7 marca miałeś okrągłe urodziny, 40 lat minęło... i co?

PRZEMYSŁAW SALETA: Z dawnego punktu widzenia jestem starym zgredem, ale nim się nie czuję. Przez ostatnie 20 lat bardzo zmieniła się świadomość ludzi. Teraz szybciej się wchodzi w dorosłość, a później przechodzi z dorosłości w starość. Widać to nawet po muzyce. Lubię hip-hop, np. LL Cool J'a. On jest po czterdziestce i wciąż w czołówce, czy ktoś patrzy na niego jak na zgreda? Zastanawiam się, czy nie jest problemem, że nie za bardzo czuję różnicę, co wypadało, gdy miałem 25, a tym, co teraz, gdy mam 40 lat.

Syndrom Piotrusia Pana?

PRZEMYSŁAW SALETA: Kiedyś teoria była taka: wypadało się ustatkować, spędzić życie z jedną kobietą. Teraz świadomość jest inna: że oczywiście każdy chce spotkać tę kobietę i spędzić z nią resztę życia, ale gdy nie spotka się jej za pierwszym razem, to może za drugim albo za trzecim.

A jak jest z małżeństwem? Też do trzech razy sztuka? Żeniłeś się już dwa razy.

PRZEMYSŁAW SALETA: Wypadałoby spróbować raz jeszcze, nie uważasz? Ale dobrze, gdyby ten trzeci raz był na zawsze.

Więc będzie ten trzeci raz z obecną narzeczoną Ewą?

PRZEMYSŁAW SALETA: Zapewne tak.

Jesteś dżentelmenem?

PRZEMYSŁAW SALETA: Myślę, że tak. Jestem bardzo opanowany, ciężko sprawić, abym się zdenerwował. Nie doczekasz się z mojej strony chamskiej, niekontrolowanej sytuacji. Wyniosłem to z domu. Mój ojciec jest najkulturalniejszym człowiekiem, jakiego znam. Moje wzorce wychowania są nawet czasem staroświeckie, np. do rodziców zwracam się w trzeciej osobie: "czy tata, czy mama...". Przepuszczanie kobiet w drzwiach to standard, ale myślę, że o tym, czy jest się dżentelmenem, tak naprawdę decyduje umiejętność opanowania, szczególnie w sytuacji stresowej.

Dżentelmen nie podniósłby ręki na kobietę. Ale Doda ostro prowokowała w programie "Gwiazdy tańczą na lodzie". Czy po operacji cię przeprosiła?

PRZEMYSŁAW SALETA: Nie, ale to nie ma znaczenia. Dla mnie liczą się tylko opinie bliskich na mój temat. W... Jak to było? "Gwiazdy tańczą...?" Właściwie w moim przypadku program powinien mieć tytuł "Jeżdżą..." albo jeszcze lepiej "Stoją na lodzie", bo ja tam tylko stałem, dobrze się bawiłem. Sytuacją z Dodą również. Wychodziłem z założenia, że taka jest jej rola w tym programie. Doda to Doda, musi wykraczać poza granice, nawet swoje. Potem się zreflektowałem, że ona naprawdę się tym przejmuje, denerwuje i nie ma do tego dystansu.

Czy kiedyś jednak użyłeś siły, bo wszelkie argumenty zawiodły?

PRZEMYSŁAW SALETA: Nigdy nikt mnie nie sprowokował. Choć ostatnio stanąłem w obronie Szymona Majewskiego. Późnym wieczorem byliśmy grupą w kinie. Szymon ma lekkie ADHD i nadprogramowo macha rękami. Przez przypadek potrącił chłopaka, jak się okazało podpitego 20-latka, który w ręku miał otwarte opakowanie z pizzą. Zaczęła się między nimi dyskusja, którą Szymon starał się obrócić w żart, ale tamten człowiek najwidoczniej nie miał poczucia humoru. Położył pizzę na ziemi i ruszył w naszym kierunku. Więc przytrzymałem go na odległość. Z prawnego punktu widzenia nie mogę się wdawać w bójki, chyba że w obronie własnej. W innym wypadku jestem podciągany pod paragraf: "atak z użyciem niebezpiecznego narzędzia".

Jakiego niebezpiecznego narzędzia?

PRZEMYSŁAW SALETA: Uprawiam zawodowo kickboxing, w świetle prawa moje nogi i ręce są niebezpiecznymi narzędziami.

Bardzo odważny był ten chłopak.

PRZEMYSŁAW SALETA: Na początku nas nie rozpoznał. Gdy się zreflektował, prosił o autograf. Nie było więc ani bójki, ani autografu. Za to następnego dnia Majewski nagrał się na moją automatyczną sekretarkę: "Przemek, jeśli jeszcze raz będziesz miał podobną sytuację na ulicy, możesz do mnie dzwonić, kiedy zechcesz. Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć".

Twój o rok młodszy brat też mógł na ciebie liczyć? Broniłeś go?

PRZEMYSŁAW SALETA: Nie, on bronił mnie. Był waleczny, ja byłem sierotą. Wtedy miałem długie włosy i wszyscy mnie za nie ciągnęli. Mój brat w żłobku - chociaż jeszcze nie chodził - już wszystkich wrogów gryzł w nogę. Jemu zawdzięczam, że przeżyłem żłobek.

"Sierota" i do tego chuderlawy. Mając 17 lat, miałeś 187 cm i 62 kg. Zacząłeś podnosić ciężary, by zyskać aprobatę dziewczyn?

PRZEMYSŁAW SALETA: Wtedy byłem w kółku recytatorskim, często deklamowałem wiersze na konkursach. Więc uznania dziewczyn mi nie brakowało. Przez wakacje urosłem 15 cm, więc przy wadze 62 kg rzeczywiście byłem bardzo chudy. Kupiłem 3-kilowe hantelki, takie wtedy najcięższe były dostępne. Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach nie było siłowni, sztangę montowałem z kija i do niego przywiązywałem kamienie. Dopiero gdy trener zobaczył, że moje treningi to nie słomiany zapał, dał mi pieniądze na prawdziwą, 50-kg sztangielkę. Z bratem pojechaliśmy po nią do Wrocławia. Do dziś pamiętam, jak nieśliśmy ją ze sklepu na oddalony dworzec. Myślałem, że nigdy tam nie dojdziemy i polegnę po drodze. Więc gdy dojechaliśmy do rodzinnej Bystrzycy Kłodzkiej, choć do domu było bardzo blisko, wezwaliśmy ojca na pomoc.

Kiedy ostatni raz dałeś kwiaty kobiecie? Urodziny i imieniny się nie liczą. I jaką najbardziej zwariowaną rzecz dla niej zrobiłeś?

PRZEMYSŁAW SALETA: Oprócz małżeństw? Albo nie jestem tak szalony, albo jestem sklerotykiem. Kwiaty daję trzy razy w tygodniu, ale to chyba nic szalonego?

Dla niektórych to może być wariactwo. Powiedziałeś, że potrafisz żyć bez kobiet, ale mnie się wydaje, że ty nie umiesz bez nich funkcjonować?

PRZEMYSŁAW SALETA: Chodziło mi o to, że sam się nie nudzę i potrafię zorganizować sobie czas. Dam sobie radę z praniem czy gotowaniem. Zawsze przecież można pójść do restauracji. Lubię towarzystwo kobiet, bo ono uszlachetnia, zmusza do lepszego zachowywania się. I na początku łatwiej się z kobietami dogaduję. Ale poza pewną granicę zaufania z kobietami się nie przechodzi. Nie chcę powiedzieć, że między mężczyzną a kobietą nie jest możliwa przyjaźń. (Choć spotkałem się z taką teorią, że jest, tylko wtedy, gdy jedno z nich jest przeraźliwie brzydkie). Ale gdy polubisz faceta, wiadomo, jakie relacje wchodzą w grę. Z kobietą w grę wchodzą też inne rzeczy, dlatego od poznania do przyjaźni droga jest dużo dłuższa niż z mężczyzną.

Według ciebie, każdy sportowiec to egoista. Teraz już mniej nim jesteś?

PRZEMYSŁAW SALETA: Egoista w sensie egocentryk, ale to wynika z wykonywanego zawodu, bo sport to jest zajęcie zajmujące 24 godziny na dobę. Ważny jest też wypoczynek, posiłki itd. i za bardzo nie ma czasu na sentymenty. W związku z tym dzień musi być poukładany pode mnie. Z drugiej strony rozumiem, że ktoś ma swoje plany, swój harmonogram, więc ja się do nich również nie wtrącam.

Kiedy bokser przechodzi na emeryturę?

PRZEMYSŁAW SALETA: Kiedy poczuje, że już jest czas. To indywidualna sprawa, zależna od wieku, zdrowia, ambicji. Większość zawodowych bokserów żyje z tego, że więcej przegrywa niż wygrywa. Na swoim koncie mają kilka wygranych i np. kilkaset porażek. Dla nich ważne jest jedynie, by nie zostać znokautowanym, bo wtedy są zawieszeni na sześć tygodni i przepadnie im kilka walk i grube pieniądze. Gdybym się skoncentrował, mógłbym jeszcze raz próbować zdobyć tytuł mistrza Europy, ale wtedy musiałbym podporządkować kolejne dwa lata tylko treningom. Do zawodowego boksu już nie wrócę. Teraz koncentruję się na dwóch projektach medialnych i pracy w swojej agencji marketingowej. Po ostatnich przejściach wiem, że dziś jesteś, ale jutro może cię nie być. Chcę teraz trochę wolniej żyć, więcej czasu spędzam z moimi bliskimi.

Sylwetka gwiazdy : Przemysław Saleta