Julia Lubecka, Kobieta.pl: To był dla Pani rok Netflixa, Na platformie najpierw mogliśmy oglądać „Jak pokochałam gangstera”, później „Poskromienie złośnicy”, a niedawno premierę miał film „365 dni: ten dzień”. Czy widzi Pani różnicę między planem i filmem Netflixa, a „tradycyjną” produkcją?

Magdalena Lamparska: W realizacji filmu nie ma różnicy, dlatego że często są to produkcje realizowane na zlecenie Netflixa przez polskich producentów. Widzę natomiast różnice w postprodukcji i promocji. Netflix jest bardzo zdecydowany w postprodukcji swoich projektów i doskonale wie czego jego widz, który ma subskrypcję potrzebuje.

J.L: Druga część „365 dni” pojawiła się na platformie 27 kwietnia. Gra tam Pani najlepszą przyjaciółkę Laury, pewną siebie i bardzo szaloną Olgę. Mówiła Pani, że w rolach najbardziej Panią interesuje przekraczanie granic. Czy rola Olgi też była chęcią wyjścia ze strefy komfortu i przełamania wizerunku „dziewczyny z sąsiedztwa”? 

M.L: Na pewno Olga pomogła mi przełamać ten wizerunek i zaczęłam dostawać bardziej dojrzalsze, kobiece propozycje. Wydaje mi się, że grając tę postać jestem wizualnie oderwana od swojego wizerunku. Trudno mnie w niej rozpoznać. Stąd też pierwsza część była dla wielu szokiem. Mówili: „jej, serio to Magda Lamparska?”. To oczywiste, że aktor szuka sobie takich ról, które są zupełnie oderwane od jego emploi. „365 dni” to jest dla mnie przygoda, którą mogłam przeżyć i dobra aktorska zabawa.

J.L: Krystyna Janda powiedziała, że jest Pani w stanie zagrać wszystko. Czy to „wszystko” jest pewnego rodzaju ambicją, czy jednak istnieją rolę, których by Pani nie przyjęła?

M.L: Usłyszeć takie słowa od Pani Krystyny Jandy to jest spełnienie marzeń dla każdego aktora. Jest mi ogromnie miło, ale wiem, że wiele przede mną, zarówno doświadczenia, jak i nauki. Ciężko mi jest o sobie się wypowiadać, czy mogłabym zagrać wszystko. Na pewno chciałabym grać różnorodne role oraz sprawdzać się w różnych konwencjach filmowych. „Jak pokochałam gangstera” jest filmem gangsterskim. Dotykamy lat 80, 90. Potem kolejny projekt, „Poskromienie złośnicy” - romantyczna historia o tym, że wciąż warto wierzyć w miłość. Film „365 dni” to natomiast thriller erotyczny. W każdym projekcie posługujemy się inną konwencją, nie tylko aktorską, ale też filmową. Każdy projekt wymagał użycia innych środków wyrazu, innego przekazu. Właśnie ta różnorodność dla mnie w zawodzie jest najbardziej interesująca.

Magdalena Lamparska w filmie "Jak pokochałam gangstera"

Zobacz także:

J.L: Wiem, że mocno fascynują Panią historie kobiet. Zwłaszcza jednej - Poli Negri. To dzięki koleżance z liceum poznała Pani jej biografie, ale co w jej historii tak mocno Panią poruszyło, że postanowiła Pani poświęcić jej nie tylko pracę magisterską, ale też 7 lat ciężkich badań?

M.L: Bardzo dziękuję za to pytanie. W postaci Poli Negri zobaczyłam coś ponadczasowego, co mnie niezwykle zaintrygowało. Do tego stopnia, że postanowiłam zbadać jak to rzeczywiście było i czy wspomnienia w jej pamiętniku - „Pamiętniku gwiazdy”, który dostałam od przyjaciółki, są prawdziwe. Zaczęłam dokładną pracę badawczą nad jej życiorysem, kiedy już na początku książki aktorka podaje fałszywą datę swoich urodzin. Robi to po to, żeby urodziny Apolonii Chalupec otwierały nową epokę - epokę Poli Negri. Można powiedzieć, że w pamiętniku aktorki tych rozbieżności z faktami jest bardzo wiele. Jest ona osadzona na melodramacie lat 20. Każda miłość byłą najlepszą, każda jej rola była najwspanialszą. Jednak to niezwykle fascynujące, że jedyna Polka z Lipna dostała się do Hollywood i jej nazwisko widnieje w Hollywoodzkiej Alei Gwiazd, a jej dłonie i stopy są odciśnięte pod Chinese Theatre.

