"Byłam sama, z cholestazą, z widmem hospitalizacji i samotnego porodu"

Pandemia niewątpliwie jest dla wszystkich okresem dużego stresu. Szczególnie był to trudny czas dla mam w ciąży, które miały wyznaczone terminy porodów w dobie największych restrykcji i obostrzeń, w tym zakazu porodów rodzinnych.

Jedną z takich mam była Natalia Hołownia – redaktor prowadząca gala.pl, autorka książek „Modna Polka” i „Jak być paryżanką w Polsce”, prywatnie mama Zuzi.

Natalia, chociaż minął już miesiąc od porodu, nadal bardzo emocjonalnie wspomina ten trudny czas. Szczególnie, że pod koniec ciąży, a dokładnie w drugiej połowie ósmego miesiąca okazało się, że ma cholestazę ciążową, która jest bardzo niebezpieczna dla dziecka. Jest to choroba, która objawia się strasznym swędzeniem całego ciała. „W pewnym momencie powiedziałam do męża: Odetnij mi ręce i stopy, bo ja zwariuję. Wolę, żeby mnie bolało, niż swędziało” – wspomina Natalia.

W wyniku zagrożonej ciąży Natalia musiała trafić do szpitala, o wiele wcześniej niż miała wyznaczony termin porodu, z zaleceniem cesarskiego cięcia. Jak podkreśla, był to dla niej ogromny stres, zwłaszcza że akurat wybuchła pandemia. Co więcej jej mąż został poddany kwarantannie, ponieważ właśnie wrócił z Austrii.

Byłam sama, z cholestazą, z widmem hospitalizacji i samotnego porodu. Nie tak to sobie wyobrażałam – dodaje.

Jak przyznaje nasza bohaterka, ten dodatkowy czas jaki musiała spędzić w szpitalu z powodu cholestazy ciążowej bez możliwości odwiedzin, był najgorszy. „Te siedem dni bycia samej w szpitalu w oczekiwaniu na cesarskie cięcie, kiedy ciąża okazała się zagrożona to było bardzo trudne i ja ciągle borykam się z psychicznym obciążeniem”.

Natalia wspomina czas, kiedy dowiedziała się o zakazie porodów rodzinnych. „Co do tego, że nie będzie porodu rodzinnego, od razu to przyjęłam. Było to odgórne zarządzenie, więc nie było sensu rwać sobie włosów z głowy".

Z dzisiejszej perspektywy to cesarskie cięcie wspominam najlepiej, bo byłam otoczona ludźmi, którzy dobrze mi życzyli i wszystko kontrolowali.

W momencie kiedy Natalia usłyszała, że jej córeczka otrzymała 10 punktów, w końcu odetchnęła.

Po porodzie przyszedł czas, kiedy mama musiała sama zająć się dzieckiem jeszcze w szpitalu. „Po cesarce przychodzą kolejne dni kiedy już nikt się tak tobą nie opiekuje, musisz od razu zająć się dzieckiem, masz bliznę, która boli i nikogo przy tobie nie ma”. Wtedy najbardziej doskwiera samotność i wewnętrzny bunt na sytuację, w jakiej się znalazłyśmy.

To nie był normalny czas. To jest straszne. Ja codziennie mam gdzieś taki żal, że moje dziecko przyszło na świat w takich okolicznościach – dodaje Natalia.

Otuchy i siły dodawali jej wirtualnie najbliżsi: mąż, mama i bliskie koleżanki, które były w podobnej sytuacji co ona.

Po tych doświadczeniach Natalia czuje, że jest silniejsza, ale wiele ją to kosztowało i nie ukrywa, że marzy o normalności. Takiej, jak przed pandemią.

"Strach, przerażenie i przede wszystkim złość na całą sytuację"

Dorota, która urodziła córeczkę Gabrysię 24 kwietnia, od początku razem z mężem panowała wspólnie powitać na świecie swoje pierwsze dziecko. „Zawsze jest raźniej i łatwiej mieć bliską osobę przy sobie, niż być samemu w tym czasie. Po wprowadzeniu wszystkich obostrzeń i zakazu porodów rodzinnych, wszystko się nam przewróciło do góry nogami” – mówi.

Nasza bohaterka do dzisiaj pamięta emocje jakie jej wtedy towarzyszyły, kiedy dowiedziała się, że porody rodzinne zostały wstrzymane.

Strach, przerażenie i przede wszystkim złość na całą sytuację i na to, że będę musiała być w szpitalu sama i jak ja dam radę – to było najtrudniejsze tak naprawdę. Do ostatniej chwili myślałam, że to będzie poród siłami natury, więc wsparcie bliskiej osoby jest olbrzymie i bardzo ważne.

Dorota pojawiła się w Szpitalu na Karowej w wyznaczonym terminie. Był to szczyt największych restrykcji związanych z pandemią. Mąż mógł Ją tyko odprowadzić pod izbę przyjęć, przed którą został rozstawiony namiot tak zwanej pierwszej kwalifikacji. Każda pacjentka miała mierzoną temperaturę i przeprowadzano z nią wywiad pod kątem koronawirusa. Dopiero później można było wejść na izbę przyjęć, oczywiście w maseczce i rękawiczkach.

U Doroty ze względu na dużą masę dziecka skończyło się na cesarskim cięciu, chociaż ona sama do ostatniej chwili miała nadzieję, że będzie rodzić naturalnie.

Jak wspomina Dorota, "po porodzie na oddziale położniczym od samego początku trzeba było się mobilizować mimo dyskomfortu bólowego, który towarzyszy po operacji, żeby zająć się i sobą i dzieckiem.”

W czasie pandemii szpitale, jeśli wszystko było w porządku z mamą i dzieckiem, starały się jak najkrócej trzymać pacjentki. Zarówno personel jak i mamy musiały stosować się do zaleceń chodzenia w maseczkach, z wyjątkiem sali, na której leżały z dzieckiem po porodzie.

Córeczka Doroty kończy właśnie miesiąc i już teraz ze spokojem nasza bohaterka wraca do niedawnych wydarzeń, ciesząc się, że wszystko dobrze się skończyło.

"Niestety nie mogłam liczyć na pomoc położnych po porodzie"

Moja kolejna bohaterka musiała spędzić w szpitalu znacznie więcej czasu, bo aż trzy tygodnie.

Angelika trafiła na oddział patologii niespodziewanie w 35. tygodniu ciąży z powodu cholestazy ciążowej. Było to 4 kwietnia.

„Słysząc decyzję o zakazie porodów rodzinnych popłynęły mi łzy, że nie będzie ojca dziecka przy porodzie.” Dodatkowo perspektywa spędzenia tak długiego czasu w szpitalu bez możliwości odwiedzin była naprawdę straszna. „Personel nie tłumaczył sytuacji ani nie zapewniał o opiece w czasie pandemii. Było zakazane chodzenie po innych oddziałach i wychodzenie na zewnątrz" – wspomina dzisiaj ten trudny czas.

Poród Angeliki zakończył się cesarskim cięciem, ponieważ wywołanie akcji porodowej przy pomocy oksytocyny nie powiodło się.

Niestety cesarskie cięcie wiąże się z tym, że ciężko jest dojść do siebie. Przez pierwszy dzień miałam trudności ze wstaniem, co dopiero żeby przewinąć czy nakarmić dziecko. Niestety nie mogłam liczyć na pomoc położnych po porodzie. Położne rzadko zaglądały. Mogłam liczyć na pomoc dziewczyny, która leżała ze mną na sali i była w lepszej kondycji po porodzie naturalnym.

Angelika wspomina, że właśnie w tym czasie po cesarce było najtrudniej i bardzo brakowało jej pomocy bliskiej osoby. Młoda mama z nadzieją czekała na wypis.

„Mimo bardzo dobrej opieki położnych na oddziale patologii i lekarzy, mam złe wspomnienia ze względu na niechętne do pomocy położne już na oddziale położniczym” – dodaje.

"Byłam pozostawiona sama sobie z tym wszystkim"

Moja kolejna bohaterka Justyna rodziła w Szpitalu Św. Zofii w Warszawie - 19 marca. Były to początki wprowadzania obostrzeń w szpitalach.

Na tydzień przed planowanym porodem Justyna dowiedziała się ze strony internetowej szpitala o zakazie porodów rodzinnych i zakazie odwiedzin.

Jak sama przyznaje największe emocje towarzyszyły jej przed porodem.

Bardzo było mi przykro, że nie będzie męża przy porodzie i nie będzie mógł od razu na żywo zobaczyć córeczki.

Dla mam samotnie rodzących w trakcie pandemii problemem był fakt, że nie miały nikogo bliskiego do pomocy tuż po narodzinach dziecka.

„Również przy odbiorze ze szpitala mąż nie mógł po nas wejść”. To wiązało się z tym, że wszystko trzeba było samemu spakować. „Byłam pozostawiona sama sobie z tym wszystkim”.

Justyna dodaje, że plusem całej tej sytuacji było to, że w szpitalu i na salach poporodowych było „bardzo kameralnie”. Oprócz personelu i pacjentek nikt inny się nie poruszał. „Był taki komfort jeżeli chodzi o intymność przy karmieniu i ogólnie”.

Moja bohaterka przyznaje, że fakt, że to był jej drugi poród pomagał.

Przypuszczam, że mamom, które rodziły pierwszy raz było trudniej. Nie wyobrażam sobie, gdyby to było moje pierwsze dziecko. Moje obawy i mój strach byłby jeszcze większy.

 

Dzisiaj wszystkie wspomniane w reportażu mamy są już w domu ze swoimi maluszkami. Trudne chwile i emocje, które im towarzyszyły pozostają wspomnieniami, do których za rok, dwa, i więcej będą na pewno wracać, ponieważ urodzenie dziecka w trakcie pandemii to nie lada wyczyn. Na pewno te ich doświadczenia z tego czasu umocniły je i stały się ich siłą, której nikt im nie zabierze.

Dziękuję Wam Drogie Mamy, że zechciałyście podzielić się z nami Waszymi historiami.