Nasze życie jest jak powieść? Poszczególne zdarzenia nie są od siebie oderwane, a wręcz przeciwnie - połączone misternymi nićmi wspólnych wątków i zależności. Jedne wynikają z drugich. Doświadczenia z przeszłości determinują nasze przyszłe zachowania. Dotyczy to również seksu, bo przecież nasze erotyczne przygody są rozdziałami tej samej życiowej książki.

Wpływ wychowania

Badania psychologiczne wykazały, że aż 90 procent naszych myśli, słów i działań jest naznaczone przez wychowanie. Chociaż dawno już wyrosłyśmy z lalek, to nadal tkwi w nas dziecko, które przez nas przemawia. Stąd w wielu sytuacjach (również tych łóżkowych!) często przeżywamy emocje sprzed lat oraz bezwiednie naśladujemy wzorce z dzieciństwa. I tak na przykład, jeżeli rodzice traktowali seks jako tabu i nie potrafili o nim normalnie, bez zażenowania rozmawiać, my też będziemy analfabetami w języku miłości. A niestety, bardzo często opiekunom nie przechodzą przez gardło wyrazy z erotycznego słownika. O współżyciu nie mówią inaczej niż "robić to", a okolice intymne nazywają "tam na dole". Gdy więc codziennie słyszymy od pruderyjnej matki: "Umyj pupę z przodu", nabieramy przekonania, że nasze nienazwane części ciała są nieistotne i niegodne uwagi. Mamy wręcz wrażenie, że nie istnieją. Jak z nich potem czerpać przyjemność? Skoro brak nam świadomości swojego ciała?

Czasami też rodzice zaszczepiają w nas poczucie wstydu związane z cielesnością i seksualnością. Przy każdej okazji podkreślają np., że ciało ludzkie jest nieestetyczne i nie należy nim epatować. Albo wpadają w przesadne zakłopotanie, gdy na ekranie TV pojawią się tzw. momenty, każąc nam natychmiast odwrócić wzrok. Sami również wstydzą się okazywać sobie czułość w naszej obecności. Nigdy nie widujemy ich przytulonych, całujących się. Jeśli tego typu sytuacje są w dzieciństwie nagminne, mogą potęgować w nas zażenowanie nagością i intymnością. Będąc zaś skrępowanym własnym ciałem, trudno otworzyć się na doznania zmysłowe. Ciężko znaleźć spełnienie, kiedy łyka się wstyd i myśli tylko o tym, by ukryć swoją nagość pod osłoną mroku lub kołdry. Nie ma tu też mowy o wykrzesaniu z siebie nowych pomysłów na intymne spotkanie. Zawstydzenie blokuje bowiem fantazję i zabija spontaniczność. Zresztą w ogóle możemy nie umieć (lub myśleć, że nie wypada) okazywać czułości, skoro rodzice na każde nasze nadejście odskakiwali od siebie jak oparzeni.

Niedobrze też, gdy opiekunowie od najmłodszych lat wmawiają nam, że wszystko, co wiąże się z seksem (a zwłaszcza tym przedślubnym), jest grzeszne. Wychowują nas w silnym kulcie dziewictwa i powtarzają, że współżycie powinno służyć jedynie przedłużeniu gatunku. Wtedy zanegowana zostaje cała piękna i dobroczynna strona zmysłowej bliskości, a uprawianie miłoś-ci staje się dla nas jednym wielkim wyrzutem sumienia. Stąd już prosta droga do zahamowań, niepowodzeń w łóżku i braku satysfakcji.

Więź z matką

Dla naszej seksualności ważne są także relacje z matką. Amerykańscy psychologowie odkryli, że emocjonalna więź z tą, która nas urodziła, tworzy rodzaj uczuciowej matrycy, odciśniętej na zawsze w naszym wnętrzu. Według niej kształtujemy potem bliższe i dalsze stosunki z partnerami.

Gdy zatem nasz kontakt z rodzicielką obfitował w czułość i bezpieczeństwo, to reprezentujemy w przyszłości ufny styl kochania. W sytuacjach intymnych jesteśmy otwarte oraz pełne ciepła. Mamy wysokie poczucie własnej wartości, a jednocześnie "wyssałyśmy z mlekiem matki" dużą dawkę empatii. Stąd w łóżku umiemy zarówno brać, jak i dawać. A to najlepsza droga do wspólnego zmysłowego nieba!

Jeżeli jednak nasze stosunki z rodzicielką były chłodne, oficjalne i na dystans, to w sytuacjach damsko-męskich jesteśmy zwykle typem unikającym, wycofanym. Czujemy się niepewnie wśród ludzi, dlatego nawet w miłosnych objęciach zachowujemy rezerwę. Jesteśmy nieufne i podejrzliwe wobec partnera, stąd nie pozwalamy sobie na okazywanie tego, co czujemy. Zwykle też źle znosimy jego prośby (a tym bardziej nalegania) o zbliżenie. Bronimy się przed ciepłem jak przed zarazą, a tymczasem po prostu nie znamy czułości i dlatego się jej boimy. Bywa jednak i tak, że jej nie potrzebujemy. Bo (za przykładem matki) bardziej niż udany seks i bliskość cenimy osiągnięcia i dobra, które uda się nam z partnerem zgromadzić.

