Srebrzysta przestrzeń w oddali zlewa się z bladym niebem, cienka linia horyzontu rozmyła się zupełnie w nieruchomym powietrzu. Jest połowa grudnia, właśnie przyjechałam do Estonii. Patrzę na Bałtyk z okna tallińskiej fortecy na wzgórzu Toompea. Nie tylko powietrze, także woda zastygła w bezruchu. Całą Zatokę Fińską ściął lód. W porcie, zazwyczaj pełnym promów i frachtowców, teraz uwijają się tylko lodołamacze. Zboczem wzgórza schodzą do portu ulice Dolnego Miasta. To część tallińskiej Starówki założona przez hanzeatyckich kupców. Z kolei Górne Miasto, otaczające zamek, zamieszkiwali szlachta i patrycjusze.

Miasta były niezależne, ogrodzone potężnym murem, łączyły je tylko dwie bramy wąskie niczym ucho igielne: na krótkiej i długiej nodze, czyli Pikk jalg i Lühike jalg. I bramy, i nazwy ulic pozostały niezmienione od wieków. Tallin jest jednym z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast. Nie ma jednak nic z muzealnej sztywności. W XIII-wiecznych kamienicach działają urzędy, szkoły, hotele, w zaułkach dzieci urządzają śnieżne wojny, w podwórkach lepią bałwany.

Na średniowiecznym bruku toczy się normalne życie, jak dawniej czuwa nad nim 26 strażniczych wież o murach grubości ponad czterometrowej. Port w Zatoce Tallińskiej musiał być dobrze strzeżony ze względu na strategiczne położenie – na skrzyżowaniu morskich szlaków. Było to jego błogosławieństwo i przekleństwo zarazem. Ten łakomy kąsek przez wieki z całą Estonią przechodził z rąk do rąk. Był pod władzą Duńczyków, Szwedów, rządził nim car Rosji, a od 1940 do 1991 roku okupowali Sowieci – bo tak Estończycy traktują przynależność ich kraju do Związku Radzieckiego. I choć w ciągu ośmiu stuleci Estonia była niepodległa zaledwie przez 40 lat, zachowała wszystko, co jest w niej wyjątkowe i niepowtarzalne – kulturę, język oraz zwyczaje.

Restauracja, w której delektuję się kawą z Vana Tallinn – tradycyjnym tutejszym trunkiem przypominają-cym nieco likier z aromatem cytrusów, wanilii i cynamonu – to jednocześnie oddział miejskiego muzeum. Na trzech piętrach nowoczesna sztuka miesza się z historią, łączą się smaki, tuż obok wieży Kiek in de Kok, co po estońsku znaczy tyle, co „zajrzyj do kuchni”. Nazwa nawiązywała do rycerzy krzyżowych, którzy z jej okien podglądali tallińskie kucharki, a do estońskiej kuchni warto zajrzeć. Pyszne sery, warzywa, świeże bałtyckie ryby serwowane są na setki sposobów.

Gdy wychodzę z ciepłego wnętrza, czuję igły mrozu na policzkach, ale też klimat miasta. Idę w kierunku Raekoja plats, centralnego placu tallińskiej Starówki. Choć dopiero wczesne popołudnie, zaczyna już zmierzchać. Jest cicho, nieco sennie. Ale wchodząc z półmroku ulicy na rozświetlony plac, przekraczam granicę innego, bajkowego świata. Bożonarodzeniowe kramy – właściwie drewniane chaty – uginają się od towarów: są słodycze, filcowe kapelusze, kapcie, lniane obrusy i tysiące innych różności. Sprzedawcy częstują gorącą zupą albo kapustą – tradycyjnymi świątecznymi przysmakami – i grzanym winem. Wszędzie unosi się zapach cynamonu, wanilii, słychać radosne „terwisex” – „na zdrowie”.

Na placu Ratuszowym przewodnicy pokazują miejsce, z którego widać pięć najważniejszych tallińskich wież. Pierwsza – wieża gotyckiego ratusza ze Starym Tomaszem na szczycie. Tomasz, wiatrowskaz, rzeczywiście jest stary, a na ratuszu stróżuje od 1530 r. Kolejna wieża kościoła św. Olafa, o wysokości ponad 120 m, pod koniec XV wieku była najwyższa na świecie. Rozpalane na niej światło prowadziło żeglarzy po całym wschodnim Bałtyku. Wieże kościoła św. Mikołaja, złote krzyże na kopułach prawosławnej katedry św. Aleksandra Newskiego i wreszcie baszta Długiego Hermana, na której powiewa narodowa flaga – jeśli je zobaczysz i pomyślisz życzenie, spełni się.

Życzenia spełnia też bożonarodzeniowe drzewko. Pierwsze stanęło na tym placu w 1441 r. Odtąd radcowie miejscy stawiają choinkę co roku, a dzieci co roku wieszają na gałązkach kartki z życzeniami. Im bliżej Wigilii, tym bardziej jest nimi ustrojona.

Na placu Ratuszowym jest jeszcze jedno miejsce magiczne: apteka. Założona w 1422 r, wciąż działa. Pięćset lat temu można było kupić w niej sproszkowany róg jednorożca, skórę dżdżownicy, mielone rubiny i kocie oczy. Legenda głosi, że pewien skąpy kupiec o imieniu Marek kazał aptekarzowi zemleć na mąkę okrawki migdałów, które zostały ze świątecznych smakołyków. Tak powstał marcepan, czyli chleb Marka ( po łacinie: Marcae panis). Dziś w tej aptece można kupić marcepanowe przysmaki, a nawet świąteczne ozdoby. Stoją na półkach obok współczesnych leków.

Estończycy podkreślają, że w ich kraju wszędzie jest blisko. Cała Estonia to obszar mniej więcej dwóch naszych województw, mieszka tu niecałe półtora miliona ludzi. Skoro jest blisko, opuszczam stołeczny Tallin i ruszam na wschód, do Tartu, w pewnym sensie najdalej na północny wschód wysunięte polskie miasto. Na przełomie XVI i XVII w. południowa część dzisiejszej Estonii była pod polskim panowaniem,Tartu miało nawet biało-czerwoną flagę nadaną przywilejem króla Stefana Batorego. Zanim w 1632 r. król Szwecji Gustaw II Adolf założył tutejszy uniwersytet, najstarszy w tej części Europy, działało już polskie kolegium jezuickie.

Sercem miasta oczywiście jest Rynek z barokowym ratuszem. Ale to nie on, lecz fontanna z figurą całujących się studentów stała się nieoficjalnym symbolem Tartu. Artystyczną atmosferę czuje się na każdym kroku. Tętnią życiem kafejki, sale koncertowe, teatry i galerie. Na ulicach widać mnóstwo młodych, roześmianych Estończyków. Z miejskich placów, gdzie urządzono lodowiska, dobiega muzyka. Łyżwiarze, sunący tanecznym krokiem na tle renesansowych kamienic, wyglądają, jakby byli wyjęci wprost z obrazów Pietera Breughla albo Hendricka Avercampa.

Łyżwiarstwo, obok nart biegowych, to niemal narodowa dyscyplina Estończyków. Na łyżwach jeżdżą wszyscy i wszędzie. Na lodowiskach, zamarzniętych jeziorach i rzekach, a nawet po lodzie w zatokach.

W Estonii po Bałtyku jeździ się na łyżwach, sankach, ale także... samochodami. Gdy pokrywa lodu jest wystarczająco gruba, zarząd dróg wytycza trasy, które prowadzą na wyspy i przylądki wprost po zamarzniętym morzu. Ruch na nich odbywa się tylko za dnia, samochody puszczane są co kilka minut, podczas jazdy nie wolno robić postojów. Na lodowym pustkowiu nie widać nic, żadnych innych aut. Tylko biały bezkres i od czasu do czasu znaki drogowe. Najbardziej popularna lodowa droga prowadzi z portu Rohukuela na wyspę Hiiumaa.

Lodowy przejazd trwa pół godziny, ale w pamięci zostaje o wiele dłużej – tak, jak i cała Estonia, jej atmosfera pogodnego spokoju, smaki i zapachy. Zapadają mi w pamięć tak głęboko, że zaraz po powrocie do Polski zaczynam za nimi tęsknić.