Książka była dla mnie interesująca nie tylko dlatego, że jest perspektywą aktorki opowiadającej o aktorce, ale również kobiety opowiadającej o kobiecie. Pojawiały się różne pytania. Czy warto oddać wszystko dla marzenia? Czy za sukces zawodowy trzeba zapłacić szczęściem prywatnym? Cieszę się, że udało mi się zrealizować jedno z moich największych marzeń. Mam poczucie, że Pola Negri zrobiła coś, co dla wielu wydawało się niemożliwe.. Musiała jednak za to zapłacić bardzo dużą cenę. Zależało mi na tym, żeby to nie była wykreowana ikona, tylko realna osoba, która tu i teraz może nas czegoś nauczyć. 

J.L: W książce mówi Pani, że odczarowuje Polę Negri. Chciała ją Pani zdjąć z piedestału, ale też to samo zrobić z Hollywood. Jakie są Pani doświadczenia z tym wielkim amerykańskim przemysłem filmowym?

M.L: Wydaje mi się, że taki obraz Hollywood jest u nas zbudowany, dlatego że to miejsce jest stosunkowo daleko i znamy je z filmów. Nie wiadomo jak zacząć tam drogę zawodową, co trzeba zrobić, żeby zdobyć agenta, pozwolenie na pracę. Nie ma metodologii, jak zrobić ten pierwszy krok. W Hollywood jest bardzo duża konkurencja i przyjeżdża tam wielu artystów z różnych stron świata. Przez to łączy ono w sobie wiele różnych skrajnych emocji – z jednej strony jest niezwykle inspirującym miejscem, w powietrzu unosi się to podniecenie marzeniami oraz rozczarowanie, że się nie udało ich zrealizować. Do pracy w stolicy kinematografii trzeba być przygotowanym. Amerykanie podchodzą do przemysłu filmowego nie tylko jako do sztuki, ale przede wszystkim jak do biznesu. 

J.L: Słyszałam, że zaczęła Pani pisać już następna książkę. Pochyli się Pani nad inną artystką czy to będzie już zupełna zmiana tematu?

M.L: To będzie zupełnie co innego. Będzie to już powieść i mam nadzieję, że w przyszłości zekranizowana. 

J.L: Jeśli rozmawiamy już o sztuce i głosie kobiet, chciałam Panią zapytać o fundację Gerlsy, którą założyła Pani z Olgą Bołądź i Jowitą Radzińską. Jakie historie chcecie opowiadać?

M.L: Chcemy opowiadać kobiece historie w sposób nieoczywisty. W naszej twórczości chodzi nam o to, żeby wypełniać luki. Film ma bardzo duże działanie społeczne i kształtuje świadomość społeczną. Ważne dla naszych projektów jest to, żeby kobiety współpracowały razem. To jest nasz czas. Za długo siedziałyśmy w patriarchacie. Nie bójmy się jednoczyć w grupy i pracować wyłącznie ze sobą. To jest też czas konfrontacji ze stereotypami kobiecymi w naszym kraju, bo jest ich bardzo dużo. Stereotyp matki Polki, uświęcanie kobiet, a przede wszystkim traktowanie ich jako postaci drugoplanowych. Chcemy pokazywać kobiety w pełnym spectrum. 

J.L: Film „Alicja i żabka”, którego jest Pani współscenarzystką, mocno mnie poruszył. Produkcja pięknie obrazuje stany emocjonalne młodej osoby i w bajkowy, inny sposób mówi o aborcji. Dlaczego ten temat jako pierwszy chciałyście wziąć na tapetę?

M.L: To stało się jeszcze przed czarnymi marszami i tym co działo się w naszym kraju. Zaczęłyśmy się tym wcześniej interesować i wpadłyśmy na historię, która się wydarzyła i zainspirowała nas do stworzenia „Alicji i żabki”. Chciałyśmy właśnie w tej formie realizmu magicznego zawrzeć temat, którego nie będzie można ocenić po zobaczeniu, tzn. wydać tezę. Chciałyśmy stworzyć taki projekt, który będzie zmuszał nas do dyskusji i do uświadomienia sobie również, jakie zagrożenia obecnie są związane z dostępem do Internetu i działania na własną rękę. Bądźmy świadomi tego, że młodzież teraz, a młodzież dziesięć lat temu to już zupełnie inne pokolenie. Dlatego weszłyśmy do emocji, głowy, duszy Alicji i chciałyśmy zobaczyć, co dla 14-latki znaczy „będę mamą”. 

