Czy mówienie o swoich problemach, o samotności przychodzi osobom starszym łatwo?

- Mówienie o samotności jest dla seniorów rodzajem porażki, bo w ten sposób poddają się ocenie innych. Boją się, że ktoś pomyśli: „co takiego nawywijało się w życiu, że na starość jest się samotnym?”. Seniorzy w ogóle boją się oceny ich przeszłości, a to bardzo często nie ma z nią wiele wspólnego. Te osoby, które na starość zostają same, bardzo często mają jakieś deficyty: mobilnościowe, zdrowotne, sprawnościowe, co może uniemożliwiać nawet posługiwanie się telefonem. Różne rzeczy powodują to, że niektórzy z nich sami wycofują się bądź pozwalają się wycofywać z tego głównego nurtu życia społecznego. Alienują się od społeczeństwa, bo nie nadążają za tym światem, który jest tu i teraz. To długi proces – scenariusze, które pisze życie, których sami dla siebie nie piszemy, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie pisze sobie scenariusza, by na starość zostać zupełnie samemu.

Jaki jest najczęstszy powód samotności podopiecznych stowarzyszenia mali bracia Ubogich?

- Jestem w stowarzyszeniu od 2004 roku i widziałam już wiele historii. Jedna grupa obecnych seniorów ok. 90-letnich, to osoby z tzw.  pierwszej fali emigracji. Ich bliscy często wyjechali za granicę w czasach PRL-u i z tej wycieczki już nie wrócili. Relacje się powoli rozluźniały, aż w końcu osłabły do tego stopnia, że podczas wizyt okazuje się, że nie mają już o czym rozmawiać. Okazuje się, że nic ich już prawie nie łączy, a starszy człowiek potrzebuje stałej bliskości, częstych relacji, spotkań, rozmów. Potem jest grupa z drugiej fali emigracji – okresu akcesyjnego do Unii, gdy Polacy zaszturmowali Anglię, Niemcy, Holandię – można powiedzieć dość blisko, w zasięgu krótkiego lotu samolotem. Zostawili tutaj rodziców, aktywnych jeszcze zawodowo, sprawnych. Za granicą zbudowali swoje życie, założyli rodzinę. Dziś ich rodzice mają po 70-80 lat – ci już nie wyjadą, dzieci nie wrócą do ojczyzny. Wielu z tych ludzi udaje się przekonać do Skype’a, Massengera, by mieć kontakt z bliskimi. Są tacy podopieczni, którym pandemiczna samotność tak dała w kość, że pozwolili wolontariuszom wygrzebać z szaf smartfony od rodziny, przed którymi bronili się wiele lat. Są  i tacy, którzy nie chcą się do tego przekonać – i nie chodzi tylko o upór, ale też o prozaiczne sprawy, takie jak niesprawne ręce chorych na Parkinsona czy problemy z pamięcią i koncentracją. Trzecią grupą są osoby, które przyjechały do dużych miast w latach 50.. Takim przykładem jest jedna z moich podopiecznych, która przyjechała z warmińsko - mazurskiego do Warszawy, zostawiła tam rodzinę i wszystko dobrze się toczyło dopóki była młoda, sprawna i aktywna. Wszystko się zmieniło na starość - jej kontakty się skurczyły, bo w dużej części były związane z pracą, hobby. W sędziwym wieku grono znajomych się kurczy, bo odwiedzanie przyjaciół bywa już trudne, choćby ze względów sprawnościowych. Pozostają rozmowy telefoniczne.

Zobacz też: Romeo i Julia Powstania Warszawskiego? Para odnalazła się po 72 latach!

Kiedyś Polacy, żyli bardziej rodzinnie. Mam wrażenie że nasza tradycja wielopokoleniowej rodziny się zmieniła.

 - W Azji, którą zawsze dajemy sobie za wzór, ten kult starszego pokolenia cieszącego się estymą, traci na sile. To wynik zmian jakie zachodzą we współczesnym stylu życia. Przede wszystkim stajemy się bardziej mobilni, kiedyś byliśmy przywiązani do jednego miejsca - umieraliśmy w tym samym miejscu, w którym się rodziliśmy. W związku z tym mieliśmy bliskie relacje z wielopokoleniową rodziną, która celebrowała wspólnie wszystkie święta. Dziś jesteśmy dalej od siebie w takim wymiarze czysto fizycznym. Mamy pewne narzędzia wyeksploatowane do cna w czasie pandemii, które pozwalają nam się komunikować z dowolnego miejsca, ale to komunikowanie się, to coś innego od utrzymywania relacji i podtrzymywania ich. Bliska relacja wymaga regularności, częstotliwości, bycia w centrum swojego życia. I to trudniej zrobić w momencie, gdy komunikujemy się tylko online – wiemy, co u siebie słychać, ale nie do końca wiemy, co czujemy. Opowiadamy o sobie, ale nie przytulimy się, nie potrzymamy się za rękę. Takie gesty budują prawdziwą bliskość.

