Jak wygląda aborcja w Polsce?

Nie da się ukryć, że aborcja w Polsce wciąż jest tematem tabu, a rząd robi wszystko, żeby zaostrzyć prawo aborcyjne w kraju. Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny coraz częściej interweniuje w imieniu kobiet, którym bezprawnie odmawia się pomocy: "Słyszymy o tym, jak okłamuje się je w kwestii ich praw czy stanu płodu (przemilczając wady kwalifikujące do zabiegu)". Dlatego misją FEDERY jest nagłaśnianie przypadków nadużyć: "Chcemy zwiększać świadomość społeczną na temat skali tego zjawiska. Jesteśmy przekonane, że świadectwa kobiet są niezbędnym elementem walki o fundamentalne prawo do zabiegu medycznego, jakim jest przerywanie ciąży."

Niesprawiedliwy system zmusza kobiety do szukania rozwiązań w atmosferze strachu i upokorzenia, choć wedle ratyfikowanych przez m.in. Polskę dokumentów wymuszona kontynuacja ciąży jest przemocą ze względu na płeć, która może być równoznaczna z torturą lub okrutnym, nieludzkim i poniżającym traktowaniem.

Właśnie dlatego Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny wychodzi naprzeciw kobietom, które zderzyły się z brakiem zrozumienia i pomocy. Przeczytajcie wstrząsające historie kobiet, które postanowiły podzielić się swoimi doświadczeniami, żeby uświadomić innym skalę problemu.

"Byłam chora na nowotwór i właśnie miałam zacząć inwazyjne leczenie, gdy okazało się, że jestem w ciąży"

Byłam tym zaskoczona, nawet się trochę ucieszyłam, bo chcieliśmy mieć drugie dziecko i to moja choroba nas powstrzymywała. Chciałam poczekać na wyleczenie, ale mój stan zaczął się pogarszać i trzeba było zacząć bardziej agresywną terapię. Więc po chwili radości zrozumiałam, że ta ciąża jest dla niej przeszkodą. A bez niej – co ze mną będzie? Czy będę w stanie w ogóle donosić tę ciążę? Mój onkolog co prawda powiedział mi, że jeśli nie rozpocznę leczenia, mój stan się pogorszy, a gdybym zaczęła, miałam szansę na całkowite wyleczenie, ale nigdy wprost nie zaczął rozmowy o przerwaniu ciąży. Zaczęłam o tym czytać, zorientowałam się, że powinnam mieć orzeczenie o tym, że ze względu na ciążę moje zdrowie jest zagrożone, ale żaden lekarz nie chciał go wystawić. W końcu dostałam takie, że nie ma zagrożenia, wtedy nie wiedziałam, że mogę wnioskować o powołanie komisji, która to sprawdzi. Leków mi nie podawano, bo lekarz mówił, że nie może ryzykować zdrowiem dziecka. Ja chciałam się poddać terapii, ale nie dawano mi takiej możliwości. Czułam się coraz słabiej, źle znosiłam ciążę. Poszłam do szpitala, byłam zdecydowana na aborcję. Lekarze powiedzieli mi, że to wbrew ich sumieniu, że nie mogą tego zrobić i przyjęli mnie do szpitala na oddział patologii ciąży. Powiedzieli, że na pewno jej nie donoszę, że mój organizm jest za słaby, ale nie mogą wywołać porodu, bo to by było zabójstwo. Czekali, aż płód sam obumrze, i tak się w końcu stało.

Kobiety, które leżały ze mną na sali nie potrafiły zrozumieć mojej decyzji, same walczyły o utrzymanie ciąży i dziwiły się, że ja chciałam swoją przerwać. Byłam tam zupełnie sama przeciwko trzem. Wymagano ode mnie poświęceń wbrew mojej woli, czułam się winna, że jestem gotowa poświęcić ciążę dla swojego zdrowia. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że miałam do tego prawo tak samo, jak miałam prawo się poświęcić. To był mój wybór i mam duży żal do tych, którzy wpędzili mnie w takie poczucie winy, bo dokonałam wyboru niezgodnego z oczekiwaniami. Po obumarciu ciąży, musiałam urodzić martwe dziecko. To niesprawiedliwe – bo tego dziecka i tak nie ma, a przerwanie ciąży wcześniej oszczędziłoby mi dużo cierpienia.

Maja 38 lat

"Czułam, że w moim wieku opieka nad trzecim dzieckiem, niepełnosprawnym, będzie ponad moje siły"

Miałam 44 lata, kiedy zaszłam w trzecią ciążę. Mimo, że badanie USG w 12. tygodniu było w normie, zrobiłam dalsze badania prenatalne, bo wiedziałam, że ciąża w moim wieku jest ryzykowna. W badaniach wyszło tak zwane wielowadzierozszczep kręgosłupa, wodogłowie i wady narządów. Lekarz przekonywał, że to jeszcze nie musi oznaczać nic złego. Ale dalsze testy potwierdziły diagnozę. Mimo to lekarz ciągle starał się mnie przekonać do kontynuowania ciąży. Miałam już dwójkę dorastających dzieci. Czułam, że w moim wieku opieka nad trzecim dzieckiem, niepełnosprawnym, będzie ponad moje siły. Po wielu staraniach otrzymałam dokument potwierdzający, że decyzja o przerwaniu ciąży należy do mnie. Zaczęłam szukać szpitala, w którym mogłabym to zrobić. W pierwszym lekarze nie byli w stanie jednoznacznie udzielić mi odpowiedzi. Udałam się do kolejnego szpitala. Tam poinformowano mnie, że muszą się skonsultować. Nie wystarczał im dokument zaświadczający, że decyzja należy do mnie, że te wady są poważne i nieodwracalne. Jedna z lekarek poinformowała mnie, że łatwiej będzie przerwać ciążę w Holandii. Wyraźnie dała mi do zrozumienia, że władze szpitala będą przeciągać decyzję, bo nie chcą, by ich szpital otrzymał łatkę szpitala aborcyjnego. Podała mi dane kontaktowe. Jeszcze tego samego dnia rozmawiałam z lekarzem i pielęgniarką z holenderskiej kliniki. Następnego dnia otrzymałam odpowiedź: „Proszę przyjechać w ten czwartek”, czyli za trzy dni. Musiałam pożyczyć pieniądze, okłamać dzieci, że wyjeżdżam służbowo, zorganizować im opiekę na czas mojej nieobecności. Byłam zła, że chociaż powinnam legalnie przerwać ciążę w moim kraju, za darmo, muszę szukać takich rozwiązań. Jednocześnie nie byłam w stanie kolejny raz zmierzyć się odmową. Chciałam mieć to jak najszybciej za sobą. Dotarłam do holenderskiej kliniki. Bardzo dobrze mnie przyjęto i otoczono opieką. Tuż przez zabiegiem czułam strach, ale pielęgniarki bardzo dbały o moje samopoczucie. Lekarz wyjaśnił, na czym będzie polegać zabieg. Nie czułam bólu. Następnego dnia wieczorem byłam z powrotem w domu. Nikt poza personelem medycznym holenderskiej kliniki nie wie, że to zrobiłam.

Teresa 44 lata

"Czułam się winna, bo wmawiali mi, że chciałam bez namysłu zabić swoje dziecko"

Długo nie mogłam zajść w ciążę, potem kilka razy poroniłam, byłam z tego powodu załamana, bardzo chciałam zostać mamą. Oboje z mężem mieliśmy dobrą pracę, byliśmy szczęśliwi, brakowało nam tylko dziecka, którego oboje pragnęliśmy. Kiedy wreszcie się udało, byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. Z drżeniem wyczekiwałam terminu najważniejszego badania, tak bardzo się bałam, że w ogóle go nie doczekam, a kiedy utrzymam ciążę – że okaże się coś bardzo złego. Panikowałam. Kiedy zobaczyłam minę lekarza prowadzącego, gdy przyszłam po wyniki USG, już wiedziałam, że ma do przekazania straszne wieści. Okazało się, że są takie wady, że nie ma w zasadzie szans, żebym urodziła dziecko, które będzie w stanie godnie funkcjonować. Byłam załamana, ale podjęłam decyzję, że nie urodzę dziecka, skazując je na cierpienie i powolną śmierć. Lekarz powiedział mi, że mam się zgłosić do szpitala, że tam przeprowadzą zabieg, bo mam do niego prawo – płód miał wady śmiertelne, nikt nie mógł tego kwestionować. Przepłakałam kilka dni i poszłam do szpitala. Tam przeszłam bardzo dużo kolejnych badań i nagle lekarze powiedzieli mi, że to wszystko była pomyłka, że na ich nowo - czesnym sprzęcie wszystko się okazało. Nie było żadnych wad, miałam urodzić zdrowe dziecko, obiecywali mi pomoc. Komentowali to też bardzo nieprzyjemnie, że jak mogłam tak przyjść z żądaniem aborcji, nie chcieć jeszcze potwierdzać. Czułam się winna, bo wmawiali mi, że chciałam bez namysłu zabić swoje dziecko. Ale z drugiej strony cieszyłam się, że wszystko jest dobrze, że nie muszę się martwić.

Byłam już w szóstym miesiącu ciąży, kiedy zaczęłam dostrzegać, że coś jest nie tak. Lekarze nie patrzyli mi w oczy, dziwnie reagowali na moją radość i opowieści o przygotowaniach do porodu. Wreszcie jeden z nich nie wytrzymał i wykrzyczał mi na korytarzu, że mam się tak nie cieszyć, bo urodzę bardzo chore dziecko, które nie dożyje trzeciego roku życia. Zemdlałam. Nie mogłam uwierzyć, że tak mnie oszukali. Kolejne ponad dwa miesiące przetrwałam tylko dzięki wsparciu męża, wszyscy się ode mnie odwrócili, niektórzy nie umieli tego udźwignąć. Inni, którzy o tym wiedzieli, mówili, że to kara za chęć przeprowadzenia aborcji. Z nikim poza mężem i najbliższą rodziną nie mogłam porozmawiać o swoim bólu. Moje dziecko żyło tylko kilka miesięcy. Do tej pory nie umiem na ten temat rozmawiać, nie mówię o tym już nikomu, bo boję się podobnej reakcji jak moich dawnych przyjaciół. Mąż namawiał mnie na wstąpienie na drogę prawną, ale boję się, że znowu zostałabym oceniona.

Agata 32 lata

"Lekarz powiedział mi, że jeśli jestem katoliczką, to popełniam grzech"

Jestem mężatką, matką trójki dzieci. Tylko mój mąż zarabia na rodzinę, ja zajmuję się dziećmi. Mąż często traci pracę przez problemy alkoholowe. Ledwo udaje nam się utrzymać. Nie chcę mieć już więcej dzieci, nie stać mnie jednak na antykoncepcję, a mąż nie uznaje prezerwatyw. Często wymusza na mnie seks. Czasem zastanawiam się, czy nie odejść od niego, ale może powinnam poczekać aż dzieci dorosną. Teraz znowu jestem w ciąży. Nie chciałam współżyć, mąż wrócił po paru piwach, bardzo nalegał, w zasadzie zmusił mnie do stosunku. Potem opiekunka socjalna, która wie o mojej sytuacji, powiedziała mi, że to przemoc, że powinnam coś z tym zrobić. Ale ja o tym nie myślałam, bo cały czas się zastanawiałam, czy damy sobie radę z kolejnym dzieckiem. W końcu poszłam do lekarza. Powiedziałam mu, że nie jest to planowana ciąża, wstydziłam się zapytać wprost, co można zrobić. Ale on zrozumiał. Powiedział mi, że nie przysługuje mi legalny zabieg, nawet wymienił, kiedy można, ale jak zaczął mi mówić, że też wtedy, kiedy jest przestępstwo, to przypomniały mi się słowa opiekunki socjalnej. Zapytałam go o to, czy taki wymuszony seks jest przestępstwem. Powiedział mi, że nigdy tego nie udowodnię, że nikt mi nie uwierzy, bo to mój mąż i skąd mają wiedzieć, czy to naprawdę była przemoc. Był bardzo nieprzyjemny, zaczął mnie obwiniać. Potem powiedział, że dziecko nie może być karane za grzechy dorosłych i że jeśli jestem katoliczką, to popełniam grzech nawet o tym myśląc. Zagroził, że nie będzie prowadził mojej ciąży, jeśli kiedykolwiek wrócę do tego tematu. Powiedział, że powinnam się wyspowiadać i o tym zapomnieć. Byłam tak załamana tą rozmową, że nawet nikomu o niej nie powiedziałam. Chodziłam do tego lekarza. Chociaż nigdy już o tym nie rozmawialiśmy, ja wciąż czułam się winna. Urodziłam czwarte dziecko, nasza sytuacja jest tak tragiczna, że wychowuje je moja matka, jako rodzina zastępcza, bo nie byliśmy w stanie zapewnić mu opieki.

Ilona 34 lata

 

Źródło: Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny