Fotografujesz łodzianki. Twój projekt zakłada portrety 101 kobiet. Połowa już stanęła przed Twoim obiektywem. Jakie są kobiety przed aparatem? 

Agnieszka Cytacka: Często zrzucają buty! (śmiech) Dla mnie to ważny znak, że czują się bezpiecznie i komfortowo przed moim obiektywem. A nie jest to proste, bo wszystkie sesje odbywają się w przestrzeni publicznej, w nieprzewidzianych okolicznościach, zdarza się, że w obecności przechodniów. To zupełnie inna sytuacja, niż praca w zamkniętym studiu, gdzie nikt i nic nie rozprasza skupienia. Jednak warto podkreślić, że ten projekt to nie tylko zdjęcia. To przede wszystkim spotkanie człowieka, który opowiada swoją historię z człowiekiem, który tej opowieści słucha. Zdarzyło mi się wielokrotnie usłyszeć, że w tym naszym spotkaniu było coś terapeutycznego, że ta sesja dobrze mojej bohaterce zrobiła, że poczuła się kobieco, pięknie i pewnie siebie. „Nie wiem, czy przyświecał Ci taki cel, ale wzmacniasz te kobiety mentalnie. Czują się jak gwiazdy” – taką wiadomość dostałam od męża jednej z bohaterek.

Pięknie. Można powiedzieć „uzdrawianie przez fotografowanie”.

Tak, choć mogłoby się wydawać, że kobiety, które zapraszam do projektu nie mają kompleksów, z których mogłyby się leczyć. To silne babki, które tworzą to, co dla więzi społecznych jest najważniejsze – kulturę, edukację, projekty pro-kobiece. Jednak dziś nie dziwią mnie już żadne kompleksy, bo nie spotkałam jeszcze nikogo, kto byłby ich całkowicie pozbawiony. Podczas tych pięćdziesięciu sesji doświadczyłam całego spektrum kobiecych przypadłości, które sama doskonale rozumiem. Począwszy od aspektów związanych z wyglądem i samopoczuciem (okres, gorszy dzień, pryszcz, kilka kilogramów do zrzucenia), na troskach dnia codziennego kończąc (niewyspanie, praca, dziecko, które trzeba zaraz odebrać z przedszkola). 

Wspomniałaś o tym, że zdjęcia nie są robione w studio, ale w przestrzeni publicznej. Skąd taki pomysł?  Często traktujemy przestrzeń miejską trochę po macoszemu, nie zwracając uwagi na plac, przez który idziemy, skwer obok domu, itp. Natomiast w Twoim projekcie miasto odgrywa ważną rolę. Jak widzisz relację człowiek – miasto? Czym jest dla Ciebie przestrzeń miejska?

Odkąd pamiętam, fascynują mnie miejskie topografie. Zaczęło się od rozważań literackich, kiedy pisałam pracę magisterską o Łodzi jako mieście melancholii w kategoriach kulturoznawczych. Uwielbiam włóczyć się po nowych miejscach, szwendać się po ulicach, placach, zbaczać z głównych traktów i gubić się w zakamarkach. Moja fotografia zrodziła się właśnie podczas takich ulicznych peregrynacji, z obserwacji świata podczas podróży. Z czasem zauważyłam, że coraz częściej i chętniej podpatruję ludzi. Zafascynował mnie człowiek w krajobrazie. To, jak wygląda i jak zachowuje się w przestrzeni. Czy jest jej częścią, czy wyróżnia się na tle, czy wtapia się w otoczenie? Nieustannie intryguje mnie kwestia tożsamości i tego, jak przestrzeń wpływa na osobowość czy sposób bycia i życia. 

I tak powstał wyjątkowy obraz relacji człowiek-miasto. A właściwie nie obraz, a atlas.

Tak, atlas miejsc i kobiet. Sam tytuł inspirowany jest dziełem “The Atlas of Beauty” Mihaeli Noroc, rumuńskiej fotografki i podróżniczki. Jej bohaterki spotykane są przez nią na ulicy, moje wybierają swoją ulubioną przestrzeń w mieście i tam robimy zdjęcia. Kiedy zaczynamy się nad tym zastanawiać, rodzą się niezliczone pytania. „Czy to ja wybrałam miejsce, czy ono mnie? Dlaczego to miejsce jest moim miejscem? Czym jest dla mnie miasto?”. Do tej pory wchodziłyśmy na najwyższe dachy, przemierzałyśmy graniczne rzeczki, spacerowałyśmy po tłocznych ulicach i zapomnianych uliczkach, wspinałyśmy się po drabinach i schodziłyśmy do piwnic. Były zdjęcia w pałacach, wytwornych kamienicach i totalnych ruinach, w lasach, muzeach, szkołach, teatrach, cmentarzach, kościołach, stajniach, fabrykach, targach i bazarach. Inwencja moich bohaterek nie zna granic. A trzeba dodać, że każdej takiej sesji towarzyszy opowieść, historia bohaterki. „Łodzianki. Atlas Piękna” to osobliwa narracja o mieście, kronika miasta widziana oczami stu kobiet, które się tu urodziły lub które Łódź wybrały jako swoje miejsce do życia i pracy.

W swoim projekcie skupiasz się na jednym miejscu, a podstawowym kryterium dla wyborów bohaterek jest, jak rozumiem, ich miejsce zamieszkania, którym jest Łódź. Czy można jakoś scharakteryzować Łodzianki, które fotografujesz?

Do projektu zapraszam aktywne kobiety, które działają na rzecz innych kobiet, kultury i na rzecz miasta właśnie. Łódź nazywana jest Miastem Kobiet i moje doświadczenie absolutnie to potwierdza. Mam jednak, niestety, takie smutne przeświadczenie, że ta kobiecość przejawia się bardziej w demografii niż w aspekcie hierachii ważności. Co prawda Łódź jako jedyne z dużych polskich miast ma prezydentkę, ale poza tym sytuacja już tak pięknie nie wygląda. Większość wysokich i ważnych stanowisk obsadzonych jest przez mężczyzn. Mój projekt powstał niejako z aktu niezgody na tę sytuację. Chciałam pokazać kobiety, które stoją za wielkimi rzeczami, ale same pozostają nieco w ukryciu. Oczywiście w Atasie pojawiają się również rozpoznawalne w przestrzeni publicznej twarze, takie jak prezenterki telewizyjne czy aktorki.

W kontekście kobiet Łódź to miasto o tyle osobliwe, że przez lata kobiety tworzyły trzon tutejszego przemysłu. Mam na myśli włókienniczą historię Łodzi.

To prawda, choć w swoim projekcie nie chcę skupiać się na włókienniczej historii Łodzi, mimo że to ona ukształtowała współczesny charakter miasta. Feminizacja Łodzi jest pokłosiem przemysłu tekstylnego, z którego upadkiem miasto na kilka dekad pogrążyło się w maraźmie. Włókniarki wówczas nie wyszły z kilofami na barykady jak górnicy czy stoczniowcy. Mężczyźni zawsze byli bardziej mobilni, mogli zostawiać żony z gromadką dzieci, by walczyć o swoje. Kobiety z fabryk na podwójnym etacie każdego dnia najpierw musiały kombinować, co włożyć do garnka, potem iść do pracy w fabrykach. Na walkę o swoje prawa nie starczało już miejsca. Choć historia zna i takie doświadczenia. Niewiele osób słyszało o marszu głodowym w 1981 roku, który był przecież największą demonstracją uliczną w okresie PRL, strajkiem łódzkich włókniarek, które wyszły na ulice w proteście m.in. przeciwko podwyżkom cen żywności. Myślę, że ta historia sporo mówi o łodziankach – kobietach, które w pierwszej kolejności myślą o zaspokojeniu bytu najbliższych i wtedy potrafią walczyć do upadłego. Ale kiedy trzeba zawalczyć o swoje i o siebie, pojawiają się wątpliwości. W Łodzi tę kobiecą cechę widzę nazbyt często.

Co najbardziej lubisz w fotografowaniu kobiet?

Różnorodność. W kobietach dostrzegam więcej szczególnych drobiazgów, lubię ich bogaty w detale anturaż. To, że panie chętniej wchodzę w sytuację fotograficzną, też ma duże znaczenie. Portrety są wspólną pracą. To energia dwóch osób. Ale też wiem z autopsji, co dla kobiet jest ważne. Jedna z moich bohaterek powiedziała mi, że fotografujący ją mężczyźni nigdy nie zwracali uwagi na to, co ja, a co jest dla niej ważne z kobiecego punktu widzenia. Inna powiedziała, że w tych zdjęciach jest pewność siebie i kobiecość, ale nie ma ani nuty erotyzmu. Myślę, że w wielu przypadkach wytwarza się między nami siostrzana więź. Czuję autentyczną radość, kiedy dziewczyny oglądają zdjęcia, które im zrobiłam i mówią: „wow, te zdjęcia są wyjątkowe. Od razu poczułam się piękniejsza”, „W życiu nie wyglądałam lepiej”, „na tych zdjęciach jest mi najbliżej do siebie”. A trzeba pamiętać, że działając w przestrzeni publicznej, często improwizujemy. I chyba to właśnie te rzeczy, których nie mogę przewidzieć, ekscytują mnie w fotografii najbardziej. Robię zdjęcia, żeby ocalić od zapomnienia chwile, które inaczej uleciałyby z mojej ażurowej pamięci. Jest też w tym jakaś pycha wynikająca ze świadomości, że nikt nigdy nie zobaczy tej chwili tak, jak ja. Że nikt nigdy nie uchwyci tej kobiety tak, jak ja.

I chyba właśnie w tej ulotności kryje się piękno. Piękno, które Ty możesz uchwycić aparatem.

Tak, to prawda. Uwielbiam szukać piękna. Właściwie, gdy się nad tym zastanowić, nic innego nie ma większego znaczenia. Poza tymi ulotnymi przebłyskami, kiedy ktoś lub coś wydaje mi się piękne. A piękno jest szalenie ambiwalentne, kryje się w kontrastach. Przynajmniej ja tak je widzę. Może dlatego nieustająco kocham Łódź.

No właśnie, Łódź to ciekawe miejsce dla projektu o pięknie, bo to miasto, którego piękno jest bardzo nieoczywiste. Mnóstwo w nim obskurnych kamienic, które czasy świetności mają dawno za sobą.

Dla mnie piękno kryje się w nieoczywistości. A Łódź taka właśnie jest. Nigdy nie wiadomo, czego się po niej spodziewać. To miasto do bólu eklektyczne. Miasto fabryk i pałaców, secesyjnych i modernistycznych kamienic stojących ramię w ramię z ruderami. Miasto kominów i drzew. Miasto bez centrum, zagubione we własnej przestrzeni i tożsamości. Miasto z mglistą pamięcią czterech kultur i dzisiejszymi nowymi kulturami. Teraz odkrywam je na nowo, a raczej w ogóle poznaję. Dziewczyny zabierają mnie do takich miejsc, o których nie miałam pojęcia lub które widziałam z zupełnie innej perspektywy. To niesamowite, jak rzadko schodzimy ze swoich utartych ścieżek czy kilku ulic, które wyznaczają nasz codzienny rytm. Łódź zaskakuje mnie na każdym kroku.

“Łodzianki. Atlas Piękna” ma też społeczno-obyczajowy wymiar – by wzmacniać kobiety, akcentować ich obecność w mieście i pokazywać kolejnym pokoleniom dziewczyn, że kobiety współtworzą rzeczywistość i budują społeczeństwo w stopniu nie mniejszym niż mężczyźni. Jak widzisz nasze, kobiet, miejsce dziś? Sporo Twoim zdaniem tego szklanego sufitu jeszcze nad nami?

Mój projekt, który realizuję w ramach stypendium artystycznego Prezydent Miasta Łodzi, rzeczywiście jest dość gruntownie przemyślany i traktuję go jako symboliczne działanie na rzecz kobiet w Mieście Kobiet. To 101 kobiet, 101 sesji fotograficznych, 101 łódzkich plenerów, 101 historii na 101. rocznicę uzyskania przez Polki praw wyborczych. Wiadomo, jak jest z rocznicami. Szybko o nich zapominamy i wracamy do codzienności. A ja chciałabym, żeby to fetowanie miało głębszy wymiar, żeby nie było jedynie goździkiem na Dzień Kobiet. Nasze antenatki musiały pokonać wiele trudności, by wyjść z kuchni i zaistnieć w sferze zarezerwowanej niegdyś głównie dla mężczyzn. Przez wiele lat nie zdawałam sobie z tego sprawy, czerpiąc swobodnie ze zdobyczy społecznych naszych babek. W sferze symbolicznej uzmysłowił mi to dopiero język hiszpański i zwrot el hombre público, czyli mąż stanu, mężczyzna działający w sferze publicznej, cieszący się poważaniem i władzą. Z kolei la mujer pública – ten sam przymiotnik – to prostytutka. Myślę, że każde zaznaczenie obecności kobiet w przestrzeni publicznej stanowi fundamentalny obowiązek obywatelski. Kobiety zawsze odznaczały się siłą i inteligencją, ale zmuszane były do niewłaściwego używania tych supermocy. Musiały lawirować między prawami mężczyzn, zużywać swoją energię na próby przechytrzenia patriarchalnego systemu, zamiast jawnie i bez skrępowania pracować na własny rachunek. Boję się jednak, że wiele obecnych działań dywersyfikuje społeczeństwo i zamiast dążyć do równowagi i harmonii, bezempatycznie szkaluje adwersarzy, czy to na poziomie politycznym: prawak-lewak, czy na poziomie płciowym: mężczyzna-kobieta. Stąd natomiast niedaleko do radykalizmu, który jest bardzo niebezpieczny. Głęboko jednak wierzę, że mądra i piękna koegzystencja jest możliwa. Na koniec pozostawię do refleksji bliskie mojemu pojmowaniu rzeczywistości słowa Rayhany, algierskiej reżyserki, która powiedziała, że jest feministką z miłości do mężczyzn. 

Dziękuję za rozmowę, Agnieszko. Twój projekt jest pięknym dowodem na to, że siła jest kobietą. Wszystkiego dobrego!