„Proszę wziąć urlop i kupić witaminy” – czyli przychodzi Hashimotka do lekarza

Ewa Galant doskonale wie jak to jest. Gdy pierwszy raz poszła do lekarza, usłyszała, że musi więcej odpoczywać – a wtedy jej problemy na pewno się skończą. I choć nie wzięła sobie do serca tej rady, musiało minąć kolejnych 8 lat, nim w końcu usłyszała właściwą diagnozę. Jej przypadek nie jest odosobniony. Niezdiagnozowane Hashimotki latami odbijają się od drzwi różnych specjalistów, którzy nie są w stanie połączyć kropek. Tymczasem wczesne wykrycie choroby Hashimoto daje duże szanse na uregulowanie organizmu dietą i odpowiednią aktywnością, bez konieczności przyjmowania hormonów. Zwłaszcza, że autoimmunologiczne zapalenie tarczycy wcale nie jest łatwą i prostą w obsłudze chorobą, jak zdaje się uważać większość z nas. Nieleczone, w skrajnych przypadkach może doprowadzić do utraty tarczycy, a do tego zwiększa aż dwukrotnie szanse na drugą chorobę autoimmunologiczną.

Nie mówiąc już o szeregu uciążliwych objawów, które skutecznie utrudniają codzienne funkcjonowanie. Zmęczenie, depresja, obniżone libido, zaniki pamięci, wypadanie włosów, wzrost wagi – to tylko kilka z nich. Moment diagnozy to dopiero początek walki o siebie i normalne życie. Sprawę komplikują niejasne normy laboratoryjne i niepełne badania, często sugerujące, że jest dobrze – choć wcale nie jest. Wielu kobietom nie udaje się wejść w remisję, część z nich nie jest w stanie się w niej utrzymać. To właśnie dla nich powstała Hashiona – pierwsza aplikacja, która pomaga osobom z Hashimoto uregulować styl życia i wejść w remisję.  Hashiona umożliwia śledzenie objawów i analizę przyczyn, pozwala monitorować wyniki i pomaga lekarzom w obserwacji postępu. Działa jak wirtualna klinika lub prywatny asystent, który dba o nasze zdrowie. W czym jest najbardziej pomocna – i co musiało się wydarzyć, żeby powstała? Rozmawiamy z jej założycielką, Ewą Galant.

Anna Bukowska: Dlaczego tak ciężko jest zdiagnozować Hashimoto i dlaczego zajmuje to tyle czasu?

Ewa Galant: To bardzo złożony problem. W Stanach jest 20 do 30 milionów pacjentów, na których przypada około 1000 aktywnych endokrynologów. To kropla w morzu potrzeb. W Polsce również mamy ok. 1000 aktywnych lekarzy tej specjalności, a mówi się, że nawet do 22% populacji choruje. To jakieś 6-7 milionów Polaków. Rejon Europy Środkowo-Wschodniej ma o wiele wyższy stopień zachorowań, niż w krajach Europy Zachodniej i nie wiadomo dokładnie, skąd taka asymetria. Są teorie, że to może być wpływ katastrofy w Czarnobylu, ale nie jest to potwierdzone żadnymi badaniami. Jeśli weźmiemy pod uwagę terminy na NFZ, na wizytę do endokrynologa zdarza się czekać nawet do 2 lat!

Druga