Małgorzata Malinowska, kobieta.pl: Zacznijmy od początku. Kiedy dowiedziałaś się o swojej chorobie?

Magdalena Darłak: To było tak, że staraliśmy się z mężem o dziecko i nam nie wychodziło. Miałam jednego lekarza, do którego miałam zaufanie i on mi powtarzał: „Spokojnie, nie stresuj się. Będzie dobrze”. Dużo osób doradzało mi wtedy, żebym zmieniła lekarza, bo czasem taka zmiana jest dobra i czemuś służy. Pomyślałam sobie, czemu nie? Odpuściliśmy sobie na kilka miesięcy staranie co do godziny, prawie że z kalendarzykiem. W międzyczasie moja mama była chora na nowotwór i jeszcze zajmowałam się moją 97-letnią babcią. Miałam tyle na głowie, że temat starania o dziecko zszedł na bok.

Czy w końcu poszłaś na konsultacje do innego lekarza, jak Ci doradzano?

M.D.: Tak, umówiłam się do innego lekarza na konsultacje. Od niego dowiedziałam się, że mam na jajniku guza. Mając w pamięci historię mamy, rozpłakałam się w gabinecie. Lekarz powiedział, że powinnam zapomnieć o zachodzeniu w ciążę, bo trzeba zająć się leczeniem. Wróciłam do swojego lekarza, który uspokoił mnie i zalecił, żebym od razu po miesiączce zgłosiła się na oddział na usunięcie guza i dalej będziemy kontynuować usiłowanie zajścia w ciążę. Wtedy okazało się, że nie mam okresu. Przyszłam do lekarza z badaniami krwi potwierdzającymi ciążę i pytam: „Co teraz robimy?” Mój doktor odpowiedział z pozytywnym nastawieniem: „Hodujemy dzieciaka”. (Śmiech)

Jak dalej wyglądało Twoje leczenie w ciąży?

M.D.: Po skończonym 16. tygodniu ciąży miałam zaplanowaną operację usunięcia guza. Z takim przekonaniem te 16. tygodni ciąży przechodziłam. Poszłam na operację i na stole operacyjnym okazało się, że to jest rak. Chociaż wszyscy mi powtarzali, żebym dla dobra dziecka nie denerwowała się, to dla mnie ta wiadomość w ciąży była druzgocąca.

Po operacji przeniesiono mnie do innego szpitala na oddział onkologiczny. Po tym, jak byłam tam traktowana, prosiłam męża, żeby mnie stąd zabrał, bo inaczej wypiszę się na własne żądanie. Lekarka, która mnie przyjmowała na oddział w momencie zbierania informacji na mój temat, nagle mówi do mnie: „Ale ma Pani pecha”. Wyobraź sobie, że słyszysz coś takiego w momencie, kiedy przychodzisz do szpitala z bojowym nastawieniem, że dasz radę. Wszyscy się na mnie patrzyli, jakbym była na totalnym straceniu. Po jednej z konsultacji, gdy wracałam do domu, byłam na etapie kupowania sobie trumny. Byłam tak zdruzgotana.

I wtedy trafiłaś na „Fundację Rak’n’Roll. Wygraj życie!”?

M.D.: Mój mąż zaczął wtedy szukać innych rozwiązań i tak trafił na fundację, która od razu dała nam namiary na trzech lekarzy w Warszawie, u których się konsultowaliśmy. Mieli spójne spojrzenie na leczenie, które odbiegało od dotychczasowego. Ja z takiej konsultacji od pani doktor wyszłam z nastawieniem, że to się musi udać. Wracając do domu, czułam się, jakbym była zdrowa. Tak mnie pozytywnie doktor nastawiła. W międzyczasie odezwała się do mnie z fundacji psychoonkolog, która opiekuje się Boskimi Matkami.

Teraz czekała Cię chemioterapia, jeszcze będąc w ciąży.

M.D.: Tak, przyjechałam do szpitala na Karową na pierwszą chemię. W trakcie ciąży miałam zaplanowane cztery chemioterapie.

Który to był tydzień ciąży?

M.D.: Moja pani doktor powiedziała, że podajemy chemię w momencie, w którym gdyby coś zaczęło się dziać, będą ratować dziecko. To był 25. tydzień ciąży.

Dlaczego właśnie wybraliście szpital na Karowej?

M.D.: Wybierając szpital do leczenia, ważne było dla nas, żeby oprócz oddziału onkologii, był również oddział patologii ciąży, położniczy i bardzo dobry oddział dla wcześniaków. Tutaj taki był. Chciałam mieć pewność, że w razie godziny W, od razu przewiozą dziecko na ten oddział. Dla mnie i dla mojej córki Michaliny było to idealne miejsce.

Kiedy powitaliście Michalinę na świecie?

M.D.: Na szczęście donosiliśmy normalnie ciążę. Córka przyszła na świat po zakończeniu 37. tygodnia ciąży. Lekarze walczyli o to, żeby Michalina urodziła się zdrowa i tak się stało.

Fot. Archiwum prywatne

Jak znosiłaś chemioterapię w ciąży?

M.D.: Muszę przyznać, że w ciąży chemię znosiłam bardzo dobrze. Niestety po ciąży, po każdej chemii, czułam się beznadziejnie. To był tydzień wyjęty z życia. Mówię Ci, psychika to jest potęga, z której my nie zdajemy sobie sprawy. Ja w ciąży byłam tak bojowo nastawiona, że to mogło mieć duże znaczenie w leczeniu. Miałam cel, że walczymy do rozwiązania i nie może być inaczej.

Po każdej chemii, jeszcze będąc w ciąży, wracałaś do domu w okolice Rzeszowa?

M.D.: Tak, to wyglądało w ten sposób, że mąż przywoził mnie do szpitala na cztery dni. Z racji tego, że byłam w ciąży i po chemii, lekarze chcieli sprawdzić, czy z dzieckiem jest wszystko w porządku. Mąż zawsze ze mną zostawał. Kiedy przyjechaliśmy na trzecią chemioterapię, to było 6 stycznia, już zostałam na oddziale.

Dlaczego? Czy coś zaczęło się dziać niepokojącego z dzieckiem?

M.D.: Dostałam chemię i następnego dnia rano córeczce spadło tętno. Wtedy moja pani doktor powiedziała, że zostaję w szpitalu do rozwiązania. Przeniesiono mnie na patologię. Ja dwa pierwsze dni przepłakałam. Dla mnie to było straszne. Dwa dni zajęło mi, żebym sobie uświadomiła, że w sumie nie chcę już jechać do domu. W razie, gdyby coś się działo, to tu na miejscu jestem pod dobrą opieką. Oswoiłam się z tą myślą, że zamieszkam te dwa miesiące w szpitalu.

Jak przetrwałaś ten czas?

M.D.: Mąż przyjeżdżał do mnie na weekendy. W tygodniu zaglądały do mnie dziewczyny z fundacji i przynosiły mi zupy, które uwielbiam. Poznałam też dużo dziewczyn na oddziale. Tutaj wszyscy traktowali mnie normalnie i dopingowali w tym wszystkim, a nie podchodzili w ten sposób, że jestem na straceniu. Rak to nie jest wyrok. A u nas dalej ludzie tak do tego podchodzą.

Niestety jesteśmy bombardowani głównie historiami bez happy endu…

M.D.: Ale jest bardzo dużo osób, które z tego wychodzą. Niestety zawsze jest tak, że o tych tragicznych historiach mówi się częściej.

Chciałabym podkreślić wyjątkową rolę Twojego męża. To nie jest łatwa rola męża osoby chorej w tak młodym wieku i na dodatek w ciąży. Trudno to pojąć, jakie to musiało być dla Niego potworne obciążenie psychiczne.

M.D.: Na pewno do teraz jest. Ja do tej pory mam czasami gorsze dni i idę do niego, żeby się pożalić. Nie oszukujmy się. Mnie też przychodzą niekiedy gorsze myśli, że może jestem jednak spisana na straty. On biedny musi to wszystko znosić. Ja czasami wolę to wszystko powiedzieć Gosi z fundacji (psychoonkolog – przyp. red.), bo mój mąż do pewnego momentu może mieć siłę. Ileż można kogoś cały czas stawiać na nogi? Chociaż wiem, że jesteśmy razem na dobre i na złe.

Czy kiedykolwiek Twój mąż powiedział Ci, jak było mu ciężko?

M.D.: Nie, nigdy. Często rozmawialiśmy o tym, co nas spotkało, ale On nigdy nie narzekał. Może do kogoś, ale nie do mnie.

Wiedział, że musi być Twoim wsparciem…

M.D.: Moim zdaniem, nawet jeśli się bał, a na pewno się bał, to nigdy nie dał po sobie tego poznać. Zawsze motywował mnie i mówił, że będzie dobrze. Mało tego, zawsze miał na to argumenty. Nigdy nie dawał mi ziarnka niepewności, że może się coś nie udać.

Jak rozmawiam z Tobą, to bije od Ciebie taka niesamowita energia. Ty zawsze byłaś tak optymistyczna?

M.D.: Na pewno energiczna i głośna. Nie wyobrażałam sobie przyjąć innej postawy. Nie mogłam zamknąć się w domu. Tym bardziej, że byłam w ciąży. I to było nasze jedno jedyne dziecko. Nie możemy mieć więcej dzieci, ponieważ miałam zrobioną operację radykalną.

Fot. Archiwum prywatne

Kiedy była przeprowadzona ta operacja?

M.D.: W trakcie cesarki. Lekarze zastanawiali się, czy najpierw zrobić cesarkę, a następnie odczekać i przeprowadzić kolejną operację. Liczyli, że może jednak uda się od razu. Okazało się, że udało się za jednym razem.

Czy miałaś okazję zobaczyć córeczkę tuż po porodzie?

M.D.: Tak, znieczulili mnie do kręgosłupa, żebym mogła zobaczyć od razu po porodzie Michalinę. Chociaż początkowo był plan, żeby znieczulić mnie całościowo i dopiero zobaczyłabym córeczkę następnego dnia. Jednak przyszedł do mnie anestezjolog i powiedział: „Proszę Pani, nie będziemy Pani tego robić. Dlaczego Pani nie ma zobaczyć swojego dziecka jak inni?” I tak było, że najpierw znieczulili mnie do kręgosłupa, a potem całościowo.

Pamiętam Twoje niezwykle przejmujące zdjęcie po porodzie z Michaliną na piersi. Już wtedy byłaś po chemii i wypadły Ci włosy.

M.D.: Tak, jak przyjechałam na pierwszą chemię, to położna mi doradziła, żebym ścięła włosy na krótko, żeby nie było później takiego szoku, jak zaczną włosy wypadać. Na drugą chemię przyjechałam już z krótką fryzurą i w trakcie drugiej chemioterapii mąż mnie ogolił w szpitalu. Szacunek wielki dla niego za to.

Czy w tym okresie, kiedy zaczęły Ci wypadać włosy i brwi, myślałaś wtedy o swojej kobiecości, o swoim wyglądzie? Czy to nie miało wtedy żadnego znaczenia?

M.D.: To ma ogromne znaczenie. Każdemu mówi się, że to są tylko włosy, ale to naprawdę tak nie działa. Kiedy słyszysz od innych, że włosy odrosną, to ludzie nie mają świadomości, ile dla kobiet chorych to znaczy. Kiedy leżałam te dwa miesiące w szpitalu, to codziennie rano przebierałam się z pidżamy, codziennie malowałam sobie brwi i się ogarniałam. A jeśli chodzi o włosy, to spojrzałam w lustro dopiero, jak wiedziałam, że to jest schyłek chemii i będzie wszystko dobrze.

Jak ci się udawało przez taki czas nie patrzeć w lustro?

M.D.: Jak myłam zęby, to zawsze miałam chustkę albo czapkę. Nawet jak się kąpałam i była szyba w prysznicu, to tak stałam, żeby siebie nie widzieć. Nie potrafiłam i tego nie ukrywam. Dla mnie to było straszne. Nawet jak jest się chorym, to chce się dobrze wyglądać. To jest istotne, żeby dobrze się ze sobą czuć. Dlatego ja malowałam sobie brwi, chodziłam w chustkach, ale nie umiałam na siebie spojrzeć.

A kiedy w końcu spojrzałaś w lustro…

M.D.: To nawet się nie rozpłakałam. Ale już wtedy wiedziałam, że kończę chemię.

Masz w domu swoje zdjęcia z czasów choroby?

M.D.: Tak, mam w sypialni takie zdjęcie z gołą głową i Michaliną. Chcę, żeby wiedziała, że była taka, a nie inna sytuacja, że w taki, a nie inny sposób przyszła na świat i że mama była chora i tyle razem przeszłyśmy. Odkąd dowiedziałam się, że jestem chora, piszę do Niej pamiętnik. Kiedyś go dostanie. Mam nadzieję, że ja jej go dam.

Jak wspominasz swój powrót do domu po tych dwóch miesiącach spędzonych w szpitalu?

M.D.: Nie ma jak w domu. Kiedy codziennie przykładam głowę do poduszki, to naprawdę jestem wdzięczna, że mogę leżeć w swoim łóżku.

Jak wygląda życie po raku? Czy Ty teraz po chorobie potrafisz uwierzyć, że już jesteś zdrowa i cieszysz się życiem?

M.D.: Trzeba dużo nad sobą pracować. I to jest bardzo trudne. Ja potrafię powiedzieć swojej mamie, żeby nie doszukiwała się czegoś, czego nie ma, ale sobie już nie. To nie jest tak, że po takiej chorobie myślisz sobie: „Jestem zdrowa, podbijam świat”. To tak nie działa. Dużo pracy wymaga to, żeby uwierzyć, że jest się zdrowym i nie szukać sobie ciągle czegoś. Mi w pracy nad sobą cały czas niezłomnie pomaga Gośka z fundacji. Cieszę się też, że wróciłam do pracy, mam dziecko i sporo obowiązków. Wtedy nie ma czasu na niepotrzebne myśli.

Dziękuję Ci za poruszającą rozmowę i życzę dużo zdrowia dla Ciebie i całej Twojej Rodziny.

Fot. Archiwum prywatne