Iza Kuna to wybitna aktorka i znana pisarka, która po kilkunastu latach wraca na rynek z nową książką "Klara jedzie na pogrzeb". Jej pierwsza powieść zdobyła serca wielu kobiet. Dziś Klara jest starsza o ponad dekadę, podobnie jak sama Iza Kuna, i podobnie jak dwie bohaterki jej instagramowym listów - Isabele i Teresa. Losy instagramowych sióstr rozłączonych oceanem czyta się z wypiekami na twarzy. Dlaczego bohaterki Izy Kuny są tak ciekawe dla wielu kobiet w Polsce? Dlaczego ona sama zjednoczyła wokół siebie tak silny "babski obóz"? Cóż, odpowiedź jest dość prosta...


Wszystkie te kobiety, w tym Iza Kuna, są na przełomie. Są kobietami, które dla wielu z nas, w tym dla mediów, stają się coraz bardziej przezroczyste. Spotykamy się na łączach, by porozmawiać o strachu przed starością, menopauzie, nagim ciele kobiety po 50-tce i grubej dupie, tęsknocie za młodością i wielkim amerykańskim śnie małej dziewczynki. Przeczytajcie rozmowę ze wspaniałą i prawdziwą do szpiku kości Izą Kuną!

Aleksandra Nagel - Kobieta.pl: Czy ma Pani siostrę Teresę?
Iza Kuna: Nie mam siostry Teresy.


Pytam o to, bo prowadzi Pani bardzo ciekawy Instagram, a na nim mnóstwo listów między dwiema siostrami – Isabele i Teresą.
Ta historia rozgrywa się niemal codziennie. Jesteśmy właśnie na etapie, gdy Teresa zaprasza wszystkich na swój ślub – babcię Anielę, ciotkę Lutkę, Dankę, matkę Irenę i oczywiście swoją siostrą Isabele.


Widzę, że ich losy śledzi wiele kobiet, czytają te listy jak dobrą powieść!
Bardzo się z tego cieszę. Od samego początku próbowałam nadać temu mojemu byciu w social mediach jakąś konkretną formę. Tak powstała Isabele i Teresa. Bardzo je lubię, bo tworzenie tych historii wymaga ode mnie pracy, a przy okazji bardzo dobrze się bawię.
 
Ta relacja dwóch sióstr jest zabawna, czasami cierpka, ale też ostra jak brzytwa. Kim są te dwie instagramowe kobiety, które spodobały się tak wielu Polkom?
Teresa jest kobietą, którą tak naprawdę Isabele chciałaby być. Isabele nazywa Teresę „amerykańskim gamioniem”, ale tak naprawdę marzy o życiu takim, jakie ma siostra. Chciałaby żyć w Ameryce, chciałaby nie przejmować się niczym, bez przerwy zmieniać kochanków, robić sobie liczne operacje plastyczne i doceniać każdą chwilę. Czasami to marzenie zamienia się w gorycz, czasami siostry się na siebie obrażają, ale jest między nimi duża więź.
Teresa  uciekła z domu. Nie chciała kisić się w tym miejscu pełnym przesądów, zabobonów i nudnego, zwykłego życia. Ona chciała czegoś więcej. Isabele też chciała, ale  nie umiała się uwolnić, może zabrakło jej odwagi i determinacji…
Teresa oczywiście ponosi swoje konsekwencje, mieszkając w Ameryce, a Isabele swoje, mieszkając w Polsce. Isabele zazdrości Teresie blichtru i amerykańskiego snu, a Teresa tęskni za rodzinną atmosferą, za więziami, które straciła wyjeżdżając za ocean. To są relacje znane nam wszystkim. Ludzie tęsknią za tym, co zostawili, a drudzy tęsknią za tym, co mogliby zostawić.

W tych listach Teresy do Isabele i odwrotnie można przeglądać się jak w lustrze?
Myślę, że tak. Cieszę się, że czytają to nie tylko kobiety, ale też mężczyźni. Ktoś czasami zawoła za mną na ulicy „Isabele, ma Belle”. Bardzo się wtedy cieszę, bo to oznacza, że moja instagramowa historia zaczęła żyć własnym życiem. „Ty amerykański gamoniu” czy „Tęsknie Świnio” weszło już do kanonu lektur. (śmiech)

ZOBACZ TAKŻE:

Iza Kuna: "Mówię o przemijaniu z perspektywy zwykłej kobiety. Nie boję się tych tematów - menopauzy, tęsknoty, śmierci
 

Kiedy czytam te Wasze listy, między „świniami”, „gamoniami” i „głuptasami” wyczuwam nie tylko wiele tęsknoty, ale też żalu i strachu, a wszystko nasycone jest jednym słowem: PRZEMIJANIE. Czy to przypadek, czy przemijanie to temat szczególnie Pani bliski?
To jest jeden ze sposobów, by z tematem przemijania się oswoić. Nie mówię o przemijaniu z perspektywy lekarza czy eksperta. Mówię o przemijaniu z perspektywy zwykłej kobiety. Nie boję się tych tematów – menopauzy, tęsknoty, śmierci.


„Duża dupa” czy „zmarchy” – to słowa, które padają w tej instagramowej siostrzanej konwersacji. To jest ten sposób na oswajanie?
Uważam, że w życiu o wielu sprawach powinniśmy mówić wprost, bo taka jest rzeczywistość.


Nie mam nic przeciwko, ale to mało „medialna” koncepcja. My nie mówimy o przemijaniu i ciele tak dosadnie jak Pani bohaterki. My lubimy różnego rodzaju słowne „zmiękczacze”: „motylki”, „kurze łapki” itp. Tymczasem Pani nic nie osładza.
Fakt, nie jestem w tym zbyt delikatna, ale uważam, że nie powinniśmy owijać tego tematu w sreberko. Miałam kiedyś grubą dupę. Gdyby ktoś powiedział mi wtedy o tym delikatniej, nic bym z tym nie zrobiła. Usłyszałam jednak dosadne słowa i zaczęłam działać.


Zaczęła Pani ćwiczyć, bo ktoś powiedział Pani, że ma Pani grubą dupę?
Mniej więcej, ale to było dawno, potem kilka razy mierzyłam się z problemem dużej dupy. (śmiech) W wieku, w którym jestem, by wyglądać jako tako trzeba ćwiczyć, więc staram się. To jest naprawdę ciężka praca. Oczywiście może być tak, że ktoś akceptuje siebie w całości i ja to bardzo szanuję. Ja nie wszystko w sobie akceptuję i nie wszystko mi się we mnie podoba, dlatego próbuję to zmienić. Uprawiam jogę. Dbam o siebie. Ćwiczę codziennie. To nie jest tak, że ja to lubię. Mnie się tego nie chce, dramatycznie nie chce. Jak sobie pomyślę rano, że mam wstać i zacząć ćwiczyć, to mi się robi słabo, ale jak już to zrobię, to jestem bardzo zadowolona.

Jakiś czas temu wrzuciła Pani swoje zdjęcie w bikini z wakacji na Zanzibarze. Zwykle oglądamy w social mediach mocno wyretuszowane, opalone ciała „instagramowych bogiń”, a tu bach – Pani Iza Kuna w wersji #nofilter! Chyba była Pani z siebie i swojego ciała wtedy bardzo zadowolona!
Wtedy wyglądałam naprawdę całkiem nieźle! Dzisiaj  nie wrzuciłabym takiego zdjęcia, bo już tak nie wyglądam. (śmiech) Taka, jaką jestem na tym zdjęciu, bardzo się sobie podobam.


Czyli jaka Pani jest?
Średnia, gdzieś pomiędzy, kobieta w średnim wieku i  to jest kompletnie medialnie nieciekawe.

