Pracowałaś w dużych firmach na wysokich stanowiskach i w pewnym momencie rzuciłaś wszystko, żeby osładzać innym życie. Skąd u Ciebie miłość do pieczenia?

Ewa Okrasa-Siniarska: Moja pasja do pieczenia tortów i do tworzenia słodyczy trwa od dziecka. Mój dziadek od strony mamy był mistrzem cukierniczym i miał przez całe życie małą cukiernię na Pradze. Pamiętam przepyszne pączki, bajaderki, kremówki i ciepłe lody. Jak byłam mała, często odwiedzałam dziadka. Wchodziłam na zaplecze i z ekscytacją oglądałam, co tam się dzieje, jak cukiernicy pracowali. To mnie niesamowicie fascynowało. Pamiętam, że wracałam do domu i próbowałam sama odtworzyć i wymyślać przepisy.

To, co mi najbardziej imponowało w cukierence dziadka, to była atmosfera. Dziadek był niesamowicie otwarty i miał tak ogromne serce dla wszystkich ludzi, że tam ustawiały się kolejki. Wszyscy przychodzili nie tylko kupić ciastka, ale też porozmawiać, wyżalić się czy opowiedzieć o swojej rodzinie. Było to miejsce spotkań i to było przepiękne.

Również od strony taty, czyli rodziny Okrasa, jesteśmy rodziną piekarzy ze Skolimowa. Jak widać pasję mam we krwi i co ciekawe z linii męskiej.

Twoja pasja kulinarna to jednak coś więcej, prawda?

Ewa Okrasa-Siniarska: Od kiedy pamiętam, po powrocie z pracy do domu, w ramach relaksu piekłam. Dla mnie to była najlepsza metoda na odprężenie. Nic innego tego nie mogło zastąpić.

Pracowałam w korporacjach przez ponad 25 lat i w pewnym momencie stwierdziłam, że to właśnie pieczenie jednak daje mi największą radość i, co ważne, uspakaja. Znajomi zamawiali u mnie torty, potem znajomi znajomych. Pracując na etacie stwierdziłam, że bardzo bym chciała stworzyć miejsce, w którym ludzie będą czuli się dobrze.

Fot. Monika Szałek

W podjęciu tej decyzji bardzo pomogła mi medytacja. Zobaczyłam, co ja tak naprawdę chcę robić w życiu, co mi przeszkadza, co jest dla mnie dobre, a co nie. Obserwowałam również, jak ludzie żyją w stresie, jak tracą siebie i jak są też niedoceniani. Zauważałam to w wielu miejscach, nie tylko tam gdzie pracowałam. Dla mnie każdy człowiek jest równie ważny i jest mistrzem w swoim fachu. Postanowiłam, że łącząc moją pasję do pieczenia z tą niezgodą na to, co się dzieje, chciałam stworzyć takie miejsce, gdzie każdy będzie mógł przyjść i poczuć się doceniony.

I tak stworzyłaś wyjątkowe miejsce.

Ewa Okrasa-Siniarska: Uwielbiam podróże do krajów Śródziemnomorskich. Ja chyba w poprzednim wcieleniu byłam Włoszką, bo najchętniej wystawiłabym stół jak taka Mamma, zaprosiła wszystkich, wszystkim ugotowała, upiekła i chciałabym tak wspólnie biesiadować. Żeby wszyscy się poznali i ze sobą rozmawiali. Stworzyłam taką kawiarnię, ale niestety nie przetrwała próby czasu. Było to wspaniałe miejsce, które wspominam z wielkim sentymentem.

Moja kawiarnia nazywała się „Przystanek Miłość” i był to przystanek na mojej dalszej drodze. Ciągle zastanawiało mnie czemu to miejsce odwiedzało mnóstwo turystów zza granicy. Było ich tak dużo, że sama się dziwiłam, jak oni do mnie trafiają, bo nie było to miejsce w samym centrum Warszawy, a wręcz nawet ukryte.

