Twoje życie w moich rękach: rozmowy z lekarzami

Przychodzę na dyżur w małym szpitalu pod Kielcami i widzę, że mam pacjentkę w dwunastym tygodniu ciąży, bez płytek krwi. Wystarczy, że się skaleczy, a umrze. A co, jeśli zacznie krwawić do wewnątrz? Powinna natychmiast pojechać do większego szpitala na oddział hematologiczny. Nie mogę odesłać jej tam karetką, bo jej stan musiałby być ustabilizowany, a nie jest. To hematolog powinien przyjechać do niej. Tyle że nie przyjedzie, bo jest sam na oddziale i go nie zostawi. I co ja mam zrobić? Muszę kombinować, bo to mój problem. Tak o swojej pracy opowiada Wojciech Chróściel, ginekolog-położnik, były lekarz państwowego ratownictwa medycznego w Kielcach.

Najtrudniejszy moment?

Kiedy pracowałem w pogotowiu. Najstraszniejszy wyjazd w całej mojej pracy. Dyspozytor woła przez radiotelefon: „Chłopaki, nie wiem, co robicie, ale rzućcie to w cholerę i jedźcie, bo najprawdopodobniej doszło do morderstwa. I uważajcie na siebie, bo podobno tam biega chłop z siekierą. Policja już jedzie, ale wy będziecie pierwsi”.

Rzeczywiście straszne.

Jeszcze nie, to dopiero początek. Podjeżdżamy pod niewielki blok, chyba komunalny, w każdym razie blok o niskim standardzie. Wchodzimy… Ja do dziś mam to mieszkanie przed oczami. Ktoś tam w całej tej biedzie próbował coś zrobić, mieć coś z życia mimo niewielkich środków. Było czysto, były zabawki. I zobaczyłem dwójkę malutkich, ale już chodzących dzieci. I kałużę krwi. Na cały przedpokój połączony z kuchnią. I dziewczynę z otwartą raną czaszki, tak naprawdę z tej czaszki już niewiele zostało. I powoli zaczęło do mnie docierać, że te skrzepy krwi, które są wszędzie dookoła, to nie jest krew, tylko fragmenty mózgu tej młodej kobiety. Była w moim wieku, co stwierdziłem później po numerze PESEL. Ja, naprawdę, proszę mi wierzyć, nigdy nie panikuję przy pacjencie, dlatego natychmiast przystąpiłem do akcji. Najpierw sprawdziłem, czy kobieta żyje. I do dziś pamiętam, jak głośno powiedziałem: „Kurwa, żyje”. Bo to było najgorsze, co mogłem sobie wyobrazić, zarówno dla siebie, jak i dla niej. Jednak moim obowiązkiem jest ratować i, choćbym nie wiem, co myślał, zawsze będę człowieka ratował. Dlatego i tym razem tak postąpiłem. Robiliśmy wszystko, co mogliśmy, a w drzwiach przeciskali się cholerni gapie. W czasie mierzenia ciśnienia znalazłem wzrokiem taką normalnie wyglądającą dziewczynę i powiedziałem: „Ty, wyprowadź stąd te dzieci”. W trakcie reanimacji zawsze trzeba na kogoś spojrzeć i powiedzieć: „ty”, bo inaczej ludzie robią krok w tył. To jest normalne, nigdy ich za to nie winię. No więc ta dziewczyna zabrała dzieci i powiedzmy, że zdjęła mi problem z głowy. Potem poprosiłem kogoś innego: „Proszę pana, my jesteśmy odwróceni tyłem, a ten człowiek podobno tu biega”.

Co z tego, że mam chęć i ambicję, jeśli system sprawia, że jestem bezsilny?

Ze strzępów rozmów wywnioskowaliśmy, że być może ma nóż, później okazało się, że to był młotek. Powiedziałem: „Niech pan pilnuje tych drzwi, żeby nam tu nie wszedł i nie zaciukał nas od tyłu”. Przystąpiliśmy do czynności w tym bajorze krwi. Wyglądaliśmy jak z taniego horroru, byliśmy cali usmarowani. Bo to nie jest tak pięknie, że weźmiesz pacjenta na nosze, usiądziesz sobie w karetce i tam będziesz go spokojnie ratował. Tego pacjenta trzeba zaintubować, trzeba sprawdzić parametry, trzeba zobaczyć, co zrobić. Poza tym, jeżeli komuś wypływa mózg, no to przecież ja go nie mogę tak wziąć. Muszę go najpierw zabezpieczyć w jakikolwiek sposób. Ogarnęliśmy tę panią, na tyle, na ile mogliśmy, mianowicie krew krążyła. Mój brat, który jest anestezjologiem, mówił mi: „Pamiętaj, krew ma krążyć, a pacjent ma oddychać, to musisz zrobić”. Pacjentka więc była zaintubowana, na własnym krążeniu, ogarnęliśmy tę głowę, i wtedy stało się coś, po czym ja naprawdę straciłem resztki… Nie, no nie chcę tak mówić, ale ludzie to potrafią być ludźmi. No więc zabraliśmy tę pacjentkę, żeby ją zanieść do karetki. Niech pani sobie wyobrazi, ile my mamy ze sobą sprzętu, skoro to było hasło „reanimacja”. Mamy wielkie torby, każdy z nas idzie czymś objuczony. A tu nie ma miejsca na to, żeby zabrać ze sobą nosze na kółkach, które moglibyśmy sobie prowadzić, bo tam są schody bez windy. Mamy więc deskę ortopedyczną, czyli takie płaskie, śmieszne coś, na czym tę pacjentkę trzeba umieścić i nieść. I niesiemy. Pacjentkę bez fragmentów mózgu. Zabezpieczyliśmy ją, jak mogliśmy, ale to jednak jest deska ortopedyczna, a my jesteśmy objuczeni sprzętem i każdy z nas trzyma jedną ręką deskę, a drugą coś innego i jeszcze dźwiga coś na plecach. Niesiemy więc tę kobietę, mamy przed sobą strome schody, gapiów, tłum, że przejść się nie da, a oni, oczywiście, nie odejdą i wtedy pewna kobieta strasznie chce zrobić zdjęcie. Tak strasznie, że wskakuje mi na plecy. Nie muszę nawet oczu zamykać, żeby widzieć znowu tę sytuację. Na prawym ramieniu miałem uwieszoną dużą, cholernie ciężką torbę, która wrzynała mi się w bark, a ta kobieta rzuciła mi się na plecy, tylko po to, żeby zrobić zdjęcie. To był jeden, jedyny raz w życiu, kiedy uderzyłem kobietę. Trzepnąłem tę babę tak, że zaczęła krzyczeć: „Policja, on mnie uderzył!”.

Jak ją pan uderzył?

Zepchnąłem ją z siebie w taki sposób, że na pewno grzmotnęła o ziemię. Miałem później wyrzuty sumienia, że nie powinienem był tego robić, ale proszę sobie wyobrazić, w jakim ja byłem stresie, miałem pacjentkę, musiałem myśleć, co z nią zrobić, jak przecisnąć się przez tłum, kiedy nagle czuję, że ktoś mi włazi po plecach. Ja tę kobietę miałem ochotę rozszarpać. To nie są żarty, odwinąłem się, trzepnąłem ją zdrowo, bo mam metr dziewięćdziesiąt wzrostu, sto kilo wagi. No i nie wiedziałem, że potrafię puścić taką wiązankę. Często zdarza się, że ludzie reagują tak, jak na tej klatce schodowej? To jest powszechna reakcja. Stoją i się gapią. Ja już nawet się śmieję: „A stójcie i się gapcie, byleby ktoś po nas zadzwonił”. I nie pomagać, jeśli się nie potrafi. Nie umiesz, to nie dotykaj. Żeby nie zostać oskarżonym o nieudzielenie pomocy, wystarczy zadzwonić po pogotowie. Nie znasz się, masz prawo nie podejść. Nie jestem za tym, żeby zaostrzać przepisy o udzielaniu pomocy. Natomiast jeśli chodzi o gapiów, to najgorsze jest to, jak filmują naszą pracę albo próbują nam dawać dobre rady. Ja naprawdę wiem, co mam robić, nie potrzebuję rad. Jedziemy do nieprzytomnego pacjenta, może z nim się dziać tysiąc różnych rzeczy. Może omdlał, bo ma cukrzycę, a nie zjadł śniadania, da mu się glukozę i wszystko będzie dobrze. A może ma tętniaka w głowie i jest jeszcze szansa, żeby tego człowieka uratować. Nie wiem, to jest pacjent nieprzytomny i nie powie mi, co mu się dzieje. A tutaj stoi mi nad uchem jakiś dziad, za przeproszeniem, bo to najczęściej jest taki mężczyzna w wieku sześćdziesiąt plus, stoi taka cholera i mi gada, że jestem za młody, że się nie znam i co my wyrabiamy. To jest coś, co doprowadza mnie do szału.

Jest pan rezydentem w trakcie specjalizacji ginekologiczno-położniczej i jeździł pan w pogotowiu. Może pan tak pracować w naszym niedofinansowanym systemie opieki zdrowotnej, żeby jednak pomóc pacjentom?

Jest takie brzydkie powiedzenie… Czy ja mogę używać niecenzuralnych słów, czy nie bardzo?

Proszę używać, najwyżej ich nie opublikujemy.

Dobrze. Są dwa powiedzenia, które powtarzają moi starsi koledzy. Jedno to „szkłem dupy nie utrzesz”, a drugie to „z gówna bata nie ukręcisz”. To jest właśnie nasz problem. Co z tego, że mamy chęci, ambicję – bo my naprawdę mamy powołanie – jeśli ten system sprawia, że stajemy się bezsilni. Jednak nie chodzi tylko o finanse, ale także o to, jak ktoś ci zorganizuje pracę, jakie przepisy wprowadzi, jakie procedury stworzy. Ma pani dużo czasu, żeby tego wszystkiego wysłuchać? Mam. Zacznijmy od tego powołania. Wie pani co? Ja od zawsze chciałem być lekarzem. Od małego. Rodzice, którzy też są lekarzami, musieli bardzo szybko nauczyć mnie posługiwać się nożem, bo choćby nie wiem gdzie ten nóż schowali, ja i tak go znalazłem. Miś musiał mieć odciętą nogę, bo był po wypadku. Musiałem mu też otworzyć brzuch, bo umierał i tylko otwarcie brzucha mogło go uratować. To była najlepsza zabawa, lepsze może było tylko zakładanie na misia bandaży. Mnie nic innego tak nie interesowało. Oczywiście miałem jakieś samochody, piłkę, ale nigdy nie mówiłem, że chciałbym być policjantem czy strażakiem. Nie, całe życie chciałem być lekarzem. Wydawało mi się, że to najlepsza rzecz, jaką można robić. Do tego mam jeszcze charakter, który pomaga w tym zawodzie, jestem ekstrawertykiem, lubię rozmawiać z ludźmi. Lubię pomagać. Powiedzenie drugiej osobie miłego słowa sprawia mi radość. W pracy często na tym cierpię. Odbieram późno telefony, jestem do dyspozycji, często udzielam rady jakieś pacjentce przez telefon, odpiszę na maila. Nawet wtedy, kiedy wiem, że pacjentka być może nigdy do mnie nie wróci, bo zgłosiła się dlatego, że ktoś znajomy powiedział jej, że jest taki gość, który podpowie i nie weźmie za to nie wiadomo jakich pieniędzy. Albo nawet zrobi to za zwykłe „dziękuję”. Do dziś się na tym łapię, że ja po prostu chcę ludziom pomóc. Wie pani, co jest śmieszne? Że każdy z nas spotkał czarną owcę w postaci lekarza chama, lekarza, który nic nie umie, lekarza, który oszukuje pacjentów. Każdy z nas taką czarną owcę spotkał i mnie jest wstyd za takich ludzi. Ja nie lubię górnolotnych stwierdzeń, że lekarz to jest zawód zaufania publicznego, że to jest powołanie, misja. Nie. Jeżeli każdy człowiek by robił to, do czego się nadaje, wtedy ten świat byłby naprawdę cholernie piękny. A nie każdy nadaje się do bycia lekarzem. Nie każdy jest w stanie się poświęcić, kiedy trzeba, a ten zawód właśnie tego wymaga. Nie raz, nie dwa, nie pięć, zdarzyło się ofiarę wypadku ratować bez rękawiczek. A przecież ja nie mam pojęcia, co to jest za człowiek.

Tą i inne rozmowy z lekarzami możecie przeczytać w książce "Twoje życie w moich rękach", Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, wyd. Burda Media Polska.