To fakt, że świat przyspieszył, ale to nas nie usprawiedliwia przed tą niecierpliwością na starsze osoby, jaką obserwuję od dłuższego czasu. Zbieramy na posiłki dla seniorów, ale wielu z nas przy sklepowej kasie potrafi irytować się na starsze panie szukające drobniaków czy na godziny seniorskie.

- Ta niecierpliwość może wynikać z życia w pośpiechu, ale tak naprawdę będzie też wynikała z tego, że nie jesteśmy wychowywani w wielopokoleniowych rodzinach i nie patrzymy na siebie jako na wspólnotę pokoleniową. Jeśli nie będziemy blisko naszej babci, to nie będziemy widzieć w tej pani przy kasie, która trzęsącymi rękoma ma wygrzebać grosze z portfela kogoś, kogo znamy i rozumiemy. Z jednej strony martwimy się o seniorów w pandemii, z drugiej widzimy w nich balast socjalny – to jest jakiś dysonans. Często to politycy i media kreują tego rodzaju rzeczywistość, w której zderzają średnie pokolenie, które „musi bardzo ciężko pracować, żeby seniorzy mieli emerytury”.

Co trzeba zmienić, by ten konflikt pokoleniowy zażegnać?

- Potrzeba empatii i otwartej głowy, by zrozumieć świat ludzi starszych. Każdy z nas był dzieckiem, ale nikt nie był jeszcze stary, więc trudno nam to zrozumieć. To częste motywacje naszych wolontariuszy, którzy przychodzą do nas, bo nigdy w bliskim otoczeniu, rodzinie nie mieli kontaktu ze starszymi ludźmi, chcą ich lepiej zrozumieć.

Co wolontariusz najczęściej wynoszą z tych spotkań z seniorami?
 
- Ja wolę pytanie: czego nauczyłam się o sobie w kontakcie z osobami starszymi? Jakim ja jestem człowiekiem w kontakcie z osobą starsza? Czy jestem cierpliwy, otwarty, ciepły? To pozwala nam dowiedzieć się więcej o sobie. Młodzi wolontariusze mówią, że te spotkania to dla nich księga życia. Inni mają babcie, dziadków daleko i potrzebują tej relacji, bo brakuje im jej w codzienności. Czerpią z rozmów, budują obraz minionego świata, są ciekawi jakie mają poglądy, co myślą o aktualnych wydarzeniach, uczą się kindersztuby jak np. nie spóźniania się, szanowania czyjegoś czasu.

Zobacz też: Są blisko 70-tki i robią furorę w sieci. „Dziadek Hipster” i „Dama nocnego życia” zachwycają nie tylko na ulicach Berlina

Jak można zostać wolontariuszem stowarzyszenia?

- Nasz proces rekrutacyjny jest celowo długi, by uniknąć sytuacji, gdy ktoś np. obejrzy naszą świąteczną kampanię i impulsywnie zapisze się do wolontariatu. Do tej decyzji trzeba podejść uczciwie – czy naprawdę czujesz tę potrzebę i czy rzeczywiście masz na to czas, by zobowiązać się do budowania długofalowej, regularnej relacji z drugą obcą osobą. To uczy wiele o samym sobie. Wolontariat to dobrze pojmowany egoizm – musimy czuć, że to robi dobrze nam samym, wzbogaca nas.

Gdy w okolicach świąt leżałam w szpitalu, słyszałam szept pielęgniarek wymieniających się uwagami o tym, że zaraz zacznie się ruch, bo będą się pozbywać starszych osób na święta. Powiedzmy sobie to szczerze – takie rzeczy się dzieją i to wcale nie rzadko.

