Tomasz Dedek, słynny aktor filmowy i teatralny rozmawia z nami o początkach swojej kariery  i o tym, jak wygląda współpraca z młodym pokoleniem aktorów. Opowiada też o życiu artystów w czasie pandemii i swoich obawach dotyczących przyszłości polskiej kultury. Czy teatry przeniosą się do Internetu?

Wiktoria Grochowska: Jak to się stało, że się Pan zainteresował aktorstwem? Poczuł Pan powołanie, czy może wręcz przeciwnie – to był przypadek?

Tomasz Dedek: Szczerze mówiąc, to było tak dawno temu, że nawet nie pamiętam. Zawsze miałem w sobie potrzebę bycia aktorem – myślałem o tym od najmłodszych lat. Pamiętam jak dawno, dawno temu, w latach 60. oglądałem taki program, w którym występował Jan Kobuszewski z Janem Kosiniakiem, nazywał się „Wielokropek”. W czarno-białym obrazie, to była taka forma kabaretu. Pomyślałem, że bardzo fajnie byłoby robić to, co oni robią. No i jakoś tak się stało.

Czy coś się w kinie albo polskim teatrze zmieniło się od czasu Pana debiutu? Jak wyglądały początki, a jak się pracuje teraz?

Jeżeli chodzi o film, zmieniła się przede wszystkim technologia. Są inne kamery, nie nagrywamy już na taśmie światłoczułej, materiału nie trzeba wywoływać. Nie trzeba czekać kilka dni, żeby zobaczyć, jaki jest efekt pracy operatora, reżysera, aktora. To wszystko widać natychmiast. Pracuje się z jednej strony o wiele szybciej, ale z drugiej strony można też pozwolić sobie na więcej dubli. Taśma była kiedyś jednym z najdroższych elementów produkcji filmowej. Nie aktorzy, nie reżyser, tylko właśnie taśma. Był taki przelicznik taśmy, że można było do jednej sceny zrobić dwa albo trzy duble, więcej nie. Tak się to liczyło, jeden do trzech. Teraz ilość dubli jest w zasadzie dowolna. Pilnujemy, tylko żeby nie zapełniła się pamięć. Nie zaznałem jednak czasu Teatru Telewizji na żywo, to było jeszcze przed moją pracą. W teatrze niewiele się zmieniło, ale też jest on elementem stałym, takie rzeczy jak on się nie zmieniają. Może tylko trochę, też jeśli chodzi o technikę. Pamiętam, jak kiedyś były na stanie ręczne światła i trzeba było czekać, przy układaniu światła na scenie. Elektrycy notowali, że w tej scenie włączą taki reflektor, a ten przełożą. Teraz wszystko jest skomputeryzowane. Sama praca nie zmieniła się – w teatrze nie ma prawa się zmienić, on rządzi się swoimi prawami. Może zmiany zaszły bardziej jeśli chodzi o względy obyczajowe. Kiedyś w teatrze była bardzo poważna hierarchia, a w tej chwili te sytuacje międzyludzkie są dość mocno rozluźnione. To pewnie wynika z tego, że młodzi, mający wielka popularność uzyskaną przez inne nośniki niż teatr, czują się swobodnie, a może nawet zbyt swobodnie w teatrze. Takie czasy.

foto: AKPA

Ta kwestia obyczajowa zdaje się bardzo ciekawa. Najczęściej mówi się, że Polacy chodzą do teatru mało, a jak już w nim są, to zachowują się różnie. Jak to wygląda od środka, z perspektywy osoby stojącej na scenie?

Polacy mało chodzą do teatru. Ja miałem to szczęście, że przez 20 lat pracy na scenie nie doświadczyłem braku widowni. Oczywiście, że nie wszyscy mogą chodzić na spektakle, bo jedni nie lubią, drudzy nie mają czasu, ale teatr zawsze ma swoją wierną widownię i ci, co przychodzą, są stałymi widzami, którzy zawsze będą wracali. Za czasów Teatru Ateneum 20 lat temu i teraz za czasu Teatru Komedia – zupełnie inny rodzaj repertuaru – była pewna wierna publiczność, która bywa w teatrze regularnie i wypełnia go po brzegi, a nawet ponad. To są jednostki, które potrzebują bycia w tym, co nazywamy przedstawieniem teatralnym. Są Polacy, którzy chodzą do teatru i są Polacy, którzy nie chodzą do teatru – tylko tyle mogę powiedzieć na ten temat.

ZOBACZ TEŻ: Borys Szyc w roli playboya w serialu HBO "Warszawianka". Macie podejrzenia, na kim wzorował się Żulczyk?

Wracając do kwestii samej pracy, jak się Panu współpracuje z kolejnym pokoleniem aktorów? Zauważa Pan jakieś zmiany, który wpływają na pracę?

Ja miałem szczęście i nieszczęście pracować z ludźmi, których to młode pokolenie już zupełnie nie pamięta. Nie wspominając o największych nazwiskach polskiego teatru i kina – te gwiazdy są dziś zapomniane. Jeśli chodzi o młodsze pokolenie, miałem przyjemność być przy debiucie Borysa Szyca, Tomka Kota, Dorocińskiego. Oni byli wtedy dobrze zapowiadającymi się młodymi ludźmi, dość nieśmiało wchodzącymi w tę nową sytuację, którzy teraz znakomicie robią to, co robią. Ich pokolenie jeszcze miało styczność z prawdziwymi gwiazdami teatru i kina. Nowe jest kompletnie oderwane od historii. Trochę inaczej się zachowują, ale nie mam do nich pretensji, bo są stymulowani innymi bodźcami. Poruszają się w Internecie, w całej tej strukturze pozamaterialnej. Mają więcej kontaktu poprzez media niż przez bycie z człowiekiem. Troszeczkę są zagubieni, troszeczkę nie wiedzą, jak się zachować, troszeczkę są buńczuczni, troszeczkę zarozumiali, ciężko im zrozumieć pewne rzeczy, ale ja też nie czuję potrzeby, żeby im cokolwiek tłumaczyć. Myślę, że dojdą do tego wcześniej, czy później, a jak nie dojdą to ich strata. Problem z młodym pokoleniem aktorów, tak zwanych serialowych, do których ja też się zaliczam jako aktor serialowy, polega na tym, że oni pracują bardzo często w swoich grupach, gdzie każdy uważa, że jest fantastyczny, czego nie kwestionuje. Jednak prawdziwa konfrontacja następuje, kiedy przychodzi starszy aktor, który ma o wiele więcej doświadczenia, o wiele więcej umie – wtedy ci młodzi się uczą i zaczynają rozumieć, że ten zawód nie polega tylko na tym, by mówić o swoich fantastycznych dokonaniach. Sprawdzają się właśnie w konfrontacjach ze starszym pokoleniem. Do tego dochodzą też zmiany w zawodzie reżysera – trochę mniej wymaga. Z drugiej strony pojawia się też kwestia producentów, którzy potrzebują świeżego nazwiska.

foto: AKPA

Co Pan rozumie przez powiedzenie, że to szczęście albo nieszczęście współpracować z tymi największymi gwiazdami?

Szczęście, bo może młodzi dzisiaj szybciej by zrozumieli ten zawód i w ogóle ten świat, który jest troszeczkę wyimaginowany, do którego trzeba mieć trochę dystansu. Nieszczęście jest takie, że wchodzą w niego z zamkniętymi oczami i bez refleksji podchodzą do tego, co dzieje się wokół. Nie twierdze, że to ich wina – taka jest struktura naszych dziejów.

ZOBACZ TEŻ: Krystyna Janda w ogniu krytyki: " Nie brzydzą pieniądze od „paskudnej władzy”? "Jeszcze jej mało?!"

Jaką w takim razie Pan wróży przyszłość swojemu zawodowi i przyszłości kultury w Polsce, biorąc pod uwagę to, jak aktualnie sytuacja wygląda? Jak przyjął Pan wiadomość o kolejnym zamknięciu?

Jak mogłem przyjąć? Szczerze mówiąc, należałoby tu użyć wielu niecenzuralnych wyrazów, ale tego nie będziemy robić. Być może przeniesiemy się w inne rejony, które są nam, starszym aktorom obce, a młodym bliższe. Może będziemy robić coś w Internecie, jeśli to dłużej potrwa? Stworzymy coś obok telewizji, która kiedyś była telewizją publiczną. Może nastanie nowy czas telewizji internetowych? Czasy są kiepskie, co tu dużo mówić. Jeśli chodzi o przyszłość, to raczej nic się nie zmieni, póki odpowiedzialni za nas będą ludzie niewrażliwi. W tej chwili, minister Gliński podejmuje decyzje bez fałszywej maski zatroskania na twarzy i dla udawanej przyzwoitości, zamiast tego z cynicznym uśmieszkiem. Nie wróżę na razie polskiej kulturze zbyt wielu sukcesów.

Jak skomentowałby Pan ostatnią sytuację dotyczącą dotacji rządowych dla artystów? Media szumnie się o tym rozpisywały.

To był taki gorący kartofel. Żadnego algorytmu z pewnością nie było. Dla przyzwoitości rozdzielono pieniądze, których pewnie i tak nikt nie dostanie, a jak dostanie, to ten, kto ma dostać. To jest jakiś wielki humbug.

foto: AKPA

ZOBACZ TEŻ: Janusz Gajos: „Mały człowiek podzielił nasz kraj”. Czy chodzi o Jarosława Kaczyńskiego?

Co oznacza w takim razie zamknięcie placówek kultury, zawieszenie przedstawień, czy wstrzymanie produkcji filmowych dla artystów w ogóle? Odcięcie od środków to jedna sprawa, ale czy też nie jest to w pewnym sensie odcięcie od możliwości samorealizacji, od pasji?

Możemy się umówić, że jest to kwestia stanu wyższej konieczności, że to nam pomoże przeżyć fizycznie, ale to nie do końca tak jest. Inne decyzje, które są wprowadzane w życie, wcale nie działają na rzecz poprawy sytuacji. Co tu dużo gadać. Są kraje, które rozwiązały to inaczej niż my, może byli bogatsi, może byli mądrzejsi. Pasja? Nie chce być złym prorokiem, ale obserwujemy przewartościowywanie wszystkiego na modłę władzy, co zaczyna przypominać cenzurę.

Myśli Pan, że sektor kultury właśnie dlatego został wyłączony jako jeden z pierwszych?

Niech mi Pani powie, ile ludzi jest codziennie w muzeum?

Na pewno nie tyle, żeby było głównym ogniskiem wirusa.

Prawda? Jeszcze rozumiem teatr. Graliśmy dla ½ widowni. Na 500 miejsc, było 250 osób. Ostatnio mieliśmy pomysł, żeby grać dla ¼ - normalnie w najgorszych snach człowiek, by o tym nie pomyślał, ale mieliśmy taką wolę. To jest co czwarte miejsce, w bardzo dużej przestrzeni, wszyscy są w maskach… Ja byłem jeszcze dzień przed zamknięciem w Teatrze Polskim na Małej Scenie na „Oni” Witkacego, z resztą bardzo znamienna sztuka, jak na nasze czasy. Siedzieliśmy w 35 osób. Powiem Pani, że wtedy zrozumiałem, co to znaczy być w teatrze i mieć kontakt z prawdziwym żywym słowem, w jaką interakcję można wchodzić, ile to daje w tych marnych czasach.

To zdecydowanie podnosi na duchu. Sama przed zamknięciem byłam w operze, gdzie była ¼ widowni i jakkolwiek zgadzam się z Panem w kwestii samego przeżycia, to muszę jednak powiedzieć, że te puste miejsca wokół były przygnębiające.

Tak, bo żyjemy w takich czasach przygnębiających. Można by to było jakoś inaczej rozegrać, gdyby chciano. Wyniszcza się tkankę narodu przez takie działania, a wiadomo, że kultura jest najbardziej na to podatna. Nikt nie będzie mówił, że nie ma pieniędzy na cokolwiek, ale ma na kulturę. To idzie lawinowo, poprzez edukację, która jest częścią tego, co nazywamy kulturą. Ostatnie działania, zaplanowane od samego porządku, były tylko na to, by wymienić podręczniki na nowe z nowymi wartościami. Pandemia świetnie usprawiedliwia wyłączenie sektora kultury.

Gdy ostatnio przyznano dotacje dla kultury, pojawiły się komentarze, o tym który z piosenkarzy dostaje miliony, a pielęgniarki z pewnością to zrozumieją.

Te dotacje to był czysto propagandowy strzał, z którego niemal natychmiast się wycofano. Chodziło tylko o to, by podgrzać atmosferę, co z resztą się udało.

Czy w obliczu kolejnych upadających placówek kultury, ludzie nie będą chcieli oddolnie jej promować?

Nie wiem, są rzeczy ważne i ważniejsze. Nie wiem, na jakiej szali położyć to, co dzieje się z kulturą, a to, co się dzieje na przykład po ostatnim orzeczeniu w sprawie sędziego Tulei. Nie wiem kogo najpierw bronić, ale myślę, że ludzie kultury, powinni wstawić się za nim.

Jaka jest więc rola artystów w tym, co dzieje się teraz w Polsce?

Działania proobywatelskie powinny wziąć górę. Zawsze pojawia się dyskomfort, na przykład z pracą dla telewizji publicznej – ja mam taki dyskomfort. Nie wiem jeszcze do końca jak to określić, ale słyszę wewnętrzny głos, który pyta, czy aby na pewno jest to fajne? Z drugiej strony trudno nam odebrać prawa do wykonywania zawodu. To duży dylemat.

ZOBACZ TEŻ: Krzysztof Kowalewski: „Mi wszystko życie wynagrodziło moją żoną”