PRZECZYTAJ TEŻ:

Iza Kuna: "Media albo pokazują hardcore, albo pudrują rzeczywistość. Nie ma środka
 

Dlaczego Pani tak sądzi?
Ostatnio mam takie przemyślenia: w mediach pokazują albo hard core albo mocno przypudrowaną rzeczywistość. Nie ma tego środka. Pytała mnie Pani o  bikini. Ja wielokrotnie chciałam sfotografować się nago, bez niczego, taką jaką jestem. Pokazać ludziom, jak wyglądam, nawet jak wyglądałam dużo gorzej. Tylko nikt tego nie chciał. Teraz też miałam szereg sesji fotograficznych i nikt mnie nie chce z tym moim 50-letnim ciałem. Nikt nie chce, żebym stanęła i pokazała się w bikini. Ja pomysły na to miałam wielokrotnie: „Ja bardzo chętnie stanę, proszę zróbcie mi zdjęcie takie, jak wyglądam” i te propozycje mimochodem składałam właściwie przy każdej sesji. Nikt tego nie chce. Być może jest taka sytuacja, że nikt tego nie chce ode mnie, bo może ja mam zbyt dobre mniemanie o sobie. (śmiech) Tak, może tak być.


To by znaczyło, że jest jeszcze gorzej niż myślałam… Czy my naprawdę zaczęłyśmy kochać swoje zmarszczki, swoje nieco większe cztery litery i nie do końca płaskie brzuchy, czy to tylko body positive washing?
Absolutnie tak! Jest coś takiego, że albo pokażmy 50 fałd na brzuchu i jest super, albo nie pokażmy żadnej. Już trzy, cztery fałdy – to nikogo nie interesuje, bo to jest mało ciekawe. A to jest dokładnie tak, jak wyglądają teraz kobiety w moim wieku.


Czy Pani chce powiedzieć, że skoro z jednej strony media promują skrajną chudość, a z drugiej – skrajną grubość, z jednej strony młodość, z drugiej strony starość, to kobiety w Pani wieku – zwyczajne 50-latki są… przezroczyste?
Dokładnie o tym mówię. Ponieważ ja wyglądam normalnie, nie jestem ani super pięknością o nieprawdopodobnej figurze, ani nie jestem strasznie brzydka o beznadziejnej figurze, jestem nieciekawa. Nawet gdybyśmy podpinali pod to mnóstwo wspaniałych akcji z body positive na czele, to nadal jest to w pewnym sensie pudrowanie rzeczywistości. Na pytanie: „Czy ja jestem pro age czy anti age?”, odpowiadam: „Jestem in age”.  


Mam 39 lat, za chwilę 40-tka. Zauważyłam ostatnio, że coraz mniej facetów ogląda się za mną na ulicy. To chyba jest ten moment, co? Z czasem stajemy się coraz bardziej niewidzialne? Co się dzieje w głowie kobiety, która staje się coraz mniej ciekawa i coraz bardziej przezroczysta?
W głowie pojawia się smutek i coraz większa świadomość, że lepiej nie będzie, a liczba mężczyzn oglądających się za mną na ulicy będzie dramatycznie spadać. (śmiech) Bardzo tęsknię za czasami, kiedy jednak mężczyźni się za mną oglądali w większej ilości niż teraz. Mam nadzieję, że chociaż kilku ich zostanie. Niemniej jednak matematyka jest nieubłagana. Lepiej nie będzie. Mówi pani, że ma 39 lat?! Niech się pani cieszy. To dopiero połowa życia.


