Gabinet na 14. piętrze wieżowca Polsatu. Tomasz Lis wita mnie zdecydowanym uściskiem dłoni. Dżinsy, marynarka. Świetna sylwetka. Pływa, biega, gra w piłkę. Jest zagorzałym kibicem piłkarskim. Nawet dzwonek telefonu, który odzywa się wielokrotnie podczas naszej rozmowy, ustawiony jest na odgłosy z meczu. Lis jest trochę niewyspany, w nocy nadrabiał zaległości w czytaniu. Spotykamy się tuż przed jego wyjazdem do Chin. Jako jedyny Polak został zaproszony do grona 250 młodych globalnych liderów, którzy "określą wizję świata na 2030 rok". "Oczywiście nie dojdzie do ustalenia żadnej precyzyjnej strategii. Ważne jest, że będę miał szansę spotkać wybitnych młodych polityków, finansistów czy dziennikarzy. Dla mnie to okazja, żeby przyjrzeć się Polsce z innej perspektywy. Polska polityka jest klaustrofobiczna i skutecznie pomija tematy, którymi teraz żyje cały świat. A przecież na życie Polaka za 10-20 lat sprawa globalnego ocieplenia będzie miała większy wpływ niż lustracja czy dekomunizacja, która jest obsesją wielu naszych polityków". Upewnia się, że nie będziemy rozmawiać na tematy prywatne. Jednak gdy pytam o córki, uśmiecha się, rozluźnia i chętnie mówi. Widać, że jest z nich dumny.

Czy pana córki już interesują się polityką?

TOMASZ LIS: Starsza, Pola ma 11 lat i czasem prosi mnie o wyjaśnienie jakiejś kwestii politycznej. Młodsza ma 7 lat i nie interesuje się takimi sprawami, chociaż czasem ma bardzo celne komentarze. Nie będę mówił jakie, bo wyjdzie, że w określonym kierunku indoktrynuję dzieci (śmiech).

Ale siłą rzeczy pana córki wyrastają w tej atmosferze.

TOMASZ LIS: Codziennie, gdy odwożę je do szkoły, słuchamy w samochodzie Radia TOK FM. Jak przychodzę do domu, od razu włączam TVN24 albo w internecie sprawdzam, co się dzieje, czasem na głos to komentuję. Gdy dziennikarze dzwonią, prosząc o komentarz, gadam przy nich o polityce. W tym sensie polityka towarzyszy moim córkom od zawsze. Ale nigdy nie przekonywałem ich, by interesowały się polityką, tak jak nigdy nie zachęcałem ich, by się interesowały piłką nożną.

A interesują się?

TOMASZ LIS: Tak, i to nawet trochę wbrew mnie. Moje córki jeżdżą - to wpływ mamy (Kingi Rusin - red.) - konno, na nartach, grają w tenisa, więc pomyślałem, że piłka nożna, męski sport, to już trochę za dużo. Nawet chciałem je delikatnie od tego odseparować, ale jakoś nie wyszło.

Może to naturalny dziewczyński odruch i pana córki po prostu chcą popatrzeć na fajnych zawodników?

TOMASZ LIS: Może. Gdy jechaliśmy z Polą i z Igą na mecz Sevilli, to Pola powtarzała, że musi zobaczyć Frédérica Kanoute. Zna się na rzeczy. 

Chodzi pan z córkami na mecze?

TOMASZ LIS: Tak. Kiedyś tylko z Polą, na ostatnich dwóch byliśmy już we trójkę. Ale szczerze mówiąc, myślę, że im to minie. Nie mam żadnych skłonności, żeby lepić dzieci na swoją modłę i wmuszać w nie jakieś zainteresowania. Chcę tylko, żeby były otwarte na świat i wybierały to, co je interesuje.

Od dziewczynek się mniej wymaga, bo tak naprawdę pokłada się w nich mniejsze nadzieje?

TOMASZ LIS: Nieprawda. Każda mama i ojciec to potwierdzą. Ale ja czasem zamiast zagrzewać do walki, wolę wyhamowywać. Moja starsza córka jest wręcz nadodpowiedzialna i czasem mam wrażenie, że sama od siebie zbyt wiele wymaga. Stawia sobie zbyt dorosłe cele, za bardzo przejmuje się drobiazgami, np. dobrą, ale nie bardzo dobrą oceną z testu. Przekonuję ją, że raz jest lepiej, raz gorzej i tyle. Trzeba się uczyć, ale żeby nie traktowała drobiazgów jak kwestii życia i śmierci.

Dla pana ojciec też był taki wyrozumiały? Czuł pan, że musi sprostać jego wymaganiom?

TOMASZ LIS: Ojciec był wymagający zarówno w sprawach nauki, jak i sportu. Czy wymagał określonych ocen? Nie przypominam sobie. Czy wymagał przed zawodami pływackimi, żebym osiągnął jakiś czas? Nie. Natomiast z całą pewnością wymagał tego, żebym walczył, próbował, chwalił mnie za wysiłek, uczył, że wszystko, co robię, muszę robić na 100 procent. Uczył, żeby nie odpuszczać, żeby nie iść na skróty. I mówił, że porażka nie jest problemem. Problem jest wtedy, gdy człowiek się bez walki poddaje.

Tego samego uczy pan swoje córki?

TOMASZ LIS: Chcę, żeby były szczęśliwe, kochane. Choć próbuję zaszczepić im też pewne wartości, żeby wśród ich priorytetów nie było rzeczy materialnych. Pilnuję, żeby czytały jak najwięcej i nabrały przekonania, że książka jest towarem podstawowym, a nie drugiej potrzeby.

I one tak łatwo w to wchodzą? Teraz świat książki został pożarty przez gadżety, o których rodzice mają ledwie blade pojęcie.

TOMASZ LIS: One mają te wszystkie nieszczęsne iPody, Gameboye, ale ja dzień w dzień irytuję je, zadając to samo pytanie: czy już coś dziś przeczytałaś? I one czytają. Ale jeśli czasem odpuszczą, bo wolą pójść na konie, to też nie widzę problemu, bo to kochają i świetnie im to wychodzi.

Jakie wartości pan im wpaja?

TOMASZ LIS: Gdyby okazało się, że chcą zająć się np. biznesem, to chciałbym, żeby ich pasją było tworzenie czegoś, a nie zaspokajanie pazerności. W Ameryce młodzi ludzie z zamożnych rodzin kończą dobre uniwersytety i np. na rok jadą na drugi koniec świata w ramach Korpusu Pokoju. Bo częścią stawania się prawdziwym człowiekiem jest dawanie, a nie tylko branie. Więc tłumaczę córkom, że jak chcą coś w życiu dostawać, to muszą najpierw coś dać, bo inaczej będzie to uczuciowe pasożytnictwo.

Czy córka prosi, by wytłumaczył jej pan, co się dzieje w polityce?

TOMASZ LIS: Czasami tak, ale staram się nie być dla niej belfrem. Polityka przemyka przez nasze rozmowy, ale nie jest to temat numer jeden. Więcej jest rozmów o szkole, o koleżankach, o nauczycielach, o psach i koniach. A gdy rozmawiamy o polityce, coraz częściej mówię, że czegoś nie wiem.

Jakie pytanie ostatnio zadała?

TOMASZ LIS: Czy PiS wygra wybory. Odpowiedziałem jej zgodnie z prawdą: nie wiem.

Ja sama ostatnio czuję się jak jedenastoletnie dziecko i przestaję wiedzieć, o co tu chodzi. A pan coś z tego rozumie?

TOMASZ LIS: Mamy do czynienia z dogasaniem pewnego pokolenia ludzi, którzy pojawili się na scenie politycznej po 1989 roku. Wskazuje na to totalna kompromitacja trzech ekip rządowych. AWS i SLD zostały zmiecione przez wyborców, a PiS rządzi tak, że za chwilę będą potrzebne kolejne wybory. 

Tylko że część nazwisk z tych skompromitowanych ekip za moment znów będzie rządzić pod jakimś nowym szyldem. Jaki to ma sens?

TOMASZ LIS: I tu właśnie mówię o dogasaniu. Partie się zmieniają, ale mamy od 18 lat do czynienia w większości przypadków z tymi samymi ludźmi, którzy są tak bardzo zaabsorbowani sobą, że nie wystarcza im czasu, by zająć się krajem. Mamy ustawę o finansowaniu partii politycznych, która sprawia, że nikt z zewnątrz nie może się przebić, bo na to potrzebne są ogromne pieniądze. Dla większości młodych ludzi sformułowanie "służba publiczna" brzmi jak frazes. W naszej polityce nie pojawiają się ludzie, którzy osiągnęli sukces, mają pieniądze, poczucie satysfakcji i chcą w związku z tym spróbować sił w polityce. Mamy do czynienia z ludźmi, dla których funkcjonowanie w polityce jest warunkiem egzystencji i ich jedynym sukcesem.

Skąd wziąć nowe twarze?

TOMASZ LIS: To jest trudne. Jak dziś wejść do polityki? Na szczeblu samorządowym może się to udać. Ale na szczeblu krajowym jak się pani nie przylepi do młodzieżówki partyjnej albo do jakiegoś lidera, to nie ma szans. Dlatego brak jest świeżej krwi w parlamencie.

Jednak partii kobiet założonej przez Manuelę Gretkowską udało się przebić. Co pan o tym sądzi?

TOMASZ LIS: Przebić się do mediów, choć to też coś. Każda inicjatywa angażująca ludzi jest dobra. Czy taka partia ma przyszłość? Byłbym sceptyczny. Ale z drugiej strony przy okazji pojawienia się tego ugrupowania przetoczyła się solidna dyskusja na temat realnych problemów kobiet, ich sytuacji i postulatów. I to też jest wartość.

Co się będzie działo w najbliższych miesiącach w kraju?

TOMASZ LIS: Najbardziej prawdopodobny scenariusz: minimalne zwycięstwo PO, sojusz z SLD, ostra opozycja ze strony PiS i prezydenta, co sparaliżuje władzę wykonawczą. Tak bym zgadywał, ale powiem, bijąc się w piersi, że w czerwcu napisałem w jakimś tekście, że czekają nas spokojne polityczne wakacje i że przez dwa miesiące nic się nie będzie działo. No i te dwa miesiące odpowiedziały mi na pytanie, jak tam z moim darem przewidywania.

Czyli musimy założyć, że niewiele się zmieni. A pan spotyka się z młodymi ludźmi i namawia ich, żeby nie wyjeżdżali z kraju.

TOMASZ LIS: Nie, ja mówię: wyjeżdżajcie. Zobaczcie świat, zaróbcie tam pieniądze, zobaczcie, jakie standardy w normalnym demokratycznym kraju obowiązują i wracajcie do Polski, zakładajcie swoje biznesy albo wchodźcie do polityki. Ja się boję odpływu najlepszej krwi. Bo kto wyjeżdża? Ludzie odważni, dynamiczni, skuteczni, skłonni do podejmowania ryzyka. Niektórym ugrupowaniom politycznym jest to na rękę, bo im mniej wykształconych, bystrych, otwartych na świat ludzi, tym łatwiej im trwać w polityce.

Ale ludzie wolą wyjechać, bo tu nie mają warunków do rozwoju.

TOMASZ LIS: Nie stawiajmy wszystkiego na głowie! Przyjechałem do Warszawy z prowincji. Przez 6 lat wynajmowałem pokoiki u starszych pań. Pracowałem jako robotnik za granicą i po paru latach katorżniczej pracy kupiłem kawalerkę 19,80 m. W 1989 roku za 80 dni pracy w Norwegii zarobiłem 5,5 tys. dolarów. Wtedy to była suma astronomiczna. Gdy chwilę później zacząłem pracę w Polsce, dostawałem jakieś psie grosze, ledwie byłem w stanie się utrzymać. Czy ja wtedy mówiłem, że mi czegoś nie zagwarantowano? Nie. Wychodziłem z założenia, że trzeba pracować i może się uda, więc oczekuję od dzisiejszych 20-latków, żeby dali coś z siebie. Możliwości mają o niebo lepsze niż ja 20 lat temu. Inna sprawa, że rozumiem zarabiającą 1800 złotych młodą lekarkę, która przeczyta to, co mówię, i się rozzłości. Tak, w wielu miejscach są blokady, ale niekiedy równie silne są blokady mentalne.

Młodzież wychwala pana na forach internetowych...

TOMASZ LIS: Lubię rozmawiać z młodymi ludźmi. Dla mnie superdoświadczeniem był tegoroczny wyjazd na Woodstock. Owsiak i Hołdys wykonują tam gigantyczną robotę. Kierują do ludzi proste przesłania typu: słuchajcie, bez promili. Ale potrafią też zachęcić do rozwoju. Stworzyli Akademię Sztuk Przepięknych. To rewelacja, kiedy trzy tysiące ludzi, którzy mogliby w tym czasie pić piwo, przychodzi na spotkanie z arcybiskupem Życińskim czy Anną Dymną. Pytają, słuchają, dyskutują w sposób bardzo dojrzały. Potem ustawiają się w kolejce, żeby oddać krew. Jeśli taka jest młodzież, jest nadzieja, że w Polsce będzie lepiej.

Kilka lat temu przetoczyła się dyskusja na temat pana ewentualnej prezydentury. Dobrze dogaduje się pan z potencjalnym elektoratem, to może...

TOMASZ LIS:Czas przeszły dokonany. Nie będę na ten temat rozmawiał.

Może jednak warto?

TOMASZ LIS: Na politycznych cmentarzach jest sporo ludzi, którzy opierali swoje nadzieje na iluzjach. Na nagrobkach niektórych z nich powinno być napisane: "Uwierzył w sondaże". Na szczęście mnie nikt już w sondażach nie umieszcza, więc mam święty spokój.

Sylwetka gwiazdy : Tomasz Lis