Gdy Lidia miała 10 lat, zmarł nagle jej ukochany ojciec. Wtedy pierwszy raz garściami zaczęły jej wypadać włosy. Lekarze orzekli, że to wynik stresu, jaki dziewczynka przeżyła po śmierci bliskiej osoby. – Moje włosy stały się rzadkie, na czubku głowy widać było prześwity skóry. Czułam się inna, gorsza. Koleżanki miały piękne warkocze i kucyki, a ja – chusteczkę na głowie, która przykrywała
defekt. Wtedy zaczął się mój kompleks – wspomina Lidia Miernik-Opasiak z małego Łapszowa pod Krakowem. Po latach przyszedł kolejny cios.

Zachorowała mama Lidii. Rak zaatakował narządy rodne. Chorobę wykryto zbyt późno, były przerzuty. – Mama była dzielna, nie poddawała się. Po każdej chemioterapii wracała ze szpitala z nadzieją, że wygra. Też w to wierzyłam. Miałam wtedy dziewiętnaście lat, byłam w ósmym miesiącu ciąży. Tak bardzo jej potrzebowałam. Chciałam, żeby zobaczyła swoją wnuczkę. Niestety, zmarła przed jej urodzeniem – mówi Lidia. Mimo rozpaczy cudem donosiła ciążę, urodziła zdrowe dziecko, ale na stres jej organizm zareagował tak samo jak przed laty: znów zaczęły jej wypadać włosy. – Najgorsze, że nie chciały odrosnąć. Jak każda kobieta, pragnęłam być atrakcyjna, ale rzadkie włosy odbierały mi poczucie kobiecości. Czułam się strasznie, jak maszkara. Zakrywałam głowę czapkami z daszkiem, chowałam ją pod opaskami. Ale to wszystko było nieudolne, nieporadne. Problem był i nie chciał zniknąć – wspomina. Potem? Życie wciąż jej nie rozpieszczało. Na głowie miała gospodarstwo rolne po rodzicach, dwójkę dzieci (dwa lata po przyjściu
na świat córki urodziła syna) i męża alkoholika. Poczuła ulgę, gdy się z nim rozstała. Powoli odbudowywała zrujnowane życie.

Gdy już dźwignęła się emocjonalnie, jej okolice dwa razy nawiedziła powódź. Klęska. Szef firmy, w której pracowała, postawił sprawę jasno: szukajcie innej pracy, będę zwalniał. – Dla mnie to był wstrząs, byłam przecież jedyną żywicielką rodziny. Nie mogłam nie pracować. Lecz w okolicy żadnego zajęcia dla mnie nie było – opowiada Lidia. Wtedy z pomocą przyszła starsza siostra, która od lat mieszkała w Paryżu. – Powiedziała: „Przyjeżdżaj, coś ci znajdziemy”.

Bałam się. Nie znałam języka, nie chciałam rozstawać się z dziećmi. Nie miałam jednak wyboru. W 8 miesięcy nauczyłam się języka z pomocą lekcji nagranych na kasetach. Zostawiłam dzieci pod opieką drugiej siostry i wyjechałam. Był koniec lat 90. – mówi. W Paryżu zaczęła sprzątać wielkie i piękne rezydencje, należące do elit. Nie narzekała, choć wolałaby pracować w swoim zawodzie:
była krawcową, tak jak jej babcia i mama. Nieraz, gdy w rodzinnym domu pieniędzy starczało tylko na chleb, Lidia siadała do maszyny i ze skrawków materiału potrafiła wyczarować coś ślicznego. – Zawsze miałam wyobraźnię, więc spod igły wychodziły stroje niepowtarzalne. A to z jakimś żabocikiem przy bluzce, dodatkową plisą czy kokardą przy spódnicy – wspomina. Tymczasem, marząc o szyciu, sprzątała.


Robiła to najlepiej jak potrafiła. – Pewnego dnia dozorca jednej z rezydencji dał mi znać, że jakaś znana kobieta szuka kogoś do sprzątania. no i znalazła… mnie. Dziś myślę,  że to nie był przypadek – uważa Lidia. Tą znaną osobą okazała się Any d’Avray, legenda francuskiego perukarstwa. Jej dzieła zamawiają wybitni reżyserzy do spektakli telewizyjnych i teatralnych. Any stylizuje też fryzury gwiazd. I, co najważniejsze, ma w stolicy kilkanaście salonów z perukami i turbanami dla kobiet, które straciły włosy w czasie chemioterapii. Najsłynniejszy mieści się przy Place Vendôme w pobliżu znanego
hotelu Ritz. Lidia opowiada: – Any od razu mnie polubiła. Nie wiem, czym ją ujęłam. Może opowieścią o tym, że kocham szyć, wymyślać nowe stroje? A może dostrzegła drzemiący we mnie talent? – zastanawia się. – Najpierw jednak sprzątałam jej wielki dom. Potem Any powierzyła mi opiekę nad swą garderobą. Szyłam jej wszystkie kreacje na ważne wyjścia – opowiada Lidia. Niebawem

