Przez wieki, role życiowe kobiet były bardzo jasno powiązane z ich predyspozycjami biologicznymi. Kobiety zostały obdarzone przez matkę naturę, układem rozrodczym, więc pośrednio wszystko co związane z dbaniem o przetrwanie gatunku mocno determinowało ich codzienność. I tak setkami lat przyjęte było w społeczeństwie, że główną kobiecą misją życiową jest macierzyństwo i co za tym szło – bycie w domu z dzieckiem i jego prowadzenie. Zadaniem mężczyzn natomiast było utrzymywanie domu. Przez dziesiątki lat walki kobiet o równouprawnienie, starałyśmy się wywalczyć z płcią przeciwną, aby fakt biologicznego przygotowania do płodzenia potomków nie był determinujący we wszystkich życiowych obszarach. Chciałyśmy z powodzeniem pracować także poza domem, korzystać z oferty edukacyjnej, rozwijać się w obszarach nauki i współtworzyć ten świat na równych prawach, jak mężczyźni. To prawda, że sytuacja w wielu krajach poprawiła się na tyle, aby kobiety samodzielnie mogły decydować o tym, jaką drogę zawodową wybierają i pomimo „szklanego sufitu”, coraz więcej kobiet kieruje dużymi firmami i odnosi sukcesy na skalę nie tylko lokalną, ale i międzynarodową.

Teoretycznie, świat staje powoli dla nas „otworem”. Jednak niewiele mówi się o cenie jaką my kobiety płacimy za te kroki ku zmianie. O ile, do coraz większej ilości rzeczy mamy prawo, o tyle nie jest tak, że zwalnia się nas czy wyróżnia w zakresie tego, że jest nam w kilku obszarach dużo ciężej. Przecież zostałyśmy obdarzone przez naturę instynktem macierzyńskim, a więc niezależnie od pragnień zawodowych, zegar biologiczny nie przestaje nam tykać. Jeżeli kobieta chce mieć dziecko to musi poświęcić dużo więcej niż mężczyzna. Może więc nie tylko równo powinnyśmy być traktowane, ale nawet i lepiej?

Z drugiej strony, dlaczego te kobiety, które nie decydują się na dziecko miałyby być traktowane gorzej? Instynkt macierzyński działa, comiesięczne okresowe zmagania z PMS-em też i wahania nastrojów, przekwitanie i wahania hormonalne. Życie kobiety toczy się w rytmie zegara biologicznego, a do tego dochodzą kwestie społeczne i presja na to, by przedłużać gatunek.

Polska jest jednym z krajów, gdzie tradycyjne podejście do życiowych ról kobiety wciąż króluje. Na naszych sztandarach powiewa „Matka Polka”, zestawiana nierzadko nawet z wizerunkiem Matki Boskiej. Rządowe działania 500+ wprost faworyzują kobiety, które decydują się na poświęcenie dużej części swojego dorosłego życia właśnie dzieciom. Z jednej strony to docenianie kobiecego poświęcenia, ale z drugiej to wyróżnianie jednych kobiet, a spychanie na margines tych, które nie zdecydowały się na macierzyństwo. Kobiety nieposiadające dzieci nie dostają żadnego wsparcia finansowego, a przecież tak samo płacą podatki, z których potem korzystają zarówno rodzice, jak i ich dzieci np. przy okazji urlopów macierzyńskich, służby zdrowia, przedszkoli czy placów zabaw. Wydaje się, że mało kto zastanawia się nad tym jak żyje się kobiecie przed czterdziestką, która nie ma dzieci. Pamiętajmy, że z jednej strony to może być jej świadoma decyzja, ale jest także duża część kobiet, która tych dzieci po prostu mieć nie może.

Przykładem jest Agnieszka, która ma 40 lat. Rodzina nie męczy jej pytaniami o dziecko, ale kiedy była na USG lekarz zapytał o fakt posiadania dzieci i zaprzeczyła, zapytał ją wprost, dlaczego i czy to dlatego, że „chłopa sobie nie znalazła”. Agnieszka ma za sobą poronienie, ale o to już lekarz nie spytał. Mieszka ona na stałe w Londynie, gdzie pytanie o dzieci zaliczane jest do faux pax. Zachowanie lekarza było więc dla niej tym bardziej szokujące. W Polsce niestety takie komentarze nie są rzadkością.

Anna ma 42 lata i dwójkę dzieci. Trzecią ciąże poroniła pod koniec drugiego miesiąca. Ginekolog w szpitalu zapytała: czy przypadkiem nie jest tak, że specjalnie to poronienie wywołała, bo nie chce mieć kolejnego? A na wizycie kontrolnej natomiast jedna z pielęgniarek sugerowała do koleżanki, że może nagłe krwawienia teraz wynikają z zabiegu nielegalnej aborcji, bo „bizneswoman nie w głowie dzieci”.

Monika ma 36 lat. Nie chce mieć dzieci. Niestety od jakiegoś czasu zmagała się z krwawieniami w środku cyklu. Kiedy próbowała ustalić powody krwawień, pani doktor ginekolog w jednej z prywatnych przychodni, stwierdziła, że jest „nieródką” więc nie powinna się dziwić. Wprost powiedziała, że jak chce nie mieć problemów i nie zacząć nagle przekwitać to powinna jak najszybciej zajść w ciąże, bo „jako kobieta jest do tego właśnie stworzona i niech nie gada tych feministycznych głupot”.

Dagmara ma 36 lat, jest prawniczką z Warszawy. Zdarzały się jej pytania od koleżanek czy nie ma problemu z tym, że nie ma dzieci. Mówi, że bardziej od tego „czy?” nurtuje ją pytanie „z kim?”. Śmieje się, że gdy lekarz na badaniu kontrolnym powiedział jej, że jest w takim wieku, że już powinna pomyśleć o dziecku, to odpowiedziała mu: „dziękuję Panie doktorze, pomyślę ;)”.

Wydaje się więc, że pomimo tego „wolnego” wyboru, nie za miło ta „wolność” smakuje. W Polsce bycie bezdzietną panną postrzegane jest nie najlepiej. I to niestety bardzo często krytycznie odnoszą się do bezdzietnych kobiet, inne kobiety… Dyskryminacja w pracy przez koleżanki… w tramwaju oczekuje się, że zawsze ustąpią miejsca matce z dzieckiem, tak jakby nie miały prawa być nigdy zmęczone.

Kobiety niezależnie czy są matkami czy nie, mierzą się z całą masą trudności. Może więc warto abyśmy, wspierały się na wszystkich polach i szanowały nasze życiowe wybory. Czy niefajna byłaby taka wymiana: Ja dziś zostanę dłużej w pracy, byś ty mogła pojechać z maluchem do lekarza, a Ty jutro zostaniesz dłużej, żebym ja zdążyła do fryzjera przed wieczorną randką? Nikt tak nie wesprze kobietę, jak druga kobieta. Dajmy więc sobie dużo zrozumienia i szanujmy siebie. Bądźmy dla siebie uważniejsze i okazujmy sobie zrozumienie w tym wciąż bardzo męskim świecie.

Autor: Karolina Jarmołowicz - psychoterapeuta i socjolog z Ośrodka CENTRUM, ekspert portalu znanylekarz.pl