A Pani się cieszyła, gdy miała 40-tkę?
Nie cieszyłam się. Gdybym miała 40-tkę i to myślenie, które mam dzisiaj, tę radość z tego, że przecież całkiem dobrze wyglądam, że mam w sobie sporo fajnych rzeczy i wcale nie jest tak źle, to byłabym bardzo szczęśliwą kobietą.  Nie chciałabym mieć 20 lat mniej, ale 10 mniej chciałabym bardzo. (śmiech)


To czas na pytanie, które weszło już do dziennikarskiego kanonu: „Co powiedziałaby Pani sobie, gdyby mogła Pani spotkać siebie sprzed tych 10 lat?”
To, co bym powiedziała sobie wtedy, nie miałoby żadnego znaczenia. Wiele rzeczy wtedy słyszałam i miałam to głęboko w dupie. Uważałam po prostu, że mnie to nie dotyczy. Nie ma takich mądrych słów i mądrych ludzi, którzy zwrócą pani na coś uwagę, dopóki pani tego nie przeżyje. Pani może się skupić tylko i wyłącznie na tym, co jest tu i teraz. Oczywiście część kobiet szybciej do tego dojrzewa, część wolniej, ale tak wygląda świat i tak wygląda biologia. Nie jesteśmy w stanie przygotować się na nic. Być może buddyjscy mnisi są przygotowani na wszystko, ale ja ani nie byłam, ani nie jestem. To jest życzeniowe myślenie, by starzeć się z godnością. Ja nie umiem tego zrobić.


Odważne słowa. To, ciekawe, że Pani mówi o tym wprost. My kobiety lubimy tę naszą rzeczywistość kontrolować, a czasu przecież nie umiemy „ustawić” pod siebie. Im człowiek starszy, tym więcej przykrej nieprzewidywalności…
Biologii kontrolować się nie da. Możesz oczywiście zadbać o swoje ciało, badać się regularnie, dbać o zdrowie, leczyć się, gdy jest taka potrzeba, ale to wszystko, co możemy zrobić. Nie na wszystko mamy i będziemy mieć wpływ. Kiedy spotykam się z kobietami w rożnych konstelacjach, to mam wrażenie, że kobiety nie chcą już lukru. Kobiety chcą prawdy, ale media tej prawdy nie chcą im dać. Media kreują wirtualny świat brzydkich albo ładnych, średnich nie ma w ogóle, a biorąc pod uwagę statystyki, to nas jest najwięcej.


W Pani opowieściach też dominują te średnie kobiety. Jest Teresa i Isabele na Instagramie, ale też jest Klara – z książki. Właśnie na rynku pojawiła się nowa część „Klary”, długo na nią czekałyśmy. Kim była Klara, gdy Pani tworzyła ją te kilkanaście lat temu i kim Klara jest dzisiaj? To Pani alter ego?
Klara to suma wielu różnych doświadczeń. Na pewno obdarowałam Klarę kilkoma rzeczami, które ja przeżyłam, albo które mam. Część pochodzi z mojej wyobraźni lub moich snów.
Kiedy napisałam pierwszą „Klarę”, mówiłam, że Klara jest taką kobietą, którą nie jestem, a chciałabym być. Teraz, z perspektywy tych 11 lat, myślę sobie, że ja czasami nią bywam, ale nie chciałabym naprawdę przeżywać tych wszystkich rzeczy, które ona przeżywa.


Przyznam szczerze, że dojrzała Klara mnie trochę uwiera i boli…
Pierwsza Klara była prostsza, zabawniejsza. Nowa Klara nie jest już tak radosna. Jest w niej dużo smutku,  jest starsza o 11 lat. Myślę, że wiele kobiet odnajdzie się w nowej Klarze, a jak nie w Klarze, to we Wronce, a jak nie we Wronce, to w matce. Ta książka to suma wielu różnych spotkań, przemyśleń,  obserwacji. Lubię się przyglądać ludziom i myślę, że to się bardzo w moim pisaniu przydaje.


A kogo ciekawego Pani ostatnio spotkała? Myślę tu o takim spotkaniu, które można byłoby zapisać na symbolicznej białej chusteczce i wrzucić do kolejnej książki?
Zwróciłam  ostatnio uwagę na pewną parę, która przyszła do teatru. Znalazłam w niej wiele rzeczy, które nie są w ogóle moje, ale pomyślałam sobie, że właśnie tak funkcjonują niektóre związki. Wnikliwie się jej przyglądałam.