Francuzka zaproponowała Lidii pracę w swym salonie oraz funkcję osobistej asystentki. Odtąd Polka towarzyszyła jej podczas biznesowych spotkań z gwiazdami. – Koleżanki z firmy zazdrościły mi tych „wyjść”, każda o nich marzyła. Wielki świat i mnie oszałamiał. Ale w gruncie rzeczy najbardziej lubiłam skromną pracę w saloniku dla kobiet po chemioterapii. Pomagałam im profesjonalnie dobrać perukę albo turban. Czułam się wtedy jak dawniej, gdy jeszcze żyła moja mama – wyznaje Lidia. I wraca wspomnieniami dwudzieścia lat wstecz, gdy jej mamie po chemioterapii wypadły wszystkie włosy. – Wtedy kupienie w Polsce peruki graniczyło z cudem – wspomina. – Cała rodzina złożyła się więc na zagraniczną, którą ktoś am przysłał z USA. Tyle że nie nadawała się do noszenia. Nie dość, że wyglądała jak garnek, to była sztywna jak szczecina. A jej syntetyczne wnętrze podrażniało wrażliwą skórę. Widziałam, jak mama cierpi, gdy musi ją założyć. Chciałam jej ulżyć. Wymyśliłam, że przecież mogłaby nosić turbany. Na pewno są o wiele bardziej miękkie i przyjemne niż peruka. Tylko skąd je wziąć?

W sklepach turbanów nie było. postanowiła, że sama spróbuje uszyć dla mamy turban. materiał, kolorowe płótno, wystała w kolejce.– Nie korzystałam z żadnych wykrojów, wszystko rodziło się w mojej głowie. Efekty? Do spania – uszyłam turban różowy, na dzień – niebieski, a do kościoła – brązowy, pod kolor płaszcza. Wszystkie wygodne, miękkie. Mamie poprawił się nastrój. Przestała wstydzić się wychodzić do ludzi. Ale wie pani, wciąż ogarnia mnie żal, że mama w trakcie swej choroby nie zaznała takiej opieki jak francuskie kobiety – wyznaje Lidia. Wie, o czym mówi. Zajmowała się nimi przez wiele lat. – Do saloniku Any trafiały panie w trakcie lub po chemioterapii, które chciały dobrać sobie perukę albo turban.


Spotkanie, wcześniej umówione, odbywało się w specjalnym pokoju
. Intymnie, ciepło. Towarzyszył nam stylista dobierający nakrycie do urody. Była też makijażystka, która uczyła, jak trikami ukryć brak rzęs czy brwi. Ale najważniejsza była rozmowa. Nieraz wspólnie z klientkami płakałam, gdy opowiadały, przez co przeszły. Jednak Lidia zauważyła, że nie wszystkie klientki były zadowolone z turbanów. Czasem narzekały, że są one zbyt płaskie, że mają zniekształcony profil. – Powiedziałam Any, że potrafiłabym to zmienić. A ona zdecydowała: w takim razie stworzę własną pracownię, będziesz jej szefem. I tak trafiłam do świata turbanów, który pochłonął mnie na kilka lat – opowiada Lidia. – A pewnego dnia spełniło się moje osobiste marzenie. Zaczęłam mieć więcej włosów na głowie! Any stworzyła dla mnie niewidoczną doczepkę. Gdy nakładałam ją na czubek głowy, odwieczny problem znikał. Jedno tylko nie znikało: tęsknota za dziećmi. – Przyjeżdżałam do Polski tak często, jak było to możliwe. Ale przez siedem lat żyliśmy w rozłące. Zawodowo kwitłam, prywatnie usychałam. Bałam się jednak wracać, bo w kraju bezrobocie nie spadało. Zastanawiałam się, z czego będę żyć – nie ukrywa. Dwa lata temu szukała inspiracji do nowej kolekcji turbanów do pracowni Any d’Avray. – Przeglądałam internet, by zobaczyć, jakie są dostępne w kraju.

