„Powrót Bena” - film, obok którego nie przejdziesz obojętnie

„Powrót Bena” to historia, która jest aktualnym tematem w niejednym domu. Tytułowy Ben (Lucas Hedges - okrzyknięty wschodzącą gwiazdą amerykańskiego kina), to najstarszy syn Holly (w tej roli fenomenalna Julia Roberts), który wraca na święta do domu z kliniki odwykowej. Powrót Bena zaburza harmonię, która panuje w domu przed świętami i najchętniej obecny mąż Holly i najstarsza siostra Bena odesłałyby chłopaka z powrotem na odwyk. Może to za sprawą magii świąt ostatecznie Ben zostaje w domu na jeden dzień, pod warunkiem, że jego matka będzie go miała na oku przez 24 godziny na dobę.

Julia Roberts w filmie „Powrót Bena” odczarowuje swój wieloletni wizerunek aktorki kojarzonej głównie z komedii romantycznych. Takiej Julii Roberts jeszcze nie widziałyście na ekranie: to świadoma, dojrzała kobieta, matka, którą targają uczucia, a która za wszelką cenę stara się zapewnić swojej rodzinie idealne życie. Pytanie tylko, czy czasami nie zbyt idealne?

Powrót Bena wymaga od niej zderzenia się z samą sobą. Z jednej strony serce Holly podpowiada, że musi ona wspierać syna, a z drugiej, rozum każe jej być czujną, bo niebezpieczeństwo w postaci narkotyków czyha na każdym kroku. Holly wierzy w syna i chce w niego wierzyć, co udowadnia w każdej minucie filmu. Niesamowita walką, jaką o niego toczy udziela się widzowi, który również ma nadzieję, że Ben wygra swoje życie.

Razem z Holly i Benem przeniosłam się do ich świata, ale najbardziej utożsamiłam się z Julią Roberts - matką, która tak naprawdę sama musi zawalczyć o Bena, bo jako jedyna wierzy w niego.

Przyznaję, że dawno żaden film nie poruszył mnie tak bardzo. Pewnie dlatego, że sama jestem matką i boję się o przyszłość swoich dzieci. Wiem, że spoczywa na mnie wielka odpowiedzialność za ich życie i los i zwłaszcza teraz, kiedy moje dzieci są jeszcze małe, muszę wykonać największą pracę, żeby pokierować ich życie na właściwe tory, dać im wiarę, mądrość, żeby potrafiły odróżnić dobro od zła.

Na filmie byłam z dwiema innymi matkami i wszystkie miałyśmy podobne przemyślenia: ta obawa towarzyszyła każdej z nas.

Nie będę zdradzała wam zakończenia filmu, mogę wam jedynie powiedzieć, że film będzie was trzymał w napięciu do końca. Uważam, że na ten film powinni wybrać się rodzice ze swoimi dorastającymi dziećmi.

Kiedy w szkołach prowadzone są zajęcia uświadamiające zagrożenia, jakie niesie ze sobą bezmyślne sięganie po lekkie narkotyki, to proponuję nauczycielom, żeby w ramach takich zajęć wybrać się z młodzieżą na „Powrót Bena”. Jestem pewna, że ten obraz będzie dla nich wspaniałą lekcją, która trafi do nich bardziej, niż podręcznikowe przykłady. Z pewnością potraktują ten film jako jedną z lekcji życia.

„Mój piękny syn” czyli film o tym, kto płaci najwyższą cenę za nałóg

Jeśli chodzi o film „Mój piękny syn” w rezyserii Felixa Van Groeningena, który właśnie zadebiutował na ekranach, są dwie rzeczy, które przysłowiowo „wciskają w fotel”. Pierwszą, jak można się domyślić, jest obraz stopniowej degradacji osobowości tytułowego bohatera, w rolę którego wciela się Timothee Chalamet. Uzależnienie od metamfetaminy postępuje błyskawicznie i jest z tych, z których raczej się nie wychodzi – to najsilniej uzależniający i dający największego kopa narkotyk.  

Druga, dużo mocniejsza strona tego filmu, zwłaszcza dla rodziców zasiadających przed ekranem, to kwestia związana z byciem rodzicem właśnie. Bo bardziej niż Nic, to jego ojciec David Sheff (w rolę dziennikarza genialnie wciela się Steve Carell) jest głównym bohaterem tego filmu. W którym momencie właściwie kończy się, albo powinna skończyć się opieka nad dorosłym już dzieckiem, które niby chce, ale jednak nie poddaje się odwykowi (i właściwie dlaczego tak się dzieje)? Jaka jest cena zaufania i wolności wyboru, w jakie swoja pociechę wyposażamy i dalej, na ile jako rodzice mamy obowiązek (żeby było jasne – przed samym sobą) walczyć o młodego człowieka, a kiedy odpuścić, uszanować jego decyzję i po prostu być obok – to tylko kilka rozdzierających pytań, z którymi wychodzi się z kina.

To, co na pewno jest ogromną zaletą ekranizacji wspomnień dziennikarza w reżyserii Van Groeningena, to odejście od łatwej tezy sugerującej, że za popadnięciem w nałóg stoi rozejście się rodziców i fakt, że opieka nad kilkuletnim chłopcem zostaje powierzona ojcu. Szalenie ciepła i bliska przez lata relacja ojciec – syn, pełna zaufania, wolności, miłości i wsparcia, nie chroni jednak tytułowego syna przed popadnięciem w nałóg, który nie daje szans na przetrwanie. Film wybrzmiewa tezą, że to może się przytrafić każdemu z nas.  

Sugestywny i do bólu dopowiedziany obraz spustoszeń, jakie czyni nałóg i to wcale nie tylko u uzależnionego to argument za tym, żeby obejrzeć ten film z dojrzewającymi dziećmi. Duet Chalamet-Carell mistrzowsko pokazuje, że uzależnienie nie jest czymś co „przytrafia się” młodym, to choroba która trawi cała rodzinę i z której w pewnym sensie nie wychodzi się nigdy. (MW)