Pani lubi Klarę?
Bardzo. Mam dla niej dużo czułości. Bardzo jej współczuję, bardzo jej kibicuję i bardzo ją rozumiem.

Iza Kuna: "Wiele kobiet ma podobne myśli. Im jest szkoda minionego czasu, minionych ludzi, ale też minionej siebie – tej młodszej, piękniejszej"


A czy Klara rozumie swoje życie?
Klara jest bardzo świadoma siebie i swojego życia. Ja bardzo podziwiam takich ludzi, którzy żyją z dnia na dzień i bardzo bym chciała być tak osobą, bo wtedy mniej by to życie mnie bolało. Ostatecznie jednak życie nie jest do rozumienia, tylko do przeżywania. Im mniej się nad nim zastanawiamy, tym jest nam łatwiej. Klara taka nie jest i ja też taka nie jestem.
Miałam wiele pretensji do siebie, że ta książka powstała tak późno, ale myślę sobie, że to dobrze. Dwa lata po pierwszej Klarze ta nowa Klara byłaby bardziej roszczeniowa i  rozliczająca się. Ta dzisiejsza Klara już się nie rozlicza z przeszłością. Ona tylko o niej opowiada. Myślę sobie, że ja też tak chcę. Może jest jedna historia w moim życiu, o której nie chciałabym pamiętać i z którą chciałabym się kiedyś rozliczyć, ale na razie to zostawiam.


Ta przeszłość wciąż do nas wraca – i w życiu, i w książkach…
 „Klara jedzie na pogrzeb” to jest też historia o pamięci. Mnie samej jest bardzo szkoda tych rzeczy, które już przeżyłam. Wie Pani co? 10 lat temu miałam większą przyjemność z oglądania starych zdjęć. Teraz tego nie robię, bo one mnie wzruszają, ale przede wszystkim poruszają. Te zatrzymane w kadrze historie – ta świadomość tego, że ten czas już nie wróci - jest bardzo bolesna.
Myślę, że wiele kobiet ma podobne myśli. Im jest szkoda minionego czasu, minionych ludzi, ale też minionej siebie – tej młodszej, piękniejszej. Do tych wszystkich przemyśleń dochodzą: menopauza, dorastające dzieci, kryzys wieku średniego – nasz i naszych partnerów. To bardzo trudny moment…, o którym rzadko się  opowiada. Opowiadamy o młodych ludziach, opowiadamy o ludziach starych, ale nie opowiadamy o nas, o ludziach, którzy są na przełomie.


Opowiadamy, tylko on wygląda często, jak z reklamy L’Oreal z Grażyną Torbicką. Żeby była jasność, nic do tej reklamy nie mam i bardzo cenię panią Grażynę Torbicką, ale przecież to nie jedyny obraz człowieka na przełomie…
Ja nie zajmuję się statystyką, ale z badań wynika, że najwięcej kobiet, które się uzależniają, które cierpią, które chorują, kobiet, które nie potrafią pogodzić się z myślą, że dzieci wyszły z domu i zostają same w pustych mieszkaniach, to kobiety w moim wieku. Ich jest najwięcej i nikt o nich nie mówi. Nikt nie mówi o uzależnieniach, które dotykają kobiety właśnie w tym wieku i o tej piekielnej samotności. O pożegnaniu młodości.

