Przy tym, co robią, klasyczna ekologia czy regularne spacery po lesie to sport dla mięczaków. Porzucają domy, by zamieszkać na drzewie. Budują edukacyjne ekowioski, w których można nauczyć się przetrwania w trudnych warunkach pozamiejskiej społeczności. Jedzą surowe mięso i biegają boso po Nowym Jorku. Po co?

Współczesny jaskiniowiec

Nie lubią, gdy nazywa się ich nowoczesnymi Flintstonami – wolą bardziej jednoznaczne „ łowca, zbieracz”. Świadomie wracają do stylu życia z epoki kamienia łupanego, nawet jeśli mieszkają na Manhattanie i na zwierzynę polują w hipermarketach przy pomocy kart kredytowych. Podstawą życia według filozofii Paleo jest radykalna dieta, w której skład wchodzi wyłącznie to, co jadł człowiek pierwotny – mięso, ryby, warzywa, owoce, nasiona, wszystko surowe, żadnych przetworzonych produktów. Między posiłkami często głodują – i to po kilka dni, bo człowiek pierwotny jadł dopiero, gdy upolował.

Zwolennicy idei twierdzą, że właśnie do takiego sposobu życia jesteśmy naturalnie przystosowani – to rozwój rolnictwa i przemysłu zmusił nas do zmiany nawyków. Wierzą też, że dieta Paleo pozwala uniknąć chorób cywilizacyjnych, takich jak otyłość, alergie, chroniczny stres i depresja – takie schorzenia u współczesnych jaskiniowców nie występują. Odpowiednia dieta to podstawa, ale nie wszystko. Łowcy – zbieracze uprawiają sport, choć i tu obowiązują restrykcyjne zasady. Trenują biegi, skoki, pływanie, wspinaczkę, niekoniecznie regularnie, ale intensywnie – w końcu żaden jaskiniowiec nie uprawiał sprintu dla przyjemności, czasem po prostu musiał uciec przed mamutem. Chodzą boso i kąpią się w lodowatej wodzie. Żyją w zgodzie ze zmianami pór roku i dnia – śpią przynajmniej po osiem godzin, zamiast sztucznego światła wybierają częsty kontakt z tym naturalnym i nie są ortodoksyjnie higieniczni, bo to podobno osłabia naturalną odporność i wzmaga podatność na alergie. Mają też swój pomysł na wychowanie dzieci – od przedłużonego karmienia piersią, po puszczanie tych trochę starszych na samopas – niech się hartują. Paradoksalnie wśród inicjatorów i zwolenników mody na dietę (wymyślił to pewnie nowojorczyk, ale Paleo szybko rozpowszechniło się w reszcie Stanów Zjednoczonych i Europie) dominują mężczyźni. Kryzys odesłał ich z powrotem do jaskiń? Przejmowanie nawyków człowieka pierwotnego – choćby wyłącznie żywieniowych, to być może próba znalezienia nowego modelu męskości. Błaganie o renesans macho, w jego najbardziej, nomen omen, pierwotnej formie.

Być jak Bear Grylls

Zwolennicy Paleo zakładają powrót do stylu życia człowieka pierwotnego, ale z faktycznym człowiekiem pierwotnym oczywiście nie mają nic wspólnego – mieszkają raczej w loftach niż jaskiniach, surowe żeberka trzymają w zamrażarkach, a na co dzień nie zagrażają im dzikie zwierzęta. Nawet jeśli regularnie oddają krew, co też ma ich zbliżyć do zamierzchłego przodka, któremu zdarzało się ją przecież tracić w walce z tygrysami. Trochę innym przypadkiem są ci, którzy na własne życzenie pozwalają się wysłać w sam środek tropikalnego lasu, by tam przeżyć o paru robakach i szklance deszczówki. Survival to idealna sytuacja dla tych, którzy lubią się sprawdzać – w bardzo podstawowych warunkach, przy bardzo ograniczonych możliwościach, bez technologii, internetu i aplikacji, która podpowie, jak z trzech gałęzi i paru liści zbić szałas na bezludnej plaży. Dla żądnych wrażeń wymyślono popularne programy telewizyjne, których uczestnicy lądują w bardzo egzotycznym miejscu, bardzo z dala od swoich bezpiecznych przedmieść i muszą sobie poradzić – zbudować tymczasowy dom, rozpalić ogień, zdobyć pożywienie.