- Nie znam statystyk, ale wiem, że to się zdarza. W poprzednich latach dzwonili do nas pracownicy socjalni ze szpitali, pielęgniarki i opowiadali, że dzieje się to rzeczywiście dużo częściej w okresie świątecznym. W takich sytuacjach brakuje mi słów. Pamiętam w zeszłym roku jeden z lekarzy w warszawskim szpitalu opowiadał, że starsi ludzie specjalnie przywożeni są w piżamach, by nie móc wyjść samemu ze szpitala, a kiedy dzwonią po rodzinę, okazuje się, że są już w Zakopanem i mogą ją/jego dopiero odebrać, ale dopiero po Sylwestrze.

Co byłoby najlepszym prezentem dla samotnej starszej osoby, co można jej ofiarować?

- Podarować swój czas, wysłuchać. Uwielbiam słuchać historii naszych podopiecznych. Pamiętam szczególnie taką jedną, którą opowiedziała mi dziś ponad 90-letnia p. Ania, która była najmłodszą sanitariuszką w Powstaniu. Opowiedziała mi, że jako dziecko strasznie marzyła o rzemykowych sandałkach. Jej marzenie się spełniło w imieniny 26 lipca 1944 roku, tuż przed wybuchem powstania. Gdy dostała je od rodziców, była nimi tak zachwycona, że zarzekała się, że nigdy nie zdejmie. Wiele miesięcy później przeklęła swoje słowa. Wybuchło powstanie, upadło, ona przez obóz pruszkowski zostaje wywieziona pod Piotrków Trybunalski i tam spędza świata Bożego Narodzenia. Był straszliwy mróz, śnieg – a ona w tych samych wymarzonych sandałkach, w których poszła do powstania. W styczniu wracała w nich na piechotę do domu. Zawsze w okresie świąt przypominam sobie tę opowieść i przestrogę pani Ani, że trzeba uważać, czego sobie życzymy, bo te życzenia mogą się spełnić.

Joanna Mielczarek z podopieczną, panią AniąJoanna Mielczarek z p. Anią, podopieczną Stowarzyszenia mali bracia Ubogich

A czego seniorzy zwykle życzą sobie na święta?

- Przede wszystkim zdrowia, bo oni już najlepiej wiedzą jak ono jest cenne i jak bez niego jest trudno. Zazwyczaj nie mają życzeń – częściej dziękują, wyrażają wdzięczność. Mamy takie umowne wyznanie w stowarzyszeniu – mówimy naszym podopiecznym, że zawsze są w naszych sercach, a oni odpowiadają, że chcieliby w nich pozostać. To jest ich największe życzenie.

Jak teraz będą wyglądać święta dla podopiecznych stowarzyszenia?

- Będą spotkania online, podarunki i świąteczne posiłki zakupione dzięki pomocy naszych darczyńców. Aktualna sytuacja też wiele nam uświadamia - pozwala nam wejść w buty tego samotnego seniora, kiedy i my na te kilka miesięcy staliśmy się podczas lockdownu więźniami naszych domów. Ja z okna swojego domu widzę las, do którego nie mogłam nawet w pewnym momencie wejść. I siedzę, tak jak moja podopieczna pani Maria, widzę zieleń – i teraz już wiem, co ona czuje na co dzień. Moja kwarantanna się skończyła. Jej trwa.

Zobacz też: Najbardziej urocza akcja w dobie paniki, o jakiej dziś usłyszysz

Święta to specjalny czas, ale co możemy zrobić dla seniorów na co dzień?

- Rozejrzyjmy się wokół siebie – często szukamy za linią wzroku, a nie pamiętamy, że w oknie na przeciwko często stoi starsza pani. Pomstujemy na nią, że „ma monitoring”, ale może to jej jedyny sposób na uczestnictwo w życiu społecznym. Zawsze namawiam, by zastanowić się, czy w naszej rodzinie jest jakiś starszy wujek, ciocia – wystarczy zainteresowanie, telefon, wysłuchanie.

Czy to właśnie na tą niewidzialność ze świątecznego spotu stowarzyszenia najwięcej seniorów narzeka.

 - Nie powiem, że oni na cokolwiek narzekają. Oni to dostrzegają. Jedną z najważniejszych potrzeb starszego człowieka jest ta bycia dostrzeganym i przynależności. Oni czują, że to tracą. Czują, że kiedyś byli potrzebni, a więc dostrzegani. Z wiekiem są coraz mniej potrzebni, a więc mniej dostrzegani, więc usuwają się w cień. To ich po cichu boli. Odejmuje powodów, by chciało się żyć.