Wczoraj miałyśmy szansę zobaczyć zupełną śnieżynkę w polskim kinie, długo oczekiwaną produkcję spod ręki Marysi Sadowskiej - "Sztuka kochania" Michaliny Wisłockiej. To historia jednej kobiety, która dzięki buntowi, uporowi i ogromnej wiedzy pokonała góry i wydała poradnik o seksie i miłości w szarej, siermiężnej rzeczywistości komuny w Polsce. Ale też historia, która ma drugie dno. Opowiada o przemianach, życiowych wartościach i odkrywaniu samej siebie.

Tytułowa Misia Wisłocka była kobietę niezwykłą również w życiu prywatnym. Spełniała się w misji niesienia kaganka oświaty, pomogła tysiącom kobiet w rozwiązywaniu ich intymnych i delikatnych problemów, jednak sama tkwiła przez długi czas w impasie. Uwikłana w miłosny trójkąt, borykająca się z problemami macierzyństwa, nierównością płci i niespełnionym marzeniem o szczęściu, Wisłocka była postacią godną podziwu, ale też wielowymiarową i często tragiczną. Tę jej wielowymiarowość, nie dającą się zamknąć w określone ramy i charyzmę, którą mogłaby obdarzyć co najmniej kilka osób, świetnie oddała postaci Magdalena Boczarska. Modulacja głosu, charakteryzacja, długi przygotowania do roli dały efekt i już teraz przyznajemy, że to czysta przyjemność widzieć tak dobrą Boczarską na ekranie. Nie ujmuję też niczego partnerującym jej aktorom, bo Piotr Adamczyk jako wyrachowany, seksualnie niezaspokojony mąż Wisłockiej czy Eryk Lubos, namiętny kochanek i wielka miłość Wisłockiej, w tym zdominowanym przez kobiety filmie poradzili sobie doskonale.

Mam zresztą wrażenie, że produkcja wyłowiła kilka aktorskich perełek (polecamy przyjrzeć się roli Justyny Wasilewskiej, czyli filmowej Wandy) i doskonale zaznaczyła swoja aktualność w Polsce. Po pokazie prasowym rozmawiałam na ten temat z Magdaleną Boczarską.

fot. Watchout Productions/ Piotr Adamczyk, Magdalena Boczarska

Czy zanim dowiedziałaś się, że będziesz grała Michalinę Wisłocką miałaś w ogóle styczność z książką „Sztuka kochania”?

Tak, jestem dzieckiem komuny. Co prawda późnym, ale doskonale pamiętam, jakie ta książka budziła emocje. Moja pierwsza świadomość seksualna budziła się przy oglądaniu obrazków ze „Sztuki kochania”, może z dzisiejszego punktu widzenia nieatrakcyjnych, bo czarno białych. Wtedy bardzo rozpalały wyobraźnię, nie było dostępu do sieci. „Sztuka kochania” miała u nas w domu swoje miejsce na półce. Z  wypiekami na twarzy sięgałam po tę pozycję, oczywiście potajemnie!

W twoim domu mówiło się głośno o seksualności? Czym jest cielesność, o której mowa w filmie?

W moim rodzinnym domu mówiło się sporo o seksualności, ale ja miałam wtedy jakieś 6-7 lat, więc na te świadome rozmowy przyszedł czas dużo później. Cielesność, z racji mojego zawodu, jest obecnie dla mnie czymś innym niż dla większości kobiet. Jestem aktorką, mam do swojego ciała inne podejście – to moje narzędzie pracy.

Patrząc jednak z perspektywy - mam poczucie, że jesteśmy dla swojego ciała bardzo niedobrzy, szkolimy je, stosujemy diety, ciągle trenujemy,  a mało myślimy o potrzebach fundamentalnych, o których mówiła Michalina Wisłocka.

Po seansie filmu, można śmiało powiedzieć, że postać Wisłockiej Ci służy. Co więcej to chyba jedna z najlepszych ról w Twojej karierze!

Bardzo długo przygotowywałam się do tej roli, korzystając m.in. z materiałów archiwalnych, których nie było zbyt wiele.

Rozmawiałam też długo z córką Wisławy, Krysią Bielewicz, która od razu gdzieś intuicyjnie wyczuła moje podobieństwo (może nie fizyczne), ale psychologiczne do mamy. Głównie dlatego, że bardzo dużo mówię  (śmiech).  To ona nakreśliła mi w głównej mierze portret Misi, swojej matki.

Dodatkowo, nie można nie docenić ciężkiej pracy całej ekipy i pełnego profesjonalizmu na planie. Mieliśmy sporo żmudnych prób, które nagrywaliśmy i odtwarzaliśmy wiele razy, a przy tym towarzyszył nam ogromny komfort pracy.  

Czy od razu polubiłaś swoją postać, mimo, że miała swoje słabe punkty, m.in. fakt, że nie była zbyt dobrą matką?

Jej córka powtarzała, że Misia nie była najlepszą matką, ale była za to najlepszą przyjaciółką jaką można sobie wyobrazić. Była też wspaniałą babcią. W tych trudnych, całkowicie innych niż nasze czasach, inaczej podchodziło się do macierzyństwa niż teraz, zwłaszcza, że swoją córkę Michalina urodziła tuż po wojnie.

Ogromna bieda, zupełnie inne życie, fakt, że  Wisłocka była przecież wtedy jeszcze na studiach (jako jedna z niewielu kobiet i to jeszcze na wymagającej ginekologii). Myślę, że trochę położyła swoje macierzyństwo na ołtarzu innych potrzeb, ale z pewnością spłaciła dług w inny sposób. Ile dzieci przyszło dzięki niej na świat. Pokochałam tę postać od pierwszego spotkania, bo to niezwykłe i wzruszające, że tak pięknie potrafiła mówić o miłości, seksie i bliskości. Sama jej szukała, ale nie do końca znalazła – kiedy spotkała wielką miłość, była to miłość niemożliwa do zrealizowania. Piękny i wzruszający życiorys.

fot. Watchout Productions/ Eryk Lubos, Magdalena Boczarska

Sądzisz, że ten film ma realne szanse wpłynąć na rzeczywistość kobiet w naszym kraju na dzień dzisiejszy?  Czasach, w których musimy walczyć o swoje podstawowe prawa do wolności wyboru i jesteśmy zmuszone wychodzić na ulice?

Marysia Sadowska (reżyserka przyp.red.) bardzo pięknie podsumowuje swój film, mówiąc, że włożyliśmy w niego zbyt dużo energii, za dużo nas kosztował, żeby przeszedł bez echa. Mieliśmy od początku poczucie, że robimy film potrzebny i liczymy na pewnego rodzaju dialog. Jednak przede wszystkim produkcję robi się dla widza, któremu Wisłocka może się okazać dziś bardzo potrzebna.

ZOBACZ TEŻ:

KOCHANIE TO SZTUKA - GWIAZDY W KAMPANII!

SZTUKA KOCHANIA - DYSKURS O DOJRZEWANIU KOBIET