Joanna Szwab, reprezentantka Polski w skokach narciarskich: „Kochałam wszystko, co związane ze skokami, bezgranicznie. A dziś ich nienawidzę”

"W życiu nie pomyślałabym, że mając 25 lat, zostanę sportowcem-emerytem" - zdradziła Joanna Szwab w niezwykle szczerym oświadczeniu, w którym żegna się ze skokami narciarskimi. Być może nie na zawsze, ale na pewno nie wróci do nich szybko. Za jej decyzją stoi naprawdę poruszająca historia dziewczyny, która nie zdejmowałaby nart z nóg, której skoki były prawdziwą pasją. I której marzenia rozbiły się o twardą rzeczywistość. W tle jest mobbing sportowy, brak wsparcia psychicznego bliskich, ogromny wysiłek i obciążenie oczekiwaniami szkoleniowców, nieproporcjonalne do materialnego wsparcia sportowca.

Cała historia Joanny Szwab daje obraz dzisiejszego świata sportu.

Kiedyś chciałam być jak Adam Małysz. Skakać i wygrywać jak on. Wtedy myślałam, że nie ma lepszej i ważniejszej rzeczy na świecie niż skoki narciarskie. Nie wiedziałam, że ta miłość ma tyle krętych dróg. - powiedziała Joanna Szwab w rozmowie opublikowanej na tvpsport.pl

Joanna Szwab: dramat w cieniu marzeń

Joanna Szwab marzyła, by skakać, od dziecka. Jak wspomina "chciałam tylko móc usiąść na belce, ruszyć i sobie polecieć". Jej naiwne wyobrażenia rozbiły się z rzeczywistością. "Gdy Pavel Mikeska trenował mnie i Joannę Gawron, byłam malutką, naiwną dziewczynką. Ci od Gawron przeciwnie – mocno inwestowali w jej skoki. Mieli większą siłę przebicia i oni o jej przyszłość czasami wojowali. A mi było wszystko jedno", zdradziła Asia i dodała, że czasami przypominają jej się takie obrazki: "wyjeżdżamy na zawody, a ja nawet nie wiem, co to ma być za konkurs. Ani o co. Bo ja przez całe życie interesowałam się przede wszystkim tym, żeby skakać". 

Do konkurencji wpisanej w zawody, dochodził duży stres, wygórowane oczekiwania trenerów i kontuzje. 

Upadałam wiele razy. Głównie przez błędną sylwetkę na najeździe, przez którą zamiast odbijać się jak należy, rzucałam za progiem na narty. Salto, urwany film, wstajesz, próbujesz dalej – normalne. Pamiątki tych zdarzeń noszę na sobie jak tatuaże – jedną tuż obok oka.

Joanna Szwab wspomina też, że brakowało jej wsparcia psychicznego najbliższych. Sugeruje, że ci, więcej pokładali wiary w modlitwę niż w rozmowę z córką i realną opiekę. "Zawody tylko wtedy nie są stresem, gdy jedziesz na nie pewna swego. I gdy w głowie nie masz do dźwigania tego całego bagażu codziennych problemów', powiedziała Szwab.

Mam 25 lat, wynajęte mieszkanie z koleżankami i łzy w oczach. Nie zabrałam ze sobą na Dolny Śląsk żadnej pamiątki związanej ze skokami. Buty, narty, kask, medale – to wszystko zostało w Chochołowie, w domu, do którego za bardzo nie lubię wracać. Tam mieszka bliska mi osoba. Ta sama, która kilka lat temu powiedziała mi, że na tej skoczni w końcu się rozpie...olę. Bo omijam kościół. Te jej słowa do dziś brzęczą mi w głowie. I brzęczały, gdy siadałam na belce, odkąd rzeczywiście potwornie upadłam w Ramsau. Przyjechała po mnie do szpitala, wracaliśmy w ciszy kilkanaście godzin.

Joanna Szwab: "w końcu zrozumiałam, że to jest pie*rzona pętla"

Sportsmenka przyznała, że w pewnym momencie poczuła się "jak w pętli", co doprowadziło ją do frustracji. Joanna zdała sobie sprawę, że sport - jej wielka miłość "zmieniła się w więzienie".

W końcu zrozumiałam, że to jest pieprzona pętla: w której muszę się skupiać na skokach, żeby szło mi lepiej, a gdy to robię, to idzie gorzej. Nie było atmosfery, nie było pieniędzy, nie było spokoju w domu. Co tydzień do psycholożki przychodziłam z toną problemów. Siadałam na belce i nie potrafiłam się skupić. Mijał czas, a ja krok po kroku lądowałam coraz bliżej, krok po kroku byłam coraz mocniej sfrustrowana. Aż jesienią ubiegłego roku, jeszcze przed całym sezonem 2021/22, zrozumiałam, że postawiłam o jeden krok za daleko. I że to już moment, w którym moja miłość zmieniła się w moje więzienie.

Aktualnie Szwab mieszka we Wrocławiu i nie chce mieć ze skokami nic wspólnego. "Nikt nie będzie przede wszystkim zabraniał mi już normalnie żyć", mówi i zdradza swoje plany na przyszłość.

Dokładnie to będę mówiła dziewczynkom, które zacznę trenować we własnej sekcji w Zakopanem. Taki mam plan: zdać studia i wrócić. Nauczę je być wolnymi. Nauczę, żeby nigdy nikt nie wmówił im, że z powodu skoków nie mogą iść pozjeżdżać na nartach albo poskakać w parku trampolin. Niech robią co chcą, niech będą szczęśliwe. A dopiero później niech daleko lądują telemarkiem. Mi się nie udało. Przepraszam wszystkich, którzy we mnie wierzyli. Choć najpierw tak naprawdę muszę sama się przeprosić ze skokami. Jeszcze będę je kochała. Kiedyś.