 

ZOBACZ TEŻ:

Iza Kuna: "Mam jedno uczucie już od kilku lat, że bardzo chciałabym mieć wnuki"

Wspomina Pani o dzieciach wylatujących z gniazda. Jak to jest być matką dorastającej a właściwie dojrzałej, dorosłej kobiety? Co się wtedy zmienia między matką a córką – tymi dwiema kobietami?
Właśnie jestem na telefonie z moją córką, która przyjeżdża z Australii. Myślę o tym cały czas, jak ona ułoży sobie życie, ale wiadomo, za nikogo życia nie przeżyjemy. Mam jedno uczucie już od kilku lat, że bardzo chciałabym mieć wnuki. (śmiech)


Chciałaby Pani być babcią?
Byłabym najszczęśliwszą kobietą pod słońcem, bo myślę sobie, że tym dzieciom dałabym więcej  niż moim własnym, a wszystko byłoby prostsze, pewniejsze, bez tego strachu i niepewności, które towarzyszą matkom. Zastanawiam się często nad tym, co moja córka myśli, jak żyje i jak będzie żyła, ale ponieważ jest już dorosłą kobietą i rozmawiamy jak dorosłe kobiety, to teraz jest ten moment, kiedy więcej czasu poświęcam sobie. Bardziej myślę o sobie i o tym, co ja bym chciała jeszcze zrobić i jak bym chciała żyć.

To jak by Pani chciała? (śmiech)
Gdzieś tam w tych moich marzeniach zawsze jest tak, że wszyscy spotykamy się w tym samym domu, są przy mnie moje dzieci, wnuki, ich partnerzy i partnerki, Marek i moi znajomi. Ten dom jest pełen ludzi z przeszłości, którzy od dawna towarzyszą mi w moim życiu. Wspomnienia i  więzi, które cały czas podtrzymujemy, plus nowe spotkania i inspiracje, to jest to nowe życie, które do nas przychodzi, to wszystko razem w połączeniu z moją rodziną i najbliższymi to jest taka moja największa, najpełniejsza wizja przyszłości.

Ciekawe, że mówi Pani tyle o tych wspomnieniach. Rozumiem, że nie lubi Pani przeglądać fotografii, ale mam wrażenie, że kobiety zawsze były opiekunkami wspomnień w rodzinie i dbały o tę przeszłość. To one pisały pamiętniki, opowiadały kolejnym pokoleniom o duchach przeszłości, spisywały swoje przepisy itp.
Jestem osobą, która się opiekuje innymi, lubię to, dbam bardzo o więzi. Lubię, gdy wszyscy bliscy są u mnie w domu i mogę się o nich troszczyć.
Właśnie sobie uświadomiłam, że zawsze – odkąd pamiętam – czekałam na gości. Tak było w moim rodzinnym domu i tak jest też teraz. Zawsze czekałam, aż ktoś zapuka do drzwi. Już sobie wyobrażam jak przyjedzie moja córka, jak moglibyśmy spędzić razem Boże Narodzenie, może przyjedzie Ania ,Marka siostra z Ameryki… kombinuję, żeby być razem. To widocznie coś mi ważnego w sercu robi. (śmiech)


W książce pisze Pani o tym, że Klara jest nieukochana. Czym to się różni od słowa kochana? Co to znaczy być nieukochanym?
To znaczy, że tej miłości nie czujesz. Dlatego Klara jest samotna. Ona bywa szczęśliwą od czasu do czasu, ale nieukochaną. Nie czuła miłości od swojej matki, kochanka, a przecież matka na pewno ją kochała, podobnie jak Aleks, czy Mauricio.  Klara jest nieukochana – przez matkę i  przez mężczyzn, z którymi się wiąże.