J.L: A co dla Pani oznacza dzisiaj bycie kobietą w Polsce?

M.L: Mam poczucie, że w ostatnim czasie świat bardzo zmienił się przez wojnę w Ukrainie. Teraz często leżę w łóżku i czuję ogromną wdzięczność za to, że mam dach nad głową i moja rodzina jest bezpieczna. Na nowo wracamy do podstawowych wartości i pewne sprawy trzeba odłożyć na drugi plan. Dla mnie jest ważne to, żeby być teraz wsparciem dla naszych wschodnich sąsiadów. Często spotykam się na placach zabaw z mamami, które musiały wyemigrować i zostawić wszystko - kończy się to tak, że zaczynam z nimi rozmawiać, nasze dzieci się bawią, zaczynają się łzy i stoję z tą kobietą przytulona. Jej mąż walczy na wojnie, a ona jest w obcym państwie, zaczyna wszystko od początku, więc w tej sytuacji ciężko mi jest odpowiedzieć na to pytanie. Obecnie bardziej kluczowe pytanie dla mnie to: „co to znaczy być dobrym człowiekiem?”. 

J.L: Wróćmy w takim razie do filmu. Od lat realizuje się Pani na scenie i na ekranie, w tym roku zobaczyliśmy aż trzy hity Netflixa z Pani udziałem. Czy słyszy Pani głosy, że karierę zawdzięcza urodzie?

M.L: Myślę, że jeśli ktoś uważa, że bycie „śliczną” wystarcza, to jest w dużym błędzie. Uroda niczego nie gwarantuje, często może pomagać, ale również przeszkadzać. Nie we wszystkich projektach gram atrakcyjne postaci. 

J.L: Wspomniała Pani o „Poskromieniu złośnicy”. Dużą zaletą projektu są na pewno przepiękne zdjęcia. Film nagrywaliście w polskich Tatrach. Kiedy pokochała Pani góry? 

M.L: Już w dzieciństwie spędzałam czas w naszych polskich Tatrach razem z rodzicami. We wchodzeniu pod górę jest coś naprawdę takiego mistycznego, dlatego że im wyżej, tym bliżej. Im bliżej siebie, tym bliżej relacji, duchowości. Kocham ten moment, kiedy stoję na szczycie i widzę swoje życie z innej perspektywy. Można wtedy złapać dystans, zastanowić się, przemyśleć. 

Magdalena Lamparska na planie filmu "Poskromienie złośnicy"

J.L: Razem z mężem jesteście miłośnikami podróży, odkrywania nowych miejsc. Jak zmieniła się wasza pasja, rodzinne wycieczki, odkąd pojawił się na świecie wasz synek?

M.L: Na pewno z moim mężem bardzo wspieramy się w realizacji swoich marzeń i też stworzyliśmy nasz kanał na Youtube’ie „Having Fam”, który o tym opowiada. Bartek mówi o podróżowaniu, ja o aktorstwie. Wiadomo, że życie w bardzo dużym stopniu się zmienia, ale warto pokazywać dzieciom, że trzeba mieć marzenia i je realizować - i staramy się to robić.

J.L: W „Poskromieniu złośnicy” bardzo dużą rolę odgrywa też odkrywanie własnej tożsamości przez główną bohaterkę. Pani mieszka w Polsce, wychowuje tutaj dziecko, ale reszta rodziny, mama, siostra żyją w Stanach Zjednoczonych. Jak wyglądało u Pani odnalezienie własnego miejsca na ziemi?

M.L: Mam takie poczucie, że moja tożsamość jest tam, gdzie jest moja rodzina. To jest dla mnie najważniejsze. Na ten moment jest ona w Polsce, dlatego że jestem związana tutaj nie tylko z planem filmowym, ale też teatrem, który jest mi bardzo bliski. Jak będzie w przyszłości to nie wiem. Nauczyłam się już nie planować. Pandemia mnie tego nauczyła, żeby nie wybiegać zbytnio do przodu. Żyje tu i teraz.