Są święta Bożego Narodzenia, które pamięta pani szczególnie?

AGNIESZKA DYGANT: Te spędzone w dzieciństwie u babci. Moja mama ma aż dziesięcioro rodzeństwa, większość cioć i wujków ma z kolei swoje dzieci, więc to były prawdziwe świąteczne zjazdy. Pamiętam, że zawsze wstydziłam się momentu składania życzeń. A niestety, w naszej licznej rodzinie ten „moment” ciągnął się w nieskończoność. Krępowało mnie, że każdemu trzeba coś mądrego życzyć, a mnie się wydawało, że nie mam nic sensownego do powiedzenia. Przeżywałam katusze, bo brakowało mi inwencji do wymyślania kolejnych atrakcyjnych formułek. To były pierwsze lekcje aktorstwa w moim życiu (śmiech). Jedne święta szczególnie utkwiły mi w pamięci. Była wyjątkowo mroźna zima i napadało tyle śniegu, że musieliśmy z babcią i dziadkiem jechać w odwiedziny do ciotki saniami. Było ciemno, a my przejeżdżaliśmy obok ruin starego spalonego domu, w którym straszy. Na wsi mówiło się, że podczas pożaru w tym domu spłonęła źrebna kobyła. Od tamtej pory nazywano to miejsce Zieloną Źróbką. No i jedziemy tymi saniami, zbliżamy się do Zielonej Źróbki, a ja umieram ze strachu. Nagle nasza kobyła, która ciągnęła sanie, poślizgnęła się i razem z babcią i dziadkiem wylądowaliśmy w śniegu. Do dziś jestem przekonana, że to sprawka Zielonej Źróbki (śmiech).

Przygotowuje pani potrawy wigilijne?

AGNIESZKA DYGANT: Nie. Wigilię co roku tradycyjnie przygotowuje moja mama. Pewnie to się zmieni, kiedy sama zostanę mamą. Na razie lenię się całe święta jak mops. Ja w ogóle niezbyt często gotuję. A jeśli już, to raczej coś spektakularnego. Lubię popisywać się przed znajomymi jakimś superdaniem, na przykład tajską zupą albo oryginalną sałatką. A już najbardziej lubię, kiedy moi goście najedzą się jak bąki i prawią mi komplementy w stylu: „Aga, ta zupa to rewelacja! Jesteś genialna!”.

"Często słyszę, że teraz jest czas mocnych kobiet, które dominują nad mężczyznami. Ja nie chcę nikogo dominować ani przez nikogo być dominowana. I tyle."

Potrzebuje pani wzmożonej uwagi?

AGNIESZKA DYGANT: No jasne, że tak. W końcu jestem aktorką. A mówiąc poważnie, różnie to bywa. Granie pochłania mnóstwo energii. Rano, gdy wchodzę na plan, lubię odstawić mały show przed ekipą, żeby się nakręcić i dowartościować. Znacznie łatwiej mi pracować, kiedy czuję, że jestem akceptowana. Ale poza pracą jest raczej w normie.

Czy jako nastolatka zaczęła pani śpiewać punk w zespole Dekolt, aby również zwrócić na siebie uwagę?

AGNIESZKA DYGANT: Na początku byłam przekonana, że chodzi o „The Colt”, czyli pistolet. Wydawało mi się, że to idealna nazwa dla punkowej kapeli. Dopiero później chłopaki z zespołu oświecili mnie, że im chodzi po prostu o biust. Nie wydaje mi się, że zaczęłam śpiewać punka po to, by zwrócić na siebie uwagę. Janki i Raszyn, w których się wychowałam, były w tamtym czasie „zagłębiem punkowców”. Co można było innego robić, jak nie zostać jednym z nich? Zresztą moje punkowanie nigdy nie przybrało jakichś form esktremalnych, nie chodziłam z czubem na głowie, nie połykałam żyletek. Po prostu malowałam sobie czarne krechy na powiekach i zakładałam ramoneskę. Tak naprawdę byłam bardzo grzecznym dzieckiem pośród punków (śmiech).

I zapewne czyhało tam również dużo uzależniających pokus?

AGNIESZKA DYGANT: Sporty ekstremalne nigdy mnie nie pociągały. Do dziś jestem uzależniona jedynie od słodyczy i sprzątania. Oglądam serial „Gotowe na wszystko” – tam jedna z bohaterek, Bree, grana przez Marcię Cross, ma fioła na punkcie czystości. U mnie jest podobnie, choć mam nadzieję, że nieco mniej psychopatycznie (śmiech). Ale faktem jest, że choćbym nie wiem jak była skonana, kiedy zobaczę kątem oka, że na balkon nawiało liści, jestem w stanie paść na kolana i szorować do północy.

"Wolę krótką i oczyszczającą awanturkę od noszenia w sobie tygodniami jakiegoś niewyartykułowanego żalu."

Czy ma pani również tendencję do czyszczenia otoczenia wokół siebie?

AGNIESZKA DYGANT: Staram się nie mieć „zachwaszczeń” w relacjach z innymi ludźmi. Nie lubię niedomówień. Zdecydowanie wolę krótką i oczyszczającą awanturkę od noszenia w sobie tygodniami jakiegoś niewyartykułowanego żalu. Chociaż myślę, że z wiekiem staję się coraz bardziej stonowana. Kiedyś miałam większą potrzebę akcentowania własnego zdania na każdy temat.

Siłę ma pani po mamie?

AGNIESZKA DYGANT: Nie wiem, czy siłę. Moja mama jest witalną i temperamentną kobietą. Nauczyłam się od niej, że nie ma co roztkliwiać się nad sobą. Gdy coś jest nie tak, szybko reaguję i natychmiast szukam rozwiązania problemu. To raczej pragmatyzm, a może i siła?...

Silne kobiety odstraszają mężczyzn. Umie pani bez nich funkcjonować?

AGNIESZKA DYGANT: Sprytnie mnie pani podchodzi. W ogóle ostatnio nie przepadam za określeniem „mocna” czy „silna” kobieta – jego znaczenie bardzo się wyświechtało. Często słyszę, że teraz jest czas mocnych kobiet, które dominują nad mężczyznami. Ja nie chcę nikogo dominować ani przez nikogo być dominowana. I tyle.

Kiedyś pani powiedziała, że czeka na rolę, która panią przeczołga.

AGNIESZKA DYGANT: O rany... ja w ogóle dużo dziwnych rzeczy kiedyś mówiłam (śmiech). W każdym razie na pewno Niania mnie trochę przeczołgała. Pamiętam, że pierwszy dzień na planie był straszny. Grałam od sasa do lasa. Wszystko mi przeszkadzało. Czułam się, jakbym miała 12 rąk i 16 nóg. Do tego szpilki, fryzura, krótkie spódnice, zawrotna ilość tekstu do nauczenia. Koszmar. A miało być na luzie i po amerykańsku.

Ma pani już pomysł na sylwestra?

AGNIESZKA DYGANT: Nie lubię planować imprez, a zwłaszcza zakładać, że się będę na nich doskonale bawić. Więc z sylwestrem mam wybitny problem. Pamiętam, że kiedyś z miesięcznym wyprzedzeniem przyjęłam zaproszenie na bal. Z początku pomysł wydawał się fajny, ale im bliżej było do „godziny W”, presja była większa. W dniu sylwestra dałabym wszystko, żeby tylko nigdzie nie iść. Odechciało mi się czegokolwiek, marzyłam, by zostać w domu. Ale bilet był kupiony, w dodatku wcale nie tani. No i w końcu poszłam i było koszmarnie (śmiech). Dlatego w tym roku z sylwestrowymi planami będę czekała do ostatniej chwili. Może się zdarzyć, że o godz. 22 ktoś zadzwoni z fajną propozycją? Albo ja spontanicznie zadzwonię do przyjaciół i powiem: „Chodźcie do mnie, otwieramy szampana”. U mnie jednak musi być impuls.

W pracy też kieruje się pani impulsem?

AGNIESZKA DYGANT: Raczej intuicją. W moim zawodzie trudno coś planować. Po prostu pewnego dnia dzwoni telefon i tak to się zaczyna...

Fotograf: Marek Straszewski.
Stylizacja: Agnieszka Maciejak.
Makijaż: Tomek Kocewiak/Lancôme.
Fryzury: Kacper Rączkowski/D’vision Art.
Tanktop, GAP; spodnie, kolekcja Lexus IV, Agnieszka Maciejak; pantofle, Simple; kolia, kolczyki, pierścień, bransolety, Fozailoff, Hilton Hotel Warsaw, ul. Grzybowska 63 w Warszawie.