Pytanie czy jest jakiś sposób, by poczuć się ukochaną. Często jest tak, że ktoś nas kocha, ale my tej miłości nie czujemy, nie umiemy odebrać. Dlaczego czujemy się wciąż nieukochane i jak to zmienić?
To jest rzecz, na którą moim zdaniem nie ma jednej recepty. Zawsze miałam duży dystans do wszelkiego rodzaju książek psychologicznych i poradników, które miały nam pomóc w ukochaniu, czy akceptowaniu siebie. Nigdy nie rozumiałam ich fenomenu i nigdy za tym nie przepadałam.
Wierzę głęboko w intuicję, ale wierzę również głęboko w terapię, doświadczenie, instynkt samozachowawczy. Oczywiście są mądrzejsi ludzie od nas. Są sytuacje, kiedy ta pomoc jest nam potrzebna – lekarzy, terapeutów, ekspertów. Nie ma w tym nic złego, by o taką pomoc poprosić i ją przyjąć. Terapia to nie jest fanaberia gwiazd, ale głęboka potrzeba pomocy. Ludzie sobie nie radzili, nie radzą i nie będą radzić. To jest naturalne, że w momencie, gdy coś jest nie tak, gdy coś się wali, szukamy wsparcia.
Ja sama korzystałam z terapii  wiele lat temu i uważam, że bardzo mi  pomogła. Jestem bardzo wdzięczna za ten czas i jestem wdzięczna pani terapeutce, której dziś już z nami nie ma. Jestem przekonana, że w jakimś sensie uratowała mi życie. Terapia przyniosła mi ulgę.  

Myślę sobie tutaj o wielu zwyczajnych Polkach, które chętnie opowiadają o sobie na różnego rodzaju zamkniętych grupach, zdradzają różne szczegóły ze swojego życia, czasem bardzo intymne. Ile wokół nas jest samotności, skoro musimy rozmawiać o tym wszystkim na Facebooku, a nie z kimś w realu?!
Chcemy opowiedzieć o sobie komuś, kto nas zrozumie. Chcemy usłyszeć, że ktoś miał podobnie, że nie jesteśmy w tym same. Nie ma nic lepszego w sytuacji trudnej czy ciężkiej, jak doświadczenie drugiej osoby. Ukojenie przychodzi w takich momentach, gdy ktoś przyjdzie do ciebie i powie ci: „ miałam to samo”. Wtedy czujesz, że już nie musisz się  wstydzić, że nie  jesteś beznadziejna. Im więcej będziemy o tym mówić i nie lukrować rzeczywistości, tym lepiej dla tych wszystkich samotnych kobiet, zamkniętych w swoich domach, swoich światach i swoim wstydzie.

 

 

I wracamy do punktu wyjścia. Tej jakże ciekawej internetowej relacji Teresy i Isabele. Do tych dwóch sióstr, które z perspektywy mediów i świata, w którym żyją, są w arcynieciekawym momencie życia. Przestają być matkami, nie są już być może namiętnymi kochankami, prowadzą zwyczajne życie, które ucieka, a właściwie przelewa się przez palce z prędkością wodospadu Niagara.  Tęsknią bardzo często za tą mitologiczną Ameryką, bo to im się dobrze kojarzy, ta Dynastia.
Ani Teresa , ani Isabele nie są matkami, i tu akurat american dream nie ma nic do rzeczy. Ja akurat Amerykę uwielbiam, mimo że mój mąż jej nienawidzi. (śmiech) Pewnie dlatego, że bardzo dużo miłych rzeczy mnie tam spotkało. Czuję, że tam kiedyś pojadę, może na starość? Wierzę  w mój amerykański sen. To jest jak z miłością, jak Pani poznaje mężczyznę, to albo się on Pani podoba, albo nie, więc mnie się Ameryka podoba, co mam zrobić! (śmiech)


Bardzo dobrze, życzę tego, żeby Pani tam kiedyś wylądowała i żeby amerykański sen się ziścił. Dziękuję za te dwie siostry, za Klarę i za prawdę bez lukru, ale też za zatrzymanie się nad tą małą dziewczynką, która jest w nas, mimo tego, że jesteśmy już „tak stare”! Dużo jest tej małej dziewczynki w Klarze, co?
Bardzo dużo.


No właśnie, a to dobrze czy źle?
Nie wiem, myślę, że dobrze. Ja tą swoją małą dziewczynkę bardzo kocham. Marek mówi mi często, że zachowuje się jak dziecko, że nawet charakter pisma mam dziecinny. Chyba go wzruszam( śmiech)

ZOBACZ TAKŻE: