Weronika Nowakowska  jest sportsmenką z sukcesem, ale sportsmenką nietypową. Polska biathlonistka, która kończy właśnie swoją ostatnią olimpiadę w Pjongczang 2018 jako jedna z niewielu kobiet zawodowców zdecydowała się założyć rodzinę, zajść w ciążę i pójść na urlop macierzyński. Do sportu wróciła dzięki ogromnej determinacji i sile woli.

Wróciła Pan do sportu po sześciu tygodniach od urodzenia dzieci, ale do tej pory nie zostawiała Pani swoich bliźniaków na tak długo?

Moja ciąża była zaplanowana, ale nie spodziewałam się, że zostanę mamą bliźniaków. Miałam urodzić, wrócić szybko do sportu, jeździć z dzidziusiem na zgrupowania. Okazało się jednak, że życie miało swoje własne plany. Opieka nad bliźniakami nie jest tak prosta, nie mogę mieć normalnego standardowego pokoju na zgrupowaniach, bo potrzebna jest przestrzeń, samochód osobowy trzeba było zamienić na busa, żeby zmieścić całą rodzinę...

Wszystko się jednak udało i spełniłam swój warunek – nie było szans, żebym jeździła na treningi przez 200 dni w roku, a dzieci widywała w pozostałe miesiące.

Na tak wysokim poziomie sportowego zawodowstwa nie jest to chyba decyzja, na którą decyduje się wiele kobiet?

Nie, tym bardziej, że ja zdecydowałam się na dziecko w momencie szczytowym dla swojej kariery. Byłam aktualną wicemistrzynią Europy i wicemistrzynią świata, poczułam jednak, że jestem już trochę zmęczona. Zawsze chciałam mieć rodzinę, coś poza sportem, na całe życie. To była moja najlepsza decyzja – odważna, ale dziś jestem osobą spełnioną.

Powrót do sportu po przerwie nie był chyba jednak tak przyjemnym doświadczeniem, prawda? Zwłaszcza kiedy podejmuje się go w pojedynkę.

Ta dość trudna sytuacja bardzo mnie wzmocniła. Moja ciąża i wszystko co się wydarzyło później było weryfikacją moich sportowych marzeń. Sprawdziłam, na ile silna jest moja pasja do biathlonu, jak wiele jestem w stanie znieść, żeby wrócić do formy. Skłamałabym mówiąc, że wszyscy wierzyli w mój powrót na dobry poziom. Moja decyzja wywoływała niedowierzanie i uśmiechy.  Teraz słyszę, że już wygrałam, udało mi się. Biorę życie takim, jakie jest.

Jest Pani dla swoich kibiców wzorem, a dla innych kobiet motywacją, zwłaszcza, że często dzieli się Pani w mediach społecznościowych swoimi doświadczeniami. To budujące?

To mnie maksymalnie motywuje, czasem wystarczy dobre słowo. Ta energia, która tworzy się w social mediach jest obopólna, moi obserwujący wiedzą, że mówię dużo, ale „za gadaniem idzie działanie”.  Dostaję wiele wiadomości od kobiet, od sportowców, od osób chorych, którzy mnie śledzą i moje małe sukcesy dają im inspirację do działania. Ostatnio napisała do mnie moja koleżanka, też zawodowa sportsmenka, że zdecydowała się na macierzyństwo. Ktoś pracował w korporacji, ale postanowił jednak zrobić coś dla siebie. Oni wszyscy w mojej historii znajdują siłę do działania – to jest dla mnie wielka nagroda.

Jak wygląda codzienny trening mamy-biathlonistki?

Najtrudniej jest w porze letniej, bo wbrew pozorom wtedy trenujemy najwięcej. Zimą mamy dużo startów, ale też więcej odpoczynku. Codziennie budzę się wcześnie, razem z moimi dziećmi, mam czas na moje śniadanie, posiłek dla Groszków. Na zgrupowaniach mam dwie mamy (moja i mojego partnera Szymona), które pomagają mi w opiece nad bliźniakami. Później w czasie pierwszej drzemki Kuby i Kacpra ja wychodzę na pierwszy trening, a kiedy wracam mam chwilę dla nich, ponieważ dzieciaki właśnie się budzą. Cała moja rodzina jest zaangażowana w organizację takiego dnia. To właśnie ona, działająca jak jeden wspólny organizm, pozwoliła mi na start w Igrzyskach Olimpijskich. Po zakończeniu kariery spokojnie mogę pracować w logistyce (śmiech).

Po południu wychodzę na drugi trening, a chłopców zostawiam z babciami. Muszę jednak znaleźć czas na usypianie maluchów, dopiero późniejszym wieczorem mam czas tylko dla siebie – masaż, stretching, kąpiel, napisanie dzienniczka treningowego. W nocy wstaję do chłopców, jeśli się budzą, a w kolejny poranek zaczynam od początku.

To bardzo ciężka dwu etatowa praca prawda?

Zazwyczaj sportowcy po treningach odpoczywają, ja mam dwoje dzieci do ogarnięcia. Jasne, że często, zwłaszcza kiedy Groszki były całkiem małe, byłam maksymalnie przemęczona. Luksusem dla mnie była kąpiel czy nałożenie maseczki na włosy. To był bardzo intensywny czas, ale pełen radości.

Jak trenuje sportsmenka w ciąży, która na co dzień przyzwyczajona jest do długich ciężkich treningów?

Ciąża nie jest chorobą, jeśli jest zdrowa i niezagrożona. Kobiety powinny się wtedy ruszać, a nawet udowodniono naukowo fakt, że sport podwyższa poziom endorfin. Widzę jak radosne i aktywne są moje dzieci, a to jest pokłosie tego, że do ostatniego momentu ciąży się ruszałam. W piątym miesiącu wchodziłam jeszcze na Śnieżkę, pod sam koniec brzuch pozwalał mi tylko na pływanie. Nie pozwalałam sobie na bieganie, czy jazdę na rowerze, nic co mogłaby zagrozić ciąży, aczkolwiek w trzecim miesiącu brałam jeszcze udział z moim zespołem w mistrzostwach świata w Oslo, gdzie zajęłyśmy w sztafecie czwarte miejsce. Drużyna wiedziała oczywiście wcześniej, że jestem w ciąży, kibicom ogłosiłam tego newsa po zwycięstwie.

Słyszałam, że w ramach relaksu lubi pani gotować?

Tak, ale najbardziej lubię jeść. Na co dzień nie mam czasu gotować, jednak z wielką pasją oddam się kulinariom po sezonie.

Cukiernictwo też nie jest Pani obce, prawda?

Wraz z siostrą otworzyłyśmy w zeszłym roku cukiernio-kawiarnię w Dusznickim Parku Zdrojowym, którą nazwałyśmy Cukier Puder. Tam serwujemy robione na miejscu tradycyjne domowe ciacha, ale też desery fit, bezglutenowe. Staramy się, żeby klienci cieszyli się dobrą atmosferą i dobrym smakiem. Liczę na to, że po sezonie będę miała czas, żeby porozmawiać z klientami, podać im kawę, zająć się biznesem. Na dzień dzisiejszy to moja siostra pełni honory gospodyni w Cukier Puder.

W marcu kończy się sezon i zaczynają dla Pani i pani rodziny wakacje?

Planujemy dłuższe wakacje z Szymonem, gdzieś w egzotyczne kraje. To będą pierwsze wczasy bez dzieci. Potrzebujemy spędzić trochę czasu tylko we dwoje. Mamy taki plan na kwiecień.

Pani partner też żyje tak aktywnie? Nadąża za Panią?

Dobraliśmy się idealnie, Szymon jest fizjoterapeutą i trenerem badmintona i to jest jego wielka pasja. Świetnie rozumie wyzwania, które przede mną stoją, wspiera mnie jako partner, jest idealnym tatą.

Trzy cechy, które lubi Pani w sobie najbardziej to?

Radość życia, pracowitość, optymizm i determinacja – niech będą cztery (śmiech).

Zostając w temacie determinacji: o czym jest film „Do trzech razy sztuka”?

To jest film opowiadający szczerze historię kobiety, która postanowiła wyjść ze swojej strefy komfortu. Zaszła w ciążę, przerwała karierę, ale trenowała dalej sama. O kobiecie, która nie bała się wystawić na krytykę. Trzymała się mocno przez cały czas. I teraz jest bardzo szczęśliwa.

Dziękuję za rozmowę.

Polskie biathlonistki w Pjongczangu zajęły siódme miejsce, ale Weronika Nowakowska-Ziemniak i tak już wygrała o wiele więcej.  Jej upór i determinacja zasługują na złoty medal. Nowakowska po występie w Pjongczang 2018 zapowiedziała koniec sportowej kariery. Trzymam kciuki pani Weroniko!