Jeżeli zaś nasza matka była kontrolująca, stanowcza i egzekwowała od nas posłuszeństwo podniesionym głosem - wtedy wcielamy w życie bojaźliwy typ bliskości. Jako że w domu dużo od nas wymagano i nagradzano pieszczotami tylko wtedy, gdy spełniłyśmy matczyne oczekiwania, w sypialni postępujemy podobnie. Jesteśmy przekonane, że musimy zasłużyć na miłość i zmysłową przyjemność, co prowadzi nas do uległości i emocjonalnej zależności od kochanka. Dlatego godzimy się na jego seksualne propozycje nawet wtedy, gdy zupełnie nam nie odpowiadają. Zresztą boimy się, że same mamy w tym temacie niewiele do powiedzenia. Wolimy więc, by to partner przejął seksualne stery, podczas gdy my posłusznie poddajemy się jego dyrektywom. W tej sytuacji trudno więc mówić o czerpaniu zadowolenia z seksu. Towarzyszy nam raczej męcząca trema i lęk o to, czy zdamy kolejny (tym razem zmysłowy) egzamin.

Relacje z ojcem

Mówi się, że ojciec to pierwszy mężczyzna w życiu córki. Jest w tym wiele prawdy! Kiedy jako dorastające dziewczynki uświadamiamy sobie swoją kobiecość, próbujemy przećwiczyć ją na tatusiach. Jak podkreślają psychologowie i seksuolodzy, to całkiem normalne. Ojciec powinien być takim właśnie bezpiecznym poligonem do ćwiczenia naszej zalotności. Niestety, dla niektórych panów to zbyt ciężka próba: niepokoi ich erotyczność córek, boją się seksualnych kontekstów. Wtedy albo tępią kobiecość i wychowują nas jak synów, albo "unieszkodliwiają" nasz seksapil kpinami lub sarkastycznymi żartami, albo wręcz nas od siebie odsuwają.

W pierwszym wypadku rodzic zwykle potępia u nas wszystkie przejawy dziewczęcości - od kokard we włosach po robienie maślanych oczu do kolegów. Wyjątkowo pochwala zaś wstrzemięźliwość w okazywaniu uczuć i męskie zdecydowanie. Przez to możemy w przyszłości odrzucać naszą kobiecą naturę, nie doceniać wagi emocji i wrażliwości w intymnych spotkaniach. Będziemy szukały szybkiego, ostrego seksu, traktowanego jako rozładowanie erotycznego napięcia. W tej pogoni za silnymi wrażeniami możemy, niestety, przegrać bliskość w stałym związku.

Jeżeli zaś ojciec szydził z naszej pączkują- cej kobiecości, pomniejszał atuty, prześmiewczo komentował wygląd - wtedy wchodzimy w świat seksu niczym szare myszki. Zahukane, przerażone, bez wiary w swoje możliwości. A z tym nastawieniem trudno zawojować świat sypialni i stać się kochanką doskonałą. Natomiast z odrzuconych dziewczynek wyrastają zwykle prowokatorki. Jeśli więc byłyśmy niezauważane i traktowane przez tatę jak powietrze, to z biegiem lat coraz mocniej eksponujemy swoją kobiecość. Ponieważ ojciec nie był wrażliwy na nasze wdzięki, nie wierzymy w siłę własnego seksapilu i musimy go nieustannie wzmacniać, podkreślać przez uwodzenie. A to, niestety, bardzo często uniemożliwia spełnienie na płaszczyźnie intymnej. Bo zamiast czerpać rozkosz, za wszelką cenę próbujemy udowadniać (sobie, innym, a przede wszystkim... tacie), że jesteśmy warte uwagi. W tej pogoni za docenieniem nie zauważamy nawet, że zaczynamy traktować partnerów niczym jednorazowe kubeczki. Jedno jest pewne: tata jest dla nas jak lustro, w którym oglądamy swoją kobiecość. I właśnie w dużym stopniu od tego, jak nas w dzieciństwie oceniał, jak się do nas zwracał, zależy stan naszej dorosłej seksualności. Tylko wtedy, gdy traktował nas jak swoją małą księżniczkę, dopieszczał komplementami i dbał o kobiece potrzeby, miałyśmy szansę stać się pewnymi własnego wdzięku i seksapilu kochankami dla swoich wybranków.

Wbrew dziedzictwu

Nawet jeśli rodzice zostawili nam w posagu wyjątkowo szkodliwe przekonania o seksie, możemy odrzucić niechciany spadek. Bo chociaż kilkanaście lat pod wspólnym dachem naznaczyło naszą uczuciowo-erotyczną kondycję, to jednak nie jesteśmy zdominowane całkowicie i niezmiennie. Mamy własną wolę, z której możemy (i powinnyśmy!) zrobić użytek. Musimy w tym celu uświadomić sobie niekorzystne mechanizmy z przeszłości. A gdy już odbędziemy tę podróż w głąb siebie, postarajmy się oddzielić "ziarna od plew", czyli nasze własne doświadczenia i chęci od rodzinnych podszeptów i wzorców. Tak więc podstawowe zadanie polega na dotarciu do myśli, uczuć, pragnień dorosłej, niezależnej osoby, jaką jesteśmy, a nie podtrzymywaniu tego, co nam nakładziono do głowy w dzieciństwie. Nie pozwólmy, by bagaż spakowany przez rodziców okazał się ciężarem ponad nasze siły.

Agnieszka Leleniewska