Nie wiadomo, na ile moda na jaskiniowca przywróciła do łask produkcje telewizyjne z survivalem dla odważnych amatorów, ale w tym sezonie znowu się ich namnożyło – niewiele się od siebie różnią, łączy je na pewno cel – wyrwać mieszczucha z bezpiecznego środowiska i rzucić go w środek dżungli nawet bez butelki wody – niech pokaże, co potrafi . Do jednego z takich programów uczestnicy nie mogą nawet spakować podstawowej garderoby – po lesie paradują zupełnie nago. Idolem wszystkich, którym marzy się przeżycie o dwóch bananach i paru innych rzeczach, których normalny człowiek by nigdy nie przełknął był Bear Grylls, eksżołnierz i gwiazda brytyjskiej telewizji, który w swoich survivalowych programach pokazywał, jak przeżyć w dziczy. Jak? Grylls pił własny mocz i jadł insekty – i to naprawdę najmniej szokujące ze wszystkiego, czego smakował. Fanów Gryllsa koniec końców nie oburzyła jednak dieta ich ulubieńca, a fakt, że tuż po zejściu z planu lądował z ekipą programu w pięciogwiazdkowym hotelu. Może myśleli, że on te robaki i zwierzęce odchody zjada na co dzień, dla zdrowia i przyjemności...

Gryllsa ma spore szanse dogonić Mick Dodge, bohater amerykańskiego serialu dokumentalnego, który 25 lat temu porzucił rodzinę i przeniósł się w oddalone od cywilizacji góry. Mieszka na drzewie, chodzi bez butów, zęby szczotkuje szyszką. Mick Dodge nie tęskni za swoją przeszłością, mówi, że szczęście daje mu bycie bosym nomadem. Je, co znajdzie, nie musi być żywe. „Nauczyłem się być padlinożercą i pozwoliłem, by głód naprowadzał mnie na różne rodzaje jedzenia – tak właśnie je znajduję. Zwierzęta zabite przez inne zwierzęta, zwierzęta zabite przez samochody…”.

Nie dla mieszczucha

Aż tak ekstremalnie nie trzeba. W myśl wyzwolenia się od wielkomiejskiego tempa, korków, smogu i korporacji powstała ekowioska w Barkowie na Mazurach, a inicjatorzy projektu powołali również Akademię Bosej Stopy – szkołę życia w zgodzie z naturą. Można tu przyswoić nie tylko praktyczne umiejętności, konieczne, by przetrwać w lokalnej społeczności funkcjonującej poza cywilizacją, ale i nauczyć się naturalnego budownictwa, survivalu i zdrowego odżywiania. Kiedyś przynajmniej część z tych umiejętności można było przyswoić w harcerstwie. Tylko po co nam takie umiejętności w samym środku cywilizacji? Kiedy przydatna okaże się wiedza, jak rozpalić ogień, zbudować broń i zdobyć jedzenie? To faktycznie niezbędne, by przetrwać, a może tylko fanaberia paru znudzonych facetów?

Wyznawcy stylu życia Paleo jedzą jak człowiek pierwotny, bo wierzą, że to ich uchroni przed całym złem współczesnego świata. Dbają o tężyznę fizyczną jak człowiek pierwotny – bo to z kolei ma im zapewnić długie życie w znakomitym zdrowiu (przy okazji zapominając, że statystyczny człowiek pierwotny najczęściej nie dożywał trzydziestki – choć najczęściej z powodu dzikich zwierząt i braku ogrzewania w jaskini). Amatorzy survivalu zjedzą wszystko, co się jeszcze rusza albo kiedyś ruszało, żeby sprawdzić, czy w sytuacji kataklizmu, który zmiecie znany im świat z powierzchni ziemi, będą w stanie przeżyć. Bo przezorny zawsze przygotowany na najgorsze. A może po prostu brakuje im wrażeń? A co z tymi, którzy chętnie by uciekli, ale niekoniecznie do jaskini albo w egzotyczną dzicz? Minimalistom w ramach dezercji z cywilizacji wystarczy zwykły, sporadyczny kontakt z naturą. Naukowcy zachęcają. To może być nawet krótki spacer po parku – zieleń i cisza odprężą, rozładują stres, zminimalizują agresję, a zamiana światła monitora komputera na naturalne światło słoneczne zagwarantuje zastrzyk witaminy D, która odpowiada za naturalną odporność organizmu. Inna sprawa, że znalezienie dziś kawałka czystej, nieskażonej cywilizacją natury też wymaga umiejętności co najmniej survivalowych.