"Challenge Accepted": rozdział o tym, jak doszło do mojej historii #metoo

Mocno wspieram ruch #metoo i inicjatywę #timesup. W kwestii walki o równouprawnienie kobiet nie siedzę cicho i tym bardziej nie uważam, że powinnyśmy być obiektem seksistowskich bredni tylko dlatego, że jesteśmy kobietami. I mnie przydarzyła się sytuacja z serii #metoo – w zasadzie dwie sytuacje – i opowiem o nich w tej książce, bo tak chcę. Nie zamierzam wytykać nikogo palcem i nie podam nazwisk, bo nie chcę. To są moje historie o moich doświadczeniach, i nawet jeśli nie ukształtowały mnie w żaden sposób, wciąż są historiami z mojego życia. Zauważyłam, że kiedy wytykamy kogoś palcami, to właśnie te osoby stają się głównym bohaterem opowieści. Polowanie na winnego staje się najważniejszym celem, a osoba, która opisuje daną sytuację, staje się kolejną ofiarą z tobołkiem smutnych doświadczeń. Koncentrujemy się na sprawcy i jednorazowym wydarzeniu, a przecież chcemy, żeby zmieniła się cała konwencja zachowań.

Prezentuję moje historie czarno na białym, ponieważ życzyłabym sobie, żeby wszystkie kobiety i dziewczyny zaczęły kierować się w życiu tym, co chcą, lub czego nie chcą zrobić. Nie dlatego że czują się do tego zobligowane lub kieruje nimi poczucie odpowiedzialności. Jedynymi osobami odpowiedzialnymi za wszystkie te koszmarne sytuacje są mężczyźni. To oni ponoszą odpowiedzialność za molestowanie seksualne, przemoc, znęcanie się lub zastraszanie w każdym tego słowa znaczeniu, w każdej dziedzinie życia, po wsze czasy. W imię Ojca i Syna, i Ducha Śniętego. Amen! W 1996 roku przypadał czternasty rok mojej kariery tanecznej i czwarty rok w szkole tańca Johnny Young Talent School. Dostałam wtedy solówkę w występie na zakończenie roku – byłam jedyną wśród tancerek z grupy seniorek, i jedyną osobą w Grupie Pokazowej, czyli najbardziej elitarnym zespole, która nigdy wcześniej nie dostąpiła tego zaszczytu, ale wreszcie nadszedł mój moment. Serio, uwierzcie mi na słowo. Co roku zakładałam na głowę perukę afro, ale teraz nawet nie mrugnęłam, kiedy obtarła mi czoło do krwi. Byłam gotowa, czekałam na tę pieprzoną solówkę od chwili narodzin, psiakrew! Pani Colleen co roku przygotowywała na koncert nowy zlepek z różnych musicali. I pisząc „zlepek”, mam na myśli to, że wybierała swoje ulubione piosenki ze swoich ulubionych musicali, na łapu-capu dobierała kawałki wypróbowanych choreografii z poprzednich koncertów i za nic miała spójność narracji i to, że masakrowała klasyki gatunku. A NAM SIĘ NA MAKSA PODOBAŁO! W tym roku tylko Grupa Pokazowa miała wystąpić w tej części koncertu. Któregoś razu, kilka lat wcześniej, wykonywaliśmy piosenkę z Grease. Julie, ładna blondynka, o której wspominałam wcześniej, miała zagrać rolę Sandy; Remi – jedyny heteryk w naszej grupce, którego mama i tata stworzyli nową definicję „rodziców na pokaz”, grał Danny’ego. Ja byłam jedną z różowych panienek pląsających w tyle sceny, udającą, że śpiewam (błędne!) słowa piosenki i usiłującą rozśmieszyć moją koleżankę Biankę. Innym razem mieliśmy tańczyć do numeru z West Side Story. Julie, ładna blondynka, grała Marię, Remi – heteryk, którego mama i tata stworzyli nową definicję „rodziców na pokaz”, był Tonym, i jestem całkiem pewna, że to właśnie w tamtym roku zdałam sobie sprawę, że mam dość szczęścia i talentu, żeby wcielić się w rolę wszystkich kolorowych postaci tańczących w tle. I wtedy nadszedł 1996, mój ostatni rok w szkole tańca. Na koniec roku przygotowywaliśmy Słodką Charity, klasyk z 1966 roku, a ja dostałam – uwaga, uwaga – GŁÓWNĄ ROLĘ. Bosssko, siossstro! Zostałam wybrana na Charity Hope Valentine w Słodkiej Charity. (Z dumą odrzuca włosy do tyłu). O dreszcz ekscytacji związany z moją prestiżową rolą w elitarnej Grupie Pokazowej pośród bandy przypadkowo dobranych muzyków przyprawiał mnie również fakt, że będę musiała dokonać niemożliwego i ogarnąć wszystkie błyskawiczne przebieranki w bocznej części sceny. Były one prawie tak ważne jak sam występ. Wymagały także PERFEKCYJNEGO planowania i OGROMNEJ odpowiedzialności. Zadanie związane z organizacją rekwizytów dla pozostałych tancerzy, którzy akurat występowali, powierzano wyłącznie tym, którzy zdawali sobie sprawę z istoty przedsięwzięcia. Większość tancerzy-solistów nie musiało zajmować się rekwizytami innych tancerzy, ponieważ soliści na koncercie byli postrzegani jako superbohaterzy jak lekarze lub Paula Abdul.

Pani Colleen: Potrzebuję tancerza, który pobiegnie z parasolką z jednego końca sceny na drugi podczas ostatniego chórku z Singing in the Rain. Celeste, dasz radę to zrobić?

Ja: Ojej, pani Colleen, nie dam rady. Muszę szybko się przebrać za kulisami i pewnie zdążę wrócić na…

Rozgląda się, chrząka, oczyszczając gardło i czeka, aż uwaga wszystkich skupi się tylko na niej.

Ja, cd.: MOJĄ SOLÓWKĘ!

(echo: lówkę, lówkę, wkę, wkę)

Jeśli stoi przed tobą wyzwanie polegające na błyskawicznej zmianie kostiumu za kulisami, musisz naprawdę się ogarnąć na wiele tygodni wcześniej, zanim twoi przyjezdni ciotka i wujek zdążą wpisać to sobie do kalendarza. Musisz odpowiednio ocenić najlepszy moment na „ustawienie” swojej BZK (błyskawicznej zmiany kostiumu – mam nadzieję, że nadążacie) – zanim występ się jeszcze rozpoczął, czy może najlepiej zrobić to w przerwie pomiędzy układami, kiedy trzylatki wykonują numer ze stepowaniem do muzyki z Jeziora Łabędzie­go (największy koszmar mojego ojca). Kolejny zasadniczy krok to powiadomienie wszystkich dookoła o tym, w którym miejscu zamierzasz umieścić swoje rzeczy, żeby przypadkiem nie napatoczyła się żadna „estradowa matka” z grubym notesem w ręce, gotowa pokrzyżować wszystkie twoje plany.

Moja mama przygotowała mi wtedy kostium na solówkę. Był to prosty czarny trykot, który zamówiła u lokalnego projektanta strojów kąpielowych, ale sprawiła, że nabrał charakteru. Kazała zrobić w nim wycięcie w kształcie diamentu tam, gdzie kończy się klatka piersiowa, a zaczyna brzuch i wyszyła go czarno-srebrnymi cekinami wzdłuż całego obwodu diamentu. Na moją solówkę miałam założyć na siebie to cudeńko wraz z parą cielistych czółenek zapinanych na kostce i czerwonym boa z piór, oczywiście. Zaraz po mojej solówce „Gdyby mogli mnie teraz zobaczyć” (HALO! Sztuka imituje życie!), musiałam przeprowadzić moją megaszybką i megaważną zmianę kostiumu. Pani Colleen nadzorowała Grupę Pokazową wykonującą kolejny ważny numer, „Burżuj”, bezpośrednio po mojej solówce, dlatego musiałam się pospieszyć. Nijak nie mogłam po moim scenicznym solo zostać jeszcze na piosenkę grupową, ponieważ piętnastolatka w towarzystwie reszty zespołu w wieku 13–17 lat występującej przed ojcami, wujkami i zielonymi z zazdrości przyjaciółmi rodzin w IDENTYCZNYCH mocno wyciętych kostiumach, takich samych jak ten wykorzystany w jej solówce – cóż, byłoby to zwyczajnie dziwne i wszyscy pewnie poczuliby się niekomfortowo. I w tym momencie na scenę wkracza ponownie Kath Barber oraz jej wszechstronne umiejętności obszywania wszystkiego cekinami. Powszechnie stosowaną metodą w przypadku BZK jest zdarcie z siebie kostiumu jednym, zdecydowanym ruchem (przydatne okazują się rzepy – to trick, w którym wyspecjalizowali się Chippendalesi. U nas wyglądało to podobnie, tyle tylko, że byłyśmy bardziej owłosione). Zazwyczaj przy zmianie kostiumu trzeba było błyskawicznie założyć lub zerwać z siebie spódniczkę, ale moja mama pomyślała o wszystkim! Miałam przygotowaną spódniczkę z lycry, którą wystarczyło na siebie wciągnąć w tym newralgicznym momencie. Spódniczka miała malutki rozporek z przodu po prawej stronie, który moja matka również obszyła czarnymi i srebrnymi cekinami, żeby odpowiadały motywowi przewodniemu tamtego wieczoru: mojego wieczoru. Pomimo że byłam całkowicie skupiona na mojej solówce, pamiętałam, żeby umieścić, gdzie trzeba lśniącą od cekinów czarną spódnicę z lycry i jazzówki z podzieloną podeszwą, które miałam założyć do „Burżuja”. Postanowiłam ulokować spódnicę i buty na ziemi zaraz pod sceną.

 

Dwa lata wcześniej nasz koncert na zakończenie roku został przeniesiony z klubu osiedlowego tuż za rogiem do hali Jupiter’s Casino na słonecznym wybrzeżu Gold Coast. Awansowaliśmy na wyższy poziom fajności – kasyno pełną gębą z tłumem turystów i starszych panów szukających zagranicznych żon. Nie jestem pewna, czy koncerty w kasynie na zakończenie roku szkolnego miały związek z nową nazwą naszej szkoły – Johnny Young Talent School, ale myślę, że zarówno nasz patron, jak i miejskie kasyno to równie podejrzane instytucje, dlatego awans mógł rzeczywiście mieć sens. Co roku mieliśmy innego konferansjera prowadzącego nasze show. Któregoś razu był to miś Humphrey B. z australijskich dobranocek (niemy niedźwiedź to rzeczywiście najlepszy kandydat na konferansjera), przy kolejnej okazji koncert prowadził Brad, syn pani Colleen – dlaczego nie? Jeszcze innym razem przy mikrofonie stał nasz nauczyciel śpiewu. Marzyłam o tym, żeby przejąć jego rolę: widziałam w tej pozycji potencjał Saturday Night Live, widziałam zaproszonych gości podchodzących do prowadzącego, to było coś, czego pragnęłam, zwieńczenie moich ambicji. Tamtego roku naszym konferansjerem został przypadkowy, starszy kabareciarz z okolicy. Jestem pewna, że nieźle się sprawdzał w latach dwudziestych, a jego kariera potoczyła się tak, że obecnie występował w roli prowadzącego wieczorki rozrywkowe na statkach wycieczkowych i pokazy tańca dzieciaków ze szkoły muzycznej. Moje kostiumy czekały w gotowości, właśnie skończyłam swoją solówkę, sorry – rzuciłam NA KOLANA moją publiczność, po czym wybiegłam za kulisy, wymijając slalomem moich nie-tak-znowu-profesjonalnych kolegów z zespołu, przepychających się w stronę sceny z krzesłami i znajdującymi się tam przypadkowo boami z piór, i szukając wzrokiem swoich rzeczy. Leżały grzecznie w miejscu, w którym je zostawiłam. A teraz, DO ROBOTY! W pośpiechu poprawiłam swoją perukę i pognałam w stronę ciuchów. Wtedy zauważyłam, że stoi na nich stołek. Nie ma sprawy, sięgnę pod wyżej wspomniany stołek, złapię co trzeba, narzucę na siebie i popędzę na scenę przy akompaniamencie pierwszych nut „Burżuja” – wprost na środek pierwszego rzędu, tam, gdzie moje miejsce, kurde! I właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że nasz konferansjer Stary Grubas Bez Talentu siedzi na stołku, uniemożliwiając mi sięgnięcie mojego celu. (Tak, z ust kobiety, to metafora). Stary Grubas Bez Talentu rozmawiał z właścicielem szkoły tańca: chciałabym móc powiedzieć, że to była panna Colleen, która z pewnością powstrzymałaby to, co miało się za chwilę wydarzyć, ale niestety nie była – był to kolejny Stary Grubas Bez Talentu. Wesoły duecik chichotał radośnie za kulisami podczas koncertu dzieciaków. Na mój widok uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo, a konferansjer powiedział:

Stary Grubas Bez Talentu: Czy coś się stało, kochanie?

Ja: Eee… muszę zabrać moje rzeczy.

SGBT: A gdzie one są?

Ja: Eee… pod stołkiem.

SGBT: Ojej.

Po czym spojrzał na drugiego Starego Grubasa Bez Talentu i szczerzył się do niego.

W tle rozległ się początek „Burżuja”: musiałam jak najszybciej zabrać rzeczy i natychmiast stąd znikać. Kiedy dotarło do mnie, co muszę zrobić, żeby sięgnąć po nie i zrozumiałam, dlaczego głupawe uśmieszki nie znikają z ich twarzy, zamarłam. Konferansjer nie spuszczał ze mnie wzroku i rozsiadł się wygodniej na stołku – pieprzonym stołku, przeszkadzającym mi w zabraniu ubrań jak kłoda na drodze mojej kariery! Stary skrzyżował ręce na piersiach, rozchylił nogi tak szeroko, jak tylko umożliwiły mu to jego starcze, trzeszczące biodra i zsunął krocze na sam brzeg stołka. "No, kochanie, nurkuj i bierz, co chcesz!" Zamarłam. No bez jaj. Podeszłam powoli do stołka, czując na sobie wzrok obu mężczyzn i natychmiast zrobiło mi się niedobrze. Kiedy byłam już blisko, schyliłam się, żeby wyciągnąć rzeczy tak szybko, jak było to możliwe. Konferansjer jeszcze bardziej rozłożył swoje krótkie, grube nogi i przybliżył krocze jeszcze bliżej mojej twarzy i jęknął, a drugi Stary Grubas Bez Talentu wybuchnął obrzydliwym rechotem. Pierdol się! – miałam ochotę wrzasnąć. Ale przed mną był mężczyzna, a ja byłam piętnastoletnim dzieckiem. Ale…pierdol się! Kiedy tylko chwyciłam za spódnicę, pomyślałam: „Wspaniale, udało się, mogę się szybko przebrać i zmykać stąd w podskokach. Opowiem o wszystkim po koncercie tacie i wujkowi Rayowi” – którego nie było tamtego wieczoru, ale z pewnością odbyłby siedmiogodzinną wyprawę w słusznym celu. – „Skopią tyłki tym dwóm zboczeńcom!” Cóż, a jednak nie występowaliśmy na O2 Arenie, chociaż zachowywaliśmy się, jakbyśmy tam byli i szybko się zorientowałam, że nie dysponujemy wystarczającą ilością miejsca za kulisami, i że moje przykre doświadczenie jeszcze nie dobieg­ło końca. Tak naprawdę, jak miałam się za chwilę przekonać, dopiero się zaczęło. Rozejrzałam się i zrozumiałam, że nie mam gdzie się przebrać. Mogłam to zrobić wyłącznie stojąc dokładnie naprzeciwko grubych, pojękujących i traktujących mnie przedmiotowo mężczyzn. Poczułam, jak zalewa mnie fala strachu. Mogłam opuścić numer – numer, który wiele dla mnie znaczył, mój pieprzony taniec – albo ubierać się na oczach tych dwóch wieprzy, którzy zdawali się być zachwyceni wprawianiem w zakłopotanie piętnastoletnich dziewczynek, straszeniem ich i odbieraniem poczucia bezpieczeństwa. Byli spragnieni uciechy, a moim obowiązkiem było im ją zapewnić. Przebierałam się ze spuszczoną głową, tak szybko, jak tylko potrafiłam. Przyglądali mi się przez cały czas. Spuścili ze mnie wzrok tylko na chwilę, żeby do siebie mrugnąć. Próbowałam skupić się na muzyce dochodzącej ze sceny, wiedząc, że im szybciej skończę ten niechciany pokaz za czarną kurtyną, tym szybciej wrócę na scenę i zatańczę w blasku reflektorów. Naciągnęłam na siebie spódniczkę, zmieniłam buty i ze łzami w oczach wbiegłam na scenę w czwartym takcie piosenki. Łzy po chwili zmieniły się w pot, w każdy ruch wkładałam całe serce, całkowicie zapominając o tym, co wydarzyło się przed chwilą, do tego stopnia, że zaczęło mi się wydawać, iż wszystko sobie wymyśliłam i nic takiego w rzeczywistości nie miało miejsca.

***

Wszystkie szalone historie Celeste znajdziecie w jej książce "Challenge Accepted!” Celeste Barber, wydawnictwo MUZA S.A

Książkę znajdziecie w dobrych księgarniach.