Niesamowite było to, że ci turyści oczywiście próbowali moje ciasta, ale zaczynali również ze mną gotować w kuchni. Miałam panią z Iranu, która przynosiła mi przyprawy i razem robiłyśmy irańską szarlotkę. Miałam klientów z Gruzji, Rumunii. Zawsze wychodziłam do wszystkich, rozmawiałam z nimi, a oni czuli się jak w domu. Były takie śmieszne sytuacje, że przychodziły osoby między spotkaniami, żeby odpocząć i się zdrzemnąć. Za godzinę ich budziłam i szli dalej.

Niejednokrotnie turyści zza granicy mówili mi: „Ty musisz do nas przyjechać”. Kiedy po raz trzydziesty to usłyszałam, to stwierdziłam, że chyba rzeczywiście muszę. Wówczas w głowie zaświtał mi taki pomysł, żeby opowiedzieć innym o tych ludziach i ich pasjach oraz kuchni z różnych stron świata. Każdy człowiek to wspaniała księga. Wiele osób boi się spełniać marzenia i zaryzykować. Wolą mieć stałą pracę i pensję. Tylko co z tego, jeśli nie są szczęśliwi i spełnieni?

Bardzo wierzę i przekonałam się o tym, że to co idzie z serca jest prawdziwe i to zawsze wyjdzie. Nawet jeśli pojawiają się trudności, to warto próbować i nie zrażać się tym.

To był początek Twojego projektu, który nazwałaś „Słodkie Smaki Świata”?

Ewa Okrasa-Siniarska: Wymyśliłam projekt, który nareszcie po trzech latach ujrzał światło dzienne. W „Słodkich Smakach Świata” pokazuję „smaczki”, którymi możemy się zainspirować i odnaleźć coś dla siebie.

Na początku kupiłam sobie najtańszy bilet na Sycylię i tam pojechałam. Siedząc już w samolocie, znalazłam pensjonat, wynajęłam samochód i tak podróżowałam przez kilka dni. To była przewspaniała przygoda. Jeździłam z telefonem komórkowym i wszystko nagrywałam. Uczestniczyłam w życiu rodziny, u której mieszkałam. Oni poznawali mnie ze swoimi znajomymi. Jeden z nich miał cukiernię i wspólnie robiliśmy ciastka pistacjowe, a wyjeżdżając dostałam baniak kremu pistacjowego. Nie miałam wtedy żadnej ekipy, ale zobaczyłam, że to się da zrobić. Chciałam pokazać, jak ludzie żyją, jakie mają pasje i że można żyć z uśmiechem na ustach, nadzieją i wiarą.

No właśnie, bo program „Słodkie Smaki Świata”, który możemy oglądać na TVP Kobieta to nie jest program tylko o gotowaniu. Podróżując poznajesz lokalne tradycje, historie ludzi, uczestniczysz w ich życiu. Która z tych historii najbardziej Cię poruszyła i zapadła w pamięci?

Ewa Okrasa-Siniarska: Będąc na Krecie pojechaliśmy do takiego miejsca w górach, gdzie przy drodze stały znaki przebite kulami. To są miejsce gdzie kilka lat temu nie można było przyjechać bez protekcji. Na Krecie są małe kawiarenki, gdzie spotykają się mężczyźni i grają sobie w karty, piją kawę i rozmawiają. W jednym z takich miasteczek natrafiliśmy na taką kawiarenkę, gdzie spotykają się panowie, a prowadzi ją wspaniała kobieta o imieniu Maria. Od razu się bardzo polubiłyśmy. Pewnego dnia miałam gorszy dzień i Maria to wyczuła. Wzięła mnie na spacer i opowiedziała historię o swoim dziadku. Szłyśmy dróżką i trafiłyśmy przed galerię. „To jest galeria rzeźb mojego dziadka” – powiedziała. Okazało się, że jej dziadek zaczął rzeźbić jak miał 72 lata i nagle stał się popularny. Pewnego razu przyjechała dziennikarka, która zapytała, dlaczego zaczął robić to tak późno. „Bo nie wiedziałem, że potrafię” – odpowiedział jej. Bardzo wzruszyła mnie ta historia i była dla mnie inspirująca. To pokazuje, że każdy wiek jest dobry, żeby realizować swoje marzenia. Tak jak w historii dziadka Marii.

