Pani Hortensja o swojej chorobie dowiedziała się przypadkiem robiąc morfologię „przy okazji”, żeby jej 4 – letniej córeczce było raźniej, ponieważ mała bardzo się bała pobrania krwi. Kiedy odebrała swoje wyniki badań, zauważyła, że są bardzo duże wahania i postanowiła sprawdzić je w internecie. Już wtedy spostrzegła, że nie wszystkie badania są w normie, jednak był to dla niej bardzo stresujący czas i bardziej skupiła się na zdrowiu córki, prowadzeniu sklepu i innych obowiązkach, które wymagały uwagi tu i teraz.

„Pomyślałam, że to było tym spowodowane. Wydrukowałam wyniki i wrzuciłam je do szuflady biurka w pracy” – wspomina Hortensja. „Bardziej przejmowałam się wynikami Poli, bo odbiegały od normy i na tym się skupiłam”.

Swoje wyniki Hortensja tłumaczyła stresem i dopuszczała myśl, że to może być anemia. Dopiero jej mąż i mama zmusili ją, żeby udała się do lekarza pierwszego kontaktu. Wtedy po raz pierwszy usłyszała, że to może być białaczka.

Nie, to niemożliwe. Wali mi się świat! Wszystko było w porządku. To jest niemożliwe, bo zawsze byłam okazem zdrowia! – mówi z nami w rozmowie.

Ze skierowaniem z dopiskiem „Pilne” Hortensja udała się na oddział hematologiczny do szpitala. Niestety, nawet w takich poważnych sytuacjach mogła być tam przyjęta dopiero w styczniu, a był czerwiec. Nie czekając, udała się prywatnie do hematologa, który zlecił dokładne badania oraz badanie szpiku.

Wyniki potwierdziły przypuszczenia i Pani Hortensja musiała w trybie pilnym zgłosić się do szpitala na leczenie. „Załamana spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy. Pożegnałam się z córką przed szpitalem. Pamiętam, że strasznie płakała” – wspomina ze wzruszeniem w głosie.

Finalnie Pani Hortensja leczyła się w Klinice Hematologii we Wrocławiu, gdzie na początku spędziła dwa miesiące. „Pierwsza chemia zrównała mnie z ziemią, że już myślałam, że to już jest koniec. Tarzałam się po podłodze, nie miałam siły wstać, nie mogłam ani jeść ani pić. Było tragicznie.”

Po wyjściu ze szpitala Hortensja na tydzień wróciła do domu. „Nie mogłam się oswoić. Chciałam wracać do szpitala, bo bałam się, że ta choroba po prostu wróci”. Kiedy ponownie stawiła się w szpitalu na kolejną chemię, okazało się, że znalazł się dawca. Hortensja wspomina niezwykle ciepło swoją panią doktor, która mocno zaangażowała się w to, żeby jak najszybciej doszło do przeszczepu.

U mnie bardzo szybko znalazł się dawca i przede wszystkim zdecydował się oddać komórki, dlatego tak szybko to poszło. Niektórzy przyjmują na przykład takie chemie podtrzymujące trzy, cztery razy, zanim znajdzie się dawca, żeby komórki białaczkowe znowu się nie odnawiały.

Warto dodać, że tuż przed przeszczepem nasza bohaterka musiała spędzić miesiąc w totalnej izolacji, gdzie dostawała chemię.

7 listopada 2019 roku Hortensja miała przeszczep. „Teraz świętowałam rocznicę”.

Po przeszczepie doszły powikłania, „nie mogłam nic mówić, jeść, wstawać z łóżka”. Na szczęście z czasem wyniki poprawiły się i Hortensja mogła wrócić do domu.

W tej chorobie wiek nie ma znaczenia. Umierały przy mnie same młode osoby. Ostatnio byłam na pogrzebie 23-letniej koleżanki. Na tym oddziale śmierć jest jak kichnięcie. Poznałam bardzo dużo młodych osób.

Hortensja wspomina o niezwykłym wsparciu, jakie kobiety pacjentki dają sobie na oddziale. Ona doświadczyła takiego wsparcia od innych dziewczyn i przekazywała go potem dalej. Sama mając za sobą niezwykle wykańczającą chemię, wiedziała, że nie może demotywować, tylko musi dawać siłę i wsparcie dziewczynom, które są na początku tej drogi. „Trochę dała mi popalić, ale dasz radę” – mówiła do nowej koleżanki na oddziale, kiedy ta pytała o jej doświadczenia. „Jaki jest sens, żebym ją załamywała? Jedna drugą tak wspierała”.

Hortensja mówi, że do dzisiaj ma kontakt ze dziewczynami z oddziału, piszą do siebie i dzwonią, bo jedna drugą rozumie jak nikt inny. „Wiadomo, że ona mnie zrozumie, bo ona przeżywa to samo. To jest bardzo duże wsparcie, jak się ma kontakt z kimś ze szpitala. Są dla mnie ogromnym wsparciem, że mogę z nimi porozmawiać”.

U mnie ogromnym wsparciem jest moja córka. Kiedy mam takie dni, że przykryłabym się kołdrą i z nikim nie rozmawiała, to wiem, że muszę. Wstaję, bawię się, idziemy na spacer. Próbujemy żyć normalnie. Czy mi się chce, czy nie chce, to po prostu muszę. Myślę, że dziecko jest największym motorem do działania w takiej sytuacji.

Kiedy razem rozmawiamy, czuję niesamowitą więź, jaka łączy moją bohaterkę z córeczką Polą. „Nie pokazywałam jej, że mam wszystkiego dość, że nie mam siły walczyć. Dla Niej jestem dla Niej walczyłam. Nie mogłabym Jej zrobić takiej krzywdy i odejść. Każdego wieczora modlę się i dziękuję Bogu za to, że jestem, że jestem przy córce.”

„Oby do przodu, byle ta choroba nigdy nie wróciła” – kończy swoją wypowiedź Pani Hortensja, a my mocno trzymamy za Nią kciuki.