Ze smutkiem stwierdziłam, że chociaż od śmierci mojej mamy minęły lata, polskie kobiety nadal nie mają wielkiego wyboru. wtedy podjęła decyzję: ma misję. będzie projektować dla chorych kobiet w Polsce. Swą pracownię stworzyła na poddaszu rodzinnego domu w Łapszowie. Wystarała się o dofinansowanie z Unii. Otrzymała 40 tysięcy złotych. – Wśród czterystu zgłoszonych projektów mój zajął pierwsze miejsce – cieszy się Lidia. Cała rodzina pomagała
w powstaniu pracowni. Brat i mąż wyremontowali poddasze, dzieci wnosiły meble. Nawet przyjaciele z Francji czuwali. Co miesiąc przysyłali zebrane wśród siebie fundusze, by wesprzeć inicjatywę. – Mam szczęście do ludzi o dobrych sercach.  Tylko tacy u niej pracują. Wykrojem zajmuje się Beata, koleżanka Lidii ze szkolnej ławki. Szyciem – sąsiadka Dorota. W wysyłaniu zamówień pomaga Aneta, córka Lidii, dziś studentka kosmetologii. Ona sama zajmuje się projektowaniem. Pomysły przychodzą do głowy w najmniej oczekiwanym momencie, na przykład za kierownicą auta. Natychmiast zjeżdża na pobocze i na papier przelewa to, co podpowiada jej wyobraźnia. Czasem jest to prosta czapeczka do snu, innym razem szykowny turban, finezyjnie marszczony. – Dla mnie to nie są tylko modele.


Każdy turban ma swoje imię, a za nim kryje się osoba związana z pracownią. 
„Krystyna” – to mój syn Krzysztof, „Aneta” – imię córki, „Józefina” – mąż, „Bobo” – brat, „Ania” – siostra – wylicza szefowa pracowni. Tak samo emocjonalnie traktowane są klientki. – Oj, nie cierpię słowa klientka, a pracownia nie jest maszynką do zarabiania pieniędzy – tłumaczy Lidia. – Dla mnie to kobiety z krwi i kości. Są dzielne, godnie znoszą chorobę. Każda ma swoją historię. Trzeba być trochę psychologiem, wysłuchać, wesprzeć – mówi. Jeśli panie zamawiają turbany telefonicznie (mogą też na Allegro), długo z nimi rozmawia, a głos nieraz się jej łamie. – Wie pani, ja te rozmowy traktuję jak coś bardzo osobistego. Bo przecież problem utraty włosów znam z doświadczenia. Wiem, co takiej kobiecie potrzeba. I jak strasznie się czuje, gdy ich nie ma. Włosy, tak jak piersi, są atrybutem kobiecości. A ich utrata – wielkim ciosem. Dlatego tak ważne jest, by tę chwilową stratę umiejętnie zakamuflować. Ostatnio zaprojektowała bawełniany turban dla dziesięcioletniej, chorującej na bałaczkę dziewczynki, która leżała w szpitalu. – Jej mama była zrozpaczona. Pocieszałam ją, ale słowa grzęzły w gardle. Tym cenniejsze są chwile radości i wzruszeń, jakie w atelier na poddaszu sprawiają „dowody wdzięczności” od kobiet. Bo żadne zamówienie nie przechodzi bez echa. – Przeżywamy każdy list, każdy e-mail.


Wszystkie przechowujemy na pamiątkę – mówi Lidia. Przykłady? Renata z Bydgoszczy napisała, że odkąd wreszcie na głowę zakłada coś pięknego, łatwiej jej znieść trudne chwile. Zofia Miazga-Jamróz, poetka z Lublina, ofiarowała swój tomik wierszy „Kolory życia”. A od Teresy z Płocka przyszedł taki e-mail: „Jestem emerytką, mam odjętą pierś. Nauczyłam się właśnie obsługi komputera. Nigdy nie jest za późno, prawda?”.  W ramach podziękowań przesłała w załączniku refleksje o życiu. Wśród nich tę: „Nie odkładaj niczego, co przynosi uśmiech. Każda minuta jest wyjątkowa. Nie zdajesz sobie z tego sprawy, dopóki nie będzie twoją ostatnią”. – Raz tylko zdarzyła się nieprzyjemna sytuacja. Źle zapisaliśmy adres, paczka wróciła do nas. Oczywiście szybko wysłaliśmy ją ponownie, tym razem pod adres właściwy, z przeprosinami – wspomina.

Chciałaby dotrzeć do każdej potrzebującej kobiety. Ale boi się, że to niemożliwe. Nie może zostawić katalogów z turbanami w szpitalach, zabraniają tego przepisy. Kontaktuje się ze stowarzyszeniami Amazonek, zostawia ulotki w aptekach. Myślała, że nawiąże współpracę z salonami perukarskimi, ale nie wszystkie patrzą łaskawym okiem. – Traktują turbany jak konkurencję. Niepotrzebnie. Peruka nie w każdych okolicznościach się sprawdza. Niech ktoś spróbuje w niej postać przy gorącej kuchni, sam się przekona, jak mu się głowa spoci. Bo syntetyczne wnętrze nie oddycha. Spać też się w niej nie da ani pływać w basenie. Wtedy odpowiedni jest turban – mówi Lidia. Czego teraz chce? Stworzyć salon taki jak ten, w którym pracowała w Paryżu. – Żeby chora kobieta otoczona była troską – marzy Lidia. – Wiem, że mama by się ucieszyła.

tekst: AGNIESZKA RAKOWSKA-BARCIUK agnieszka.rakowska@guj.pl