Bohaterowie:
Mama (autorka) - Anna Lasoń-Zygadlewicz;
Skubanek (syn) - Jakub Lasoń;
Przemek (tata) - Przemysław Lasoń


Kuba rozmiłował się w muzyce. Lubi słuchać jej przy jedzeniu - zaraz po zawiązaniu śliniaczka pokazuje palcem, że mamy włączyć wieżę. I macha rytmicznie głową, co utrudnia nam trafienie mu do buzi. Ale gdy dostał od dziadków zabawkę klawiszową z podkładem perkusyjnym, przy pierwszym odsłuchaniu nowego sprzętu... zwiał. Po długich namowach podszedł bliżej, ale gdy pokazywaliśmy mu, że muzykę uruchamia się przyciskiem - wziął dziadka za palec, żeby to on włączył. Za to słuchając perkusyjnego łomotu, kiwał głową w rytm jak Ringo Starr przy nagraniu z playbacku!

Podczas wizyty u pediatry usłyszeliśmy, że "taki duży chłop" nie powinien się już budzić w nocy na jedzenie. Mąż spojrzał na mnie przeciągle, bo od 3 miesięcy pertraktuje, żebym pozwoliła mu nauczyć Kubę "porządnie spać". Nauczona złym doświadczeniem wiem, że bez dzikich ryków się nie obędzie, więc nie mam na to najmniejszej ochoty. Na tym tle po raz pierwszy w naszym trzyletnim małżeństwie zaistniał spór, który do dziś nie doczekał się kompromisu. Gdy Przemek w ramach protestu wyniósł się spać do drugiego pokoju, czułam się porzucona, bezradna i nieudolna wychowawczo. Ale po 2 tygodniach zaczęłam widzieć dobre strony tego rozwiązania: gadaliśmy z mężem w ciągu dnia nawet dłużej, przed snem mogłam sobie poczytać, a po karmieniu - butelką, bo "pożegnanie z cycusiem" już się dokonało! - nie odnosić syna, jeśli w trakcie przysnęłam. Wtedy mój marnotrawny małżonek powrócił. Wprawdzie na nowo oprotestował moją nocną prowizorkę, ale że ślubował mi "na dobre i na złe" - uznał, że przyszło to drugie. Żeby płacz syna nie budził Przemka, w tempie nocnych zabiegów osiągnęłam poziom mistrzowski. W trzech butelkach czekają odmierzone porcje mleka, pod poduszką grzeje się butla z wodą. Gdy słyszę pierwsze kwęknięcia w łóżeczku, ruszam do akcji. Co ciekawe, na znajomy chrzęst nakrętki o butelkę, Skubanek zaczyna płakać cienkim głosikiem. Mąż nabija się z niego: "Usłyszałem, że robisz mleczko. Ale może to nie dla mnie? Buuu!" Kocham drania, więc tylko dlatego go nie uduszę!

Syn jest szarmancki do bólu. Gdy tylko zobaczy bezpańskie pantofle, rzuca się, by podać je właścicielowi. A potem świadom, że jest to czyn godny pochwały, sam głaszcze się po głowie! Jednak cały czar tej uczynności pryska w weekendowe poranki. To dni, gdy mąż zabiera Skubanka z sypialni i daje mi pospać. Ale gdy po godzinie nadal nie wykazuję oznak zaangażowania w życie rodzinne, napuszcza go na mnie. Drzwi uchylają się cicho i po chwili na twarzy ląduje mi... tak, zgadliście. Kapcioszek. Niestety nie jeden, bo jak ten nie pomaga, to syn poprawia drugim. I jeszcze głaszcze się po głowie! Na co mój podły mąż podkręca: "A teraz pokaż, gdzie mamusia ma nosek". I jeśli nie zdążę natychmiast wstać, syn pakuje mi w nos paluszek, a raczej całą swoją rękę aż po nadgarstek. I wtedy zastanawiam się, po co myśmy go tego wszystkiego uczyli?

Pod wpływem czasopism dziecięcych doszłam do wniosku, że pora Kubę nauczyć samodzielnie jeść. Teraz przy każdym posiłku żałuję, że nie mam kamery - Skubanek potrafi się nakarmić od włosów po rajtuzki, ze szczególnym uwzględnieniem nosa i oczu. Choć ostatnio coraz częściej trafia łyżeczką do buzi, nie wstępując nigdzie po drodze. Wyjątkiem są momenty, gdy postanawia nakarmić mnie lub męża. Dziś pierwszą łyżeczkę zjadł Skubanek, drugą posłał do tatusia, trzecią do mamusi, a czwarta... No właśnie, tego tekstu wolałabym nie podpisywać własnym nazwiskiem. Bo czwarta powędrowała w kierunku komputera. Widocznie syn uznał, że to też ważny członek rodziny, skoro my spędzamy przy nim tyle czasu...