Właśnie wydała kolejną solową płytę. Z zespołem HEY zagrała prestiżowy koncert „MTV unplugged”. – A przede mną kolejny przełom, przejście. Nie wiem dokąd. Wydaje mi się, że formułuję plan na życie… Może to ma związek z tym, że się starzeję? Mam zasady, według których chciałabym żyć do końca. Na pewno przechodzę etap skoncentrowania się na sobie. Nie ma w nim miejsca na głupie kompromisy. Jestem na tyle odważna, by mówić: nie, nie zrobię tego, jeśli tylko na coś nie mam ochoty.

Odkrycie: śpiew

Pochodzi ze Szczecina. Tata marynarz pływał na zagranicznych statkach, co w ciężkich latach 80. gwarantowało m.in. artykuły spożywcze wówczas w Polsce nieosiągalne. – Pomarańczy nawet nie wyjmowałam z tornistra. Było mi głupio. Rozpaczliwie pragnęłam być jak wszyscy, nie wychodzić przed szereg – wspomina. Do posiadania Barbie przyznała się dopiero, gdy jej koleżanka również dostała taką samą lalkę, od babci z RFN-u. – Było nas dwie. Mniejszy wstyd. Pasję – śpiewanie – odkryła zupełnie nieoczekiwanie w szkole średniej. Mama bała się, że to sprowadzi córkę na manowce. – Niepotrzebnie. Byłam odpowiedzialna, nie ciągnęło mnie do eksperymentowania z używkami ani do ekstrawaganckich zachowań – mówi.

Zanim powstał HEY, śpiewała w kilku szczecińskich zespołach. – Z Kaflem wystąpiliśmy w Domu Kultury „Korab”. Przyszła mama. Gdy zagraliśmy, była zdumiona. Nigdy w domu nie słyszała, jak śpiewam. A tu oklaski. Była dumna. Kasia nosiła wtedy znaczek anarchii, nie jadła mięsa, ubierała się na czarno, chodziła w glanach nr 42. – Za duże, lecz wtedy brało się, co jest. Byłam piekielnie grzeczna, ale w obliczu zakazu, który dotyczył rzeczy megaistotnych, jak rock, kłamałam, by postawić na swoim – wspomina. Kiedyś ojciec zabronił jej prób. Udawała więc, że wychodzi na zajęcia chóru Politechniki Szczecińskiej. – Dziś myślę, że fajnie być jedynaczką, choć wtedy nie byłam zadowolona. Zero hołubienia przez rodziców! Na pochwały musiałam zasłużyć. Ojciec trzymał dyscyplinę. Przynosiłam w zębach piątki i świadectwa z czerwonym paskiem. Ze strachu, że będę miała nieudane wakacje. W domu nie było tematów tabu. – Kiedy dostałam miesiączkę, tata otworzył koniak i z mamą uczcili moje wejście w kobiecość. Nie było też tekstów w stylu: „mężczyźni są źli”, „kobiety do garów”. Pewnie dlatego jestem organiczną feministką. Naprawdę uważam, że mogę wszystko – przyznaje.

Mama chlipała w oknie

Aktorka Agata Kulesza, koleżanka z podstawówki, w klasie maturalnej namówiła ją, by zdawała do Szkoły Teatralnej w Warszawie. – W pociągu wkułam Norwida i przekartkowałam kawałek Hłaski. Weszłam sztywna. Wyrecytowałam wiersz. „Niech pani powie jeszcze Hłaskę” – usłyszałam. Zamurowało mnie. Przecież miał być jeden tekst, drugi będę umiała za dwa dni! Wtedy jakaś życzliwa pani z komisji zaproponowała: „Tam stoi woda, może się pani napije”. Sięgając po karafkę, zbiłam szklankę. Przeprosiłam i wyszłam, z poczuciem totalnego obciachu. Kiedy wróciła do Szczecina, koleżanka mamy załatwiła jej pracę: wprowadzanie danych do komputera typu Odra. Otępiające zajęcie. – Koleżanki z pracy były poważne, miały rodziny. A ja? Takie dziwadełko. Miałam 19 lat, czułam się młoda. Pytałam siebie: czy tak ma wyglądać moje życie?!

Pewnego dnia Kasia poprosiła kierowniczkę, by puściła ją na dwa dni na festiwal do Jarocina. Była już wokalistką HEY. Usłyszała kazanie: „Co za głupi pomysł, tak trudno o pracę!”. – Postawiłam wszystko na jedną kartę. Pojechałam do Jarocina w tajemnicy przed wszystkimi. Był rok 1992. Początek nowego rozdziału w moim życiu. Mając 22 lata, zdecydowała się opuścić rodzinne miasto. Zaczęła wić własne gniazdo w stolicy. – Mama chlipała w oknie, gdy z walizkami wsiadałam do białego poloneza – uśmiecha się na wspomnienie. Mimo że od matki dzieli ją kilkaset kilometrów, są blisko. – Jest mi najbliższą przyjaciółką. Rozmawiamy o wszystkim. Kiedy pojawia się w Warszawie i jest u mnie impreza, moi rówieśnicy początkowo trzymają wobec niej dystans. Potem kochają ją. To człowiek-dusza. Teraz Kasia szczególnie jest skupiona na mamie. – Wspieram ją. Rodzice niedawno się rozstali. Tata nieodpowiedzialnie korzystał z internetu. Poznał kogoś i przeniósł się do Lublina – uśmiecha się gorzko. I dodaje z naciskiem: – Rozstanie rodziców ma wpływ na dzieci bez względu na ich wiek. Przyznam, że ta historia trochę pomieszała mi w głowie.

Partner może odejść

Miłość? – Mam świadomość, że związku czasem nie da się dociągnąć do końca. Z drugiej strony wierzę, że można z kimś być do śmierci. To rzadkie, ale skoro się zdarza, to może i mnie się uda – uśmiecha się. Związek z obecnym partnerem trwa już od pięciu lat. – To nie był piorun. Poznawaliśmy siebie, aż okazało się, że codzienność bez tej drugiej osoby jest nieznośna. – Nie chce podawać szczegółów. To zbyt intymne. – Żeby życie uczynić względnie przyjemnym, trzeba być z kimś, kto potrafi je rozjaśniać. Facet musi mieć poczucie humoru! – tłumaczy. Mówi, że miłość to relacja bliska. – Ale to nie jest przyjaźń, która opiera się upływowi czasu, zawieruchom emocjonalnym, jest na całe życie. Partner może z niego wypaść. I nie wierzę, że po rozstaniu można być przyjaciółmi. Znajomymi, owszem. Mam bardzo dobre relacje z tatą 11-letniego dziś syna Mikołaja.

Mój bystrzacha

To Mikołajowi zadedykowała najnowszą płytę. – „UnisexBlues” jest dla mnie tak istotna, że stwierdziłam: poświęcę ją komuś, kogo kocham najbardziej. To syn przekonał mnie, na czym polega prawdziwa miłość. Jest bezwarunkowa. Nigdy nie była typem rockandrollówy. Raczej domatorki, kury domowej. – Cenię ten stan. Jednak rodziny jeszcze długo nie planowałam – mówi. Ciąża w wieku 24 lat była przypadkiem. – Ale cieszyłam się. Wierzę, że to dziecko wybiera sobie i moment, i matkę. Chociaż gdy urodził się Mikołaj, mieliśmy z HEY-em podbijać rynek amerykański. Wytwórnia się wściekła…

O synku mówi: bystrzacha. – Mikołaj sprawia wrażenie pogrążonego w swoich sprawach. Czyta, gra, coś ogląda, ale rejestruje wszystko wokół. Ostatnio powiedział: „Wiesz, mamo, ty za mało jesteś tutaj. Mówisz tylko o przeszłości albo boisz się przyszłości”. Zamurowało mnie: totalnie buddyjskie! Kasia szanuje jego zdanie. A jemu nie zawsze podoba się, co mama nagra. Kiedy zobaczył teledysk do „Teksańskiego”, wykrzyknął: „Ta ohydna piosenka to ty?!”. – Uczę go też abstrahować od płci, żeby na poziomie ludzkim nie dzielił: kobieta, facet. Ani: ktoś lepszy i gorszy – mówi. – Kiedyś w kwiaciarni Mikołaj dumnie rzucił ekspedientce: „Wie pani, kim jest moja mama?”. Zbeształam go. Wyjaśniłam: tak jak są panie sklepowe, tak mama jest piosenkarką, i tyle.

Jestem do ludzi

Nie ma tabunu bliskich. – O prawdziwą przyjaźń trudno. Żyję 36 lat, a tylko trzy osoby nazywam przyjaciółmi – przyznaje. Na znajomości jest jednak otwarta. Choć najlepiej spisuje się w kontakcie jeden na jeden. – W większej grupie siedzę z boku. Obserwuję. Potem dowiaduję się od osób trzecich, że Nosowska to gbur. W dzisiejszych czasach niczego nie mówi się wprost. Ludzie są tchórzliwi! Nazywa się dojrzałą kontestatorką. – Bunt nie przechodzi z trądzikiem. To postawa wobec rzeczywistości. Lubię rozmowy, ale na konkretne tematy. Zdecydowanie wolę imprezy prywatne niż te zawodowe. Ostatnio z ciekawości zostałam na jakimś bankiecie. Nuda! Rozmowy puszczane koło uszu. A wina wolę napić się w domu, nie pod ścianą – mówi.

Znajoma Kasi, Agnieszka Chylińska, wspomina, że gdy zaczynała śpiewać w liceum, porównywano ją do Nosowskiej. Oficjalnie deklarowała więc, że HEY-a nienawidzi. – Prawda była inna. Głos i teksty Kasi zawsze mnie poruszały – opowiada Chylińska. – Kiedy po raz pierwszy spotkałyśmy się na Gali Fryderyków ’95, Kasia zrobiła na mnie korzystne wrażenie. A gdy poznałam ją bliżej, okazała się ciepłą i cholernie inteligentną dziewczyną. Podarowała mi piękne filiżanki w muchy. Piję z nich tylko w dni świąteczne.

Wśród grona znajomych Kasi są osoby, które poznała jako fanów HEY-a czy swoich solowych projektów. – Na przykład Agatka, która mieszkała u nas w domu podczas wyjazdów. Nasz pies Lennon wprost ją uwielbia – uśmiecha się artystka. – Takich osób jest sporo. Łączą nas czułe, prawie rodzinne kontakty. Ważne, by ktoś był w stanie odejść od tego, że jestem panią z plakatu. I miał odwagę powiedzieć, jeśli coś mu się we mnie nie podoba. Popularność? – Nie odczuwam jej. Średni ze mnie materiał dla brukowców. Wstaję o 6.30, z psem idę po bułki. Jestem do bólu zwykła – uśmiecha się. Przyjemności? – Banalne – kwituje wzruszeniem ramion. – Lubię zakupy. Częściowo ubieram się w second-handach. Szczerze mówiąc, wizerunek kompletnie mnie nie interesuje. Nie mam stylistów. Na koncercie występuję w rzeczach, w których chodzę na co dzień. Jestem trudnym obiektem do współpracy. Potrafię się popłakać podczas sesji zdjęciowej, kiedy ekipa nagina mnie do zrobienia czegoś, co wydaje mi się dziwne w moim wykonaniu. A sesja zdjęciowa jawi mi się jako ekstremalnie nienaturalna sytuacja. Co lubię? Gotować i jeść, co sprawia, że jestem wiecznie niezadowolona z figury. Chętnie leżę na kanapie i czytam książki – dzienniki, reportaże, listy. Ostatnio Emila Ciorana, wszystko. Albo słucham płyt.

Pogodziłam się

Zaakceptowała nieuchronność przemijania. – Wcześniej nie brałam jej do siebie. Ale gdy wyobrażam sobie stratę bliskich, chce mi się płakać. Siedzi mi w głowie zdarzenie sprzed roku: kierowca wjechał w przystanek i zabił 5 osób. Szok! Można umrzeć wieczorem, jesienią, ale idąc do pracy?! Obiecałam sobie wtedy: nigdy nie wyjdę z domu skłócona. Zmieniła priorytety na liście marzeń. – Jeszcze dwa lata temu bardzo chciałam wyjść za mąż. Już nie, dobrze jest tak, jak jest. Marzyłam o córeczce, i też mi przeszło. Chcę za to podróżować. Wyruszyć i nie spieszyć się z powrotem. Może nawet nie wracać? Zobaczyć cały świat. Indie, Rumunię, Argentynę, Norwegię… Najmniej ciągnie mnie do Afryki – mówi.

W codziennych sprawach inspiruje ją mądrość buddyjska. – Kiedyś myślałam, że w życiu chodzi o to, by wyeliminować cierpienie. Bo wtedy możemy być szczęśliwi. Taka filozofia robi ludziom krzywdę! Buddyzm proponuje inną postawę: akceptację cierpienia jako nieodłącznego elementu życia. I przede wszystkim: podejmowanie prób bycia jak najbardziej obecnym w chwili, która właśnie trwa. Jeśli masz problem i da się coś z nim zrobić, to działaj. Jeżeli nie, to przestań, do cholery, się umartwiać. Uśmiecha się, pytana o swoją słynną skłonność do hipochondrii. – Dopada mnie. Falami. Nie noszę jednak worka leków, boję się tabletek. Za to niedawno przekonałam lekarza, by zrobił mi badanie dla kobiet... po pięćdziesiątce. Jestem czułym dla siebie hipochondrykiem – żartuje. – Wiem, kiedy mogę spokojnie zajrzeć do encyklopedii zdrowia, a kiedy mnie to zabije, bo okaże się, że mam wszystko.

Moje paradoksy

Zawsze składała się ze sprzeczności. – Jestem wycofana, nie pcham się na scenę. Przed każdym koncertem wali mi serce, boli brzuch. Z drugiej strony rozpaczliwie tego potrzebuję. Kocham to. I nie wyobrażam sobie, bym mogła stracić to uczucie. Najważniejszy jest dla niej spokój. Bez kłótni i wojen. W jej mieszkaniu na warszawskim Gocławiu takim azylem, w którym się kryje (nawet kilka razy dziennie i niezależnie od pory), jest wanna. Do tego książka, kawka, herbatka. Ciepło. Nikt jej nie przeszkadza. Siedzi, czyta, rozmawia przez telefon. Przychodzą jej pomysły na teksty. Zdarza się jej wpaść w tzw. filiżankowy nastrój. – Czasem potrzebuję poczuć się czysto i szlachetnie. Siadam wtedy zrównoważona, bez kłopotów, parzę coś smacznego do picia i sączę. Elegancka w ruchach. Bez napięcia – mówi. I dodaje: – Wiem, że mam trudny charakter. Ale gdy nie jestem poirytowana, nie mam doła i nie jestem okrutna w słownej ripoście, bo mnie ktoś wściekł, to mogę uczciwie powiedzieć o sobie: Kaśka, jesteś fajna!