Katarzyna Mizera, Kobieta.pl: Pamiętasz, co czułaś, gdy zaczęła się wojna w Ukrainie?

Malva Vovk: Ja do końca nie wierzyłam, nikt nie wierzył, że wojna się rozpocznie, choć ona przecież tak naprawdę trwa od 2014 r., ale ja tego nie odczułam nigdy na swojej skórze. Dochodziły do mnie informacje, że znajomy znajomego zginął na froncie, ale to było jak doniesienia z innego kraju. Im bliżej jednak było początku wojny, tym więcej czuło się tego napięcia wśród ludzi. Gdy zdałam sobie sprawę, że ten koszmar się zaczyna- nie wiedziałam, co robić. To chyba było najtrudniejsze – podjęcie decyzji o wyjeździe. 

Ale podjęliście tę decyzję razem z mężem?

Tak, po każdym alarmie mówiłam, że to już czas, ale potem mijało kilka dni i znów odkładaliśmy tę decyzję, aż do 1 marca. Moja przyjaciółka z czasów studiów w Polsce codziennie pisała mi: „Malva, przyjeżdżaj – pomożemy ci”. Najstarszy syn ma 13 lat, córka – 9 lat i ten najmłodszy, gdy wyjeżdżaliśmy z kraju nie miał nawet 4 miesięcy. Znajome opowiadały, że stały na przejściu granicznym 3 doby. I tego się bałam – myślałam: „co będę robić z trójką dzieci na granicy?”. 

Mąż zachęcał cię do wyjazdu?

Eh, no nie – trudno mu było się z nami rozstać. Ale potem wielokrotnie powtarzał, że dobrze zrobiłam, że wyjechałam. Jest teraz o nas spokojny.

Jak wyglądała twoja podróż do Polski?

Nigdy wcześniej nie przejechałam tak szybko przez granicę – nikt nie chce mi uwierzyć, ale podejrzewam, że to przez najmłodszego syna traktowano mnie bardzo ulgowo. Wszyscy mnie przepuszczali, proponowali miejsce w busie – poruszałam się jak na autopilocie. Po drugiej stronie czekał na mnie maż przyjaciółki ze studiów. 

Co ze sobą zabraliście?

Każde dziecko miało plecak z własnymi rzeczami. Ja w swoim miałam rzeczy najmłodszego. Nie wzięłam prawie nic dla siebie. Miałam tylko to, co na sobie. Teraz myślę, że mogłam to inaczej zorganizować, inaczej się spakować, ale to były wtedy takie emocje. Nie byłam świadoma wielu rzeczy i przekonana, że przyjeżdżam tylko na tydzień. 

Oprócz opieki nad trójką dzieci, dalej pracujesz zdalnie jako korektorka ukraińskiej stacji telewizyjnej i 2 razy w tygodniu prowadzisz lekcje języka polskiego dla Ukraińców. Czy celowo wypełniasz swój czas? 

Zdałam sobie z tego sprawę całkiem niedawno, że to trochę sposób na to, by nie myśleć o tym, co dzieje się w moim kraju. Jak prowadzę zajęcia, jestem tak skoncentrowana, że chociaż przez te 1,5 h dziennie nie myślę o wojnie. Inaczej bym oszalała. Poza tym czuję się wtedy doceniona, potrzebna – to moja forma pomocy.

Bałam się, że nasza rozmowa będzie dla ciebie powrotem do trudnych wspomnień, że rozbiję cię na kawałki, a widzę przed sobą tak dzielną, pozytywną kobietę, matkę zmobilizowaną do działania.

Wiesz, jak napisałaś do mnie, to pomyślałam, ze teraz zastaniesz mnie z innym nastawieniem niż na początku wojny. Dużo wtedy płakałam. Miałam takie marzenie, żeby ktoś pobył z dziećmi i szukałam sobie miejsca, gdzie mogę się wyryczeć jak wilk – tak dziko, prosto z trzewi.

Jak sobie radziłaś z tymi emocjami?

Marzyłam, żeby zapalić! Kiedyś paliłam nawet paczkę dziennie i wiem, że gdybym wróciła po 3 latach w chwili słabości i takim stresie, to nie skończyłoby się na jednym papierosie. 

Czego bałaś się najbardziej?

Gdybym nie miała dzieci, to nie wyjechałabym z Ukrainy. Ale nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś stało się dzieciom. W końcu przecież miałam gdzie uciekać, mam tu przyjaciół – wiem, że w porównaniu do innych, jestem uprzywilejowana. Przecież w większości ludzie uciekali w nieznane – bez znajomości języka, nikt na nich nie czekał, koczowali dniami i nocami na dworcu. Ale zawsze jest ta niewiadoma. Przyjaciółka w pewnym momencie powiedziała mi, że powinnam pomyśleć o szkole dla dzieci – „ale jak to?! Przecież ja za tydzień wracam”, myślałam. „To tylko tydzień” „przecież za tydzień wracam” – tak zaklinałam rzeczywistość.

Jak twoje dzieciaki odnalazły się w tej sytuacji?

Moja córka chodzi do polskiej szkoły we Lwowie – czuje się tu więc jak w domu. Mówi płynnie po polsku, czyta te same książki, nie ma żadnych problemów z aklimatyzacją. Mój 13-letni syn nie zna języka, a i tak wszystko mu się tu bardzo podoba. To zadziwiające, ale oni w ogóle nie tęsknią za domem. Mówią, że możemy tu zostać. Z jednej strony dobrze, że tak mówią. Wiem, że zaoszczędziliśmy sobie wiele traumatycznych wspomnień, bo nawet, gdy jechaliśmy na granicę, to staraliśmy się śmiać, żartować w aucie, żeby czuły, że to wycieczka, a nie ucieczka przed wojną. 

Rozmawiacie w domu o wojnie?

Dzieci wiedzą, że jest wojna – zwłaszcza przez Internet. Staramy się o tym nie mówić, ale bywały takie momenty, że po jakiejś wiadomości przeczytanej w telefonie czy zdjęciu, zanosiłam się szlochem. Mój najstarszy syn stawia mnie wtedy najczęściej do pionu. Mamy to szczęście, że jesteśmy w bezpiecznym miejscu i dzieci to czują. Choć to nie oznacza, że ja nie chciałabym wrócić już do domu. I mam wrażenie, że Polacy już też mają trochę dość Ukraińców. 

Dlaczego tak myślisz?

Ukraińcy różnie się tu zachowują. Ale u nas się mówi, że są „ludzie i ludziska”. Są i kulturalni i wdzięczni za każdy rodzaj pomocy i tacy, którzy uważają, że wszystko należy im się tutaj za darmo. Znam przypadek dziewczyn, które wypiły kawę w cukierni i wyszły bez płacenia. Wierz mi, my się też wstydzimy za tych ludzi. A wiadomo, że bardziej zapamiętuje się to, co było złe, niż to, co dobre. Ale powiedzmy sobie szczerze, to samo możemy powiedzieć o każdej narodowości, również o Polakach odwiedzających Lwów. Ostatnio odprowadzałam córkę do szkoły i zobaczyłam spaloną ukraińską flagę – to dla mnie taki dzwoneczek, że może już pora wracać do domu…

Jesteś gotowa na to, co zastaniesz na miejscu?

Już wiem, że muszę się przygotować do wielu zmian. Do Lwowa napłynęło wielu ludzi uciekających ze wschodu i w niemal 90% są rosyjskojęzyczni. I to taka wewnętrzna walka, bo to przecież „przez ten język” Putin upomniał się o nasze ziemie. 

Czy ktoś z twoich bliskich ucierpiał w czasie wojny?

Na szczęście nie. Docierają do mnie straszne wiadomości, ze ktoś nie wróci już z tej wojny, ale to znajomi znajomych, albo tacy, których znałam z widzenia, którzy występowali w telewizji, gdzie pracuję. Jeden z nich broni teraz Azowstalu. 

Który moment od początku wojny był dla ciebie najgorszy?

Historia Buczy mnie przeraziła. Ja miałam wrażenie, że ta cała Ukraina to jestem ja i to mnie gryzą, kąsają, rozszarpują, powoli zabijają. Że to ja jestem tą kobietą, o której czytam, i tamtą – to mnie zżerało. Nigdy w żadnym filmie, najstraszniejszym horrorze nie widziałam takich okrucieństw i nie jestem w stanie nawet zrozumieć jak taki okrucieństwa mogą zrodzić się w ludzkim umyśle. Do tamtego momentu, nie wiedziałam, że potrafię nienawidzić. I to tak bardzo.

Ci sami żołnierze wrzucają do sieci zdjęcia rodzin, dzieci, wracają jako kochający mężowie…

Na studiach miałam przyjaciółkę z Rosji. Gdy dowiedziała się, że Rosja rozpętała wojnę w Ukrainie napisała do mnie, że jest jej bardzo przykro i że nie zgadza się z tą sytuacją. Bo widzisz, mówi się, że to Putin rozpętał wojnę, a ja jak większość uważam, że to wszyscy Rosjanie ponoszą odpowiedzialność. Są winni, bo nie potępiają tego koszmaru. Wiedzą, ale boją się albo są konformistami. Mam wrażenie, że to inny świat, którego nigdy nie zrozumiemy. 

Czy jest coś, czego się teraz boisz, co spędza ci sen z powiek?

Najbardziej boję się, że mój mąż pójdzie na wojnę, bo teraz już wiem, że wszystko może się już zdarzyć. Przykro mi najbardziej, że już nigdy nie będę miała tego poczucia bezpieczeństwa. W tej chwili wydaje mi się, że już nigdy. Bo wyobraź sobie, że budzisz się i dostajesz wiadomości, że gdzieś niedaleko twojego domu spadła bomba. Chciałabym, żeby mi ktoś powiedział jak mamy dalej żyć. 

Myślisz, że jest przyszłość w Ukrainie?

Myślałam o tym dużo i postanowiłam, że chcę wrócić, nie potrafię żyć nigdzie indziej. Może, gdybyśmy byli w komplecie, gdyby mąż ze mną wyjechał…

Nawet mimo niebezpieczeństwa i tak chcesz tam wrócić?

Gdybym mieszkała w Charkowie, Kijowie, na wschodzie, to czekałabym do końca wojny, ale jestem z Lwowa. Zamierzam wrócić pod koniec czerwca, do domu po mojej babci, 120 km od Lwowa w górach. Tam zamierzam zostać do końca lata z dziećmi. W mieście żyje się teraz trudniej. Mój mąż został w naszym mieszkaniu, mówi, że zdarza się, że syreny wyją kilka razy w ciągu nocy. Choć moje koleżanki mówią mi, że już się przyzwyczaiły – biorą dzieci i schodzą do schronu.

Ale do wojny nie powinniśmy się przyzwyczaić – to słowa pierwszej damy Ukrainy, Ołeny Zełeńskiej.

Wiem, że potrzeba czasu, żeby uporać się z pewnymi emocjami. Te rzeczy, które dziś mówię spokojnie, 2 miesiące temu nie przechodziłyby mi przez gardło. Najbardziej wkurza mnie jak ktoś namawia mnie, żebym została jeszcze na rok. Ja to teoretycznie rozumiem, ale serce ciągnie gdzieś indziej. Polska jest piękna, ale ja po prostu chcę do domu! Domem jest dla mnie to uczucie, że jestem na swoim miejscu, tam powietrze jest inne – nie lepsze, ale inne. Zdaje sobie sprawę, że mogę brzmieć niewdzięcznie – w końcu jestem w stolicy, wszędzie mogę szybko dojechać, w nowoczesnych wygodnych autobusach, które przyjeżdżają punktualnie, a nie jak nasze marszrutki, które nie dość, że nie wiadomo czy przyjadą to czy się w nich w ogóle zmieścisz. Ale Lwów jest moim domem - jest przepiękny.

A za czym najbardziej tęsknisz?

Za mężem. Ta rozłąka tylko umocniła moje przekonanie, że to mój człowiek, mój przyjaciel, moje wszystko. Z nim mogę się śmiać, płakać, rozmawiać o wszystkim. On nigdy nie narzeka, nie daje mi powodu do tego, żebym się bała, to ja częściej płaczę, mimo że jestem w przeciwieństwie do niego, w bezpiecznym miejscu. Mamy taki nasz umowny żarcik „do połowy kwietnia”, tak obiecujemy sobie, że szybko znów będziemy razem, mimo że już przecież połowa maja. Staramy się z tego żartować, ale jest mi strasznie przykro, że omijają go nasze małe rodzinne szczęścia – tak unikalne rzeczy jak to, że nasz synek po raz pierwszy zjadł marchewkę. Nagrywam mu to wszystko i wysyłam. Ale czujemy się okradzeni z cennych dla nas momentów. 

Jak wygląda teraz życie twojego męża?

Mój mąż jest dziennikarzem sportowym, zawsze miał wiele zajęć. W marcu powiedziano nam, że nie dostaniemy wynagrodzenia, bo nie wiadomo, co dalej. Potracił wiele zleceń. W jednym momencie wszystko zniknęło – on nie wiedział, co ze sobą zrobić. To było i jest ciężkie dla człowieka, który kocha swoją pracę i miał pełen grafik. Powiedział mi, że jak wrócę do Ukrainy, to będę spała cały tydzień, a on będzie zajmował się dzieciakami, bo wyspał się za wszystkie czasy. 

Mamy świadomość tego, że ta wojna się szybko nie skończy, że Putin nie odpuści. Ale jestem dumna, że nie jesteśmy jak np. Białoruś, że walczymy. Mam znajomego, który wrócił do Ukrainy ze Sztokholmu – dla mnie to bohater. Przykro mi, że nie jesteśmy w Unii. Czuje tę zazdrość, że Polacy mogą się nazywać Europejczykami, że są pewni swojego bezpieczeństwa. Ukraina jest taka samotna, rozszarpywana, a to taki piękny kraj. 

Słyszałam historię Ukrainki, która zawsze marzyła, żeby mieszkać za granicą, a to, co się wydarzyło, zweryfikowało jej myślenie - teraz jest przekonana, że chciałaby mieszkać w Ukrainie.

Jeszcze na studiach wiele moich koleżanek marzyło tylko, żeby znaleźć w Polsce męża albo wyjechać dalej. A ja zostałam chyba tak wychowana, że zawsze wiedziałam, że wrócę do Ukrainy. Mój tata powtarzał mi: „nie jesteś potrzebna w innym kraju, to jest twój kraj i nikt nie ma prawa cię z niego wyrzucić”. I teraz to zrozumiałam – chcę do domu, ale tak, jak jeszcze nigdy w życiu.