitni, posłuszni i lojalni. Tacy, którzy daliby się pokroić za swoich szefów. Bo lojalność to priorytet w tym świecie. Właśnie ich najbardziej mi było żal. Czasami któryś z żołnierzy awansował na szefa. I często zastanawiałam się, czy tacy ludzie mają w sobie jeszcze jakiś zalążek człowieczeństwa. Byli nieobliczalni, szaleni. Tak jak Marek F., czy raczej „Western”, który zaczynał od bycia cinkciarzem, a później działał w śródmieściu. Kilka razy widziałam go osobiście.

Miłość, zemsta, polityka i mafia – to główne motywy Pani powieści. Który wątek najbliższy jest Pani literackiemu sercu?

Zacznę od tego, że nie mam jednego ulubionego gatunku książek, które czytam. Lubię i romanse, dramaty, biografie, kryminały, fantastykę, czasem także reportaże. Obecnie ukształtował się trend na coś zwanego „romansem mafijnym”. Trochę mnie to bawi, a najlepiej obrazuje to pewien fragment z mojej książki, kiedy Gabriel „Anioł” Kreis pokazuje, co sądzi na temat tych zupełnie nierealnych historyjek. Bo to nie mafia. Może romans z odrobiną fantastyki mafijnej, ale na pewno nie rzeczy związane ze zorganizowaną grupą przestępczą. Nie mówię też, że jestem ekspertką od poznańskiej mafii, jednak pewne rzeczy, które przodują w książkach z diabelnie przystojnymi gangsterami w tle są wręcz absurdalne.

Światem, który Pani kreuje rządzą bezlitosne reguły. Jest on szczególnie brutalny dla kobiet…

Dlatego że w tamtym świecie kobieta w zasadzie nie zajmuje żadnego miejsca. Jest tylko… nawet nie ozdobą, chociaż ma ładnie wyglądać, a nie chcę mówić dosadnie. Większość z nich jest bez znaczenia. Jest uprzedmiotowiona, przeznaczona tylko do jednego. Do roli kobiety szefa, czy góry, zostają wybrane jedynie te wystarczająco silne, takie, które wiedzą, jak przetrwać, jakimi zasadami podyktowany jest tamten świat. Kobieta góry musi też wiedzieć, kiedy milczeć, odwrócić głowę, a kiedy wyjść. I liczyć się z tym, że jej mężczyzna może nie mieć jak się z nią pożegnać. Lawirują, balansują i starają się żyć.

Tam, gdzie dochodzą do głosu władza i pieniądze, nie ma miejsca na sentymenty i uczucia. A jednak…, mimo że Gabrielem Kreisem kieruje siła zemsty, uczucie do Kaliny jest silniejsze. Chciała Pani ukazać w swojej powieści, że ludzkie oblicze mają nawet najbardziej niebezpieczni przestępcy. Czy zdarzyło się Pani poznać kogoś, kto kieruje się bezwzględnymi zasadami, a ostatecznie przeraża go świat, który go ukształtował?

Znałam, nawet kilku. Nawet tego, który był górą, na samym szczycie. Nie przytoczę okoliczności, w jakich rozmawialiśmy, a zdarzyło nam się kilka razy, ale… Ale tak, niektórzy z nich potrafili kochać prawdziwie i troszczyli się o swoją rodzinę. Nie bali się przyszłości, ale kolejnego dnia. Bo byli na świeczniku, bo mimo że istniała złota zasada, że interesy robi się po cichu, bez rozgłosu, to i tak liczyli się z konsekwencjami. Bo prawie każdy z nich miał dwa oblicza. Byli bezwzględni, wyprani z uczuć, mieli stalowe nerwy i siłę w samym spojrzeniu. Inne uczucia ukrywali przed swoim ludźmi, a nawet przed swoją rodziną. Żeby to bardziej doprecyzować, odniosę się do filmu, który widziałam w kinie jeszcze przed pandemią. „Jak zostałem gangsterem”. Wie Pani, co zrobiłam po tym, jak zapaliły się światła, a ludzie zaczęli wychodzić z sali? Wycierałam łzy. Nie mogłam przestać płakać. Przypomniałam sobie tych wszystkich ludzi, nie gangsterów, szefów, żołnierzy, a zwykłych mężczyzn. Tak wyglądał ten świat. Dla tych, którzy stoczyli się na samo dno, nie było już ratunku, podczas gdy inni, cierpieli przez błędy popełnione w przeszłości. I żałowali. Bo stracili braci, rodzinę, przyszłość. I teraz musieli za to odpokutować. Takie było miasto. I taki był ten świat, który opisałam w „Sile honoru”. przytoczę słowa Gabriela, które wypowiada do Kaliny:

Myślisz, że to zabawa w przedszkole? Że wszyscy są mili, trzymają się za rączki i śpiewają oazowe pieśni? To jest MIASTO! Tutaj nie ma słodkich słówek i uśmiechów. Tutaj są krew, brud i pier…enie na zapleczu klubu! Skoro weszłaś w to, bo jesteś ze mną, to zacznij mnie, kur…a, słuchać, bo skończysz w rowie, a ja w więzieniu!!!

Linda Szańska to pseudonim debiutującej pisarki, która ceni swoją anonimowość. W latach 90. pracowała jako kelnerka w hotelu Orbis Polonez, gdzie obsługiwała wierchuszkę poznańskiej mafii. Poznała wtedy intrygujący świat cynków – była cichym świadkiem nielegalnych transakcji i mafijnych interesów, ale zobaczyła też gangsterów od innej, ludzkiej strony. Dzięki własnym doświadczeniom autorka wprowadza czytelniczki w brudny świat przestępczych porachunków, umiejętnie wyciąga też emocje z nawet najbardziej zatwardziałego przestępcy. Obecnie Linda żyje sobie spokojnie gdzieś w małym miasteczku, a przebyte doświadczenia pomagają jej w pisaniu historii pełnych brutalnej prawdy, ale i wielkiej miłości.