To, co najbardziej pamiętam z kulinarnych historii, to wizytę w Tbilisi w restauracji, którą założył szef Konstantin, z wykształcenia architekt. Rzucił zawód i otworzył restaurację z jednym stolikiem. Zamawiasz stolik, przychodzisz z rodziną czy na randkę i on specjalnie dla ciebie gotuje. Pasję do architektury łączy z pasją do gotowania, tworząc wyjątkowe potrawy na przykład z brył. Pamiętam, że zadał mi pytanie, jaki jest mój kształt smaku. Odpowiedziałam, że koło, bo dla mnie to oznacza nieskończoność.

W Rumunii z kolei miałam najtrudniejsze kulinarne doświadczenie. Pojechaliśmy do bardzo małej wioski, gdzie były tylko cztery gospodarstwa i pensjonat prowadzony przez babinkę Anikę. Do nagrania programu Anika wystroiła się i wspólnie robiłyśmy najbardziej tradycyjne danie. Wzięła trzy gary, nalała do każdego po dwa litry oleju. Do jednego wrzuciła kiełbasę, a do drugiego nieogoloną słoninę. Do tego dostałam puree, które pływało w mleku. Podała mi to na talerzu z miną, jakby dawała mi całe swoje serce. Co więcej, gotowałyśmy aż do północy i to tłuste jedzenie jadłam właśnie o tej porze. Na szczęście miała domowej roboty palinkę (rumuński bimber).

Każda osoba, którą spotkałam, każda przygoda to było coś innego i coś wspaniałego.

Jakie smaki przywiozłaś z podróży do swojej kuchni?

Ewa Okrasa-Siniarska: Z każdej podróży przywożę nowe smaki i to są takie moje inspiracje w codziennym życiu. Podczas podróży do Portugalii zakochałam się w pasteis de nata. Są to tradycyjne portugalskie babeczki, które mają niesamowitą historię. Wymyślili je mnisi, którym zostawało bardzo dużo żółtek po zużyciu białek do krochmalenia habitów. Nie wiedzieli co zrobić z żółtkami i wymyślili ciasteczka. Pod Lizboną jest cukiernia, która słynie z tych pasteis, prowadzona przez rodzinę, która odkupiła od mnichów przepis po zamknięciu klasztoru.

W Gruzji również poznałam bardzo ciekawe smaki. Na przykład czurczhela, która wygląda przedziwnie, bo jak kokon w masie z kiślu z orzechami. Był to kiedyś przysmak wojaków, bardzo kaloryczny i z długą datą przydatności do spożycia.

Bardzo ciekawym przeżyciem było święto cebuli w Katalonii, gdzie pierwszy raz jadłam cebulę calcot, która całkowicie inaczej smakuje niż nasza polska i jest słodka. Do tego robiony jest przepyszny sos. Podczas święta cebuli zjeżdżają się rodziny, przyjaciele i świętują razem.

Fot. Archiwum prywatne

Kiedy zaczęłam realizować mój program, postanowiłam, że chcę te wszystkie historie przekazywać dalej. Zaczęłam prowadzić zajęcia podróżniczo-kulinarne dla dzieci. Niestety pandemia to przerwała , ale mam nadzieję, że wrócę do tego.

Już nie możemy się doczekać, a tymczasem zapraszamy na Twój program „Słodkie Smaki Swiata”, który możemy oglądać na kanale TVP Kobieta w sobotę o godzinie 17:30.

Zapraszam Was również na Facebook Ewa Okrasa Siniarska oraz Instagram, gdzie dzielę się moimi wypiekami oraz wrażeniami z podróży.