Warszawski Nowy Świat. Szare kamienice, szarzy ludzie, w głowie mętlik. Dzień wcześniej dostałam propozycję nowej pracy. To wyzwanie kusiło, ale też budziło sporo obaw – będę musiała funkcjonować na najwyższych obrotach. Siedząc przy kawiarnianym stoliku, przerzucałam strony kolorowego magazynu. Mój wzrok przyciągnęło zdjęcie tętniącego życiem arabskiego miasta. Jak bardzo chciałam tam się przenieść! Podzieliłam się tą myślą z moją chrzestną – bratnią duszą od zawsze. Wysłałam jej SMS-a. Nie minął tydzień, a dostałam wiadomość: „Pakuj się, jedziemy do Maroka”. Wkrótce obydwie wchodziłyśmy na pokład samolotu lecącego do Agadiru. Po 5-godzinnym locie zanurzyłyśmy się w innym świecie. Maroko wzięło nas w posiadanie, zaczęło tumanić i czarować. Może to kwestia klimatu, może afrykańskie słońce inaczej świeci. A może w tej szerokości geograficznej zmysły wariują. Dość, że barwy są tu o wiele bardziej intensywne, dźwięki czystsze i wyraźniejsze, smaki ostrzejsze, a zapachy… Marokańskich zapachów nie da się opisać jednym słowem, to materiał na całą symfonię.

Bo Maroko chłonąć trzeba zmysłami. Ten kraj broni się przed przyjezdnymi, którzy próbują zaliczyć i zapamiętać kolejne zabytki. Odurza egzotyką tak, że po powrocie prawie nikt już nie pamięta oglądanych cudów architektury. Za to w pamięci zostają bardzo wyraźnie kolory, zapachy, dźwięki, poszczególne obrazy i smaki. Na przykład ten miętowej herbaty, gęstej, gorącej i bardzo słodkiej. Ale o dziwo – jakże orzeźwiającej!

Czekał nas bardzo intensywny program. Pięć miast: Marrakesz, Fez, starożytne Volubis, Meknes i Rabat. W każdym ogromne królewskie pałace i gigantyczne meczety, które jako innowiercy mogliśmy oglądać jedynie z zewnątrz. Ogrody, odurzające zapachem migdałowców, duszne labirynty ulic i prawdziwa eksplozja wszelakich woni w sukach – znanych w świecie arabskich bazarach.

Największy z nich znajduje się w Marrakeszu na sławnym Dżemaa El-Fna. Co wieczór ten plac zmienia się w arenę cyrkową. Oblegają go kuglarze, akrobaci, gawędziarze i zaklinacze węży. Także przekupnie i kucharze, którzy serwują barani móżdżek czy zupę ze ślimaków, ale i wyśmienity kuskus. Są tu znachorzy i wróżbici, nawet dentyści, którzy rwą klientom zęby. Krzyki nieszczęśników mieszają się z przenikliwymi dźwiękami fletów, zaśpiewami handlarzy, naganiaczy, przewodników. Kakofonii dopełnia głuche dudnienie bębnów. Po koktajlu wrażeń o świcie raczyłam się chłodnym sokiem tłoczonym ze świeżych pomarańczy i sycącym napojem z bananów i mleka. I byłam gotowa na kolejną ucztę dla zmysłów.

Marrakesz nazywany jest czerwonym miastem – taki ceglastorudy kolor mają fasady jego domów. Z kolei Fez zyskał przydomek kamiennego labiryntu. Uliczek w jego medynie, czyli najstarszej części miasta, podobno nikt jeszcze nie policzył. Budynki bez ładu przyklejone jeden do drugiego, warsztaty rzemieślników pracujących wprost na ulicy i wszechobecne suki. Każdy ma swoją specjalizację. Są suki z dywanami, farbowaną wełną, wyrobami ze skór. Są z biżuterią. Ozdoby robią na miejscu stare, uśmiechnięte kobiety. Kolczyki, brzęczące bransolety, czasem rozczulająco niedoskonałe, wszystkie piękne. Gdzie indziej piętrzące się stosy soczystoczerwonych pomarańczy, lśniących daktyli, cierpkich cytryn, najbardziej egzotycznych przypraw. – Poczuj, jak pięknie pachnie – starzec handlujący suszonymi ziołami rozcierał w palcach cierpkawosłodkie liście. Sędziwa Arabka włożyła mi w dłoń piżmową kostkę. – Nie kupuj, ale przekonaj się, jak twoja skóra kocha piżmo, jak się przy nim zmienia – mówiła. A ja miałam wrażenie, że moje zmysły tańczą na karuzeli, a rozum zasypia. Nie dziwiły mnie sproszkowane jeżowce, suszone kameleony, jaszczurki łapane przy pełni Księżyca, mikstury na miłość – sprzedawane znachorom, szamanom, zwykłym ludziom.

Opuściliśmy Fez, by wyruszyć w góry Atlasu Średniego. W autobusie nie odrywałam się od szyby. Na wapiennych płaskowyżach rosną ogromne cedrowe lasy. Mijamy wioski Berberów – rdzennej ludności zamieszkującej góry od tysiącleci. Wielu z nich jak przed wiekami prowadzi życie koczownicze. Przenoszą się z miejsca na miejsce, prowadząc stada owiec i kóz. Kozy są tu wszędzie. Pasą się na skrawkach łąk i na drzewach. Dosłownie! Wspinają się na najwyższe gałęzie w poszukiwaniu młodych pędów. Jako główny środek transportu służą Berberom osły. Zwierzęta dźwigają na grzbietach sakwy, brzękające garnki, zwoje dywanów, a czasem przytroczone do nich… pudło telewizora. Cóż, cywilizacja chyłkiem wkrada się także tutaj. Lecz jeszcze wiele razy muezin wysokim głosem obwieści wschód słońca, zanim Allach pozwoli swoim sługom, aby żyli tak jak niewierni Europejczycy.

Afryka żegnała nas wieczornym spektaklem, który rozegrał się na niebie, nad wodami Atlantyku. Głównym aktorem było słońce. Nigdy nie przypuszczałam, że jest ono tak niesamowitym kolorystą. Po siedmiu magicznych dniach trzeba było wracać do szarej rzeczywistości. Zdawało mi się, że opuszczam świat o wiele bardziej nasycony barwami, zapachami, dźwiękami, o wiele bardziej prawdziwy. Nie mogłam już odkładać decyzji dotyczącej zmiany pracy. Ale teraz wydała mi się ona łatwa. Zrezygnowałam. Maroko przekonało mnie, że aby być szczęśliwym, nie trzeba robić kariery za wszelką cenę. Czasem wystarczy szklanka miętowej herbaty albo słońce kryjące się co wieczór w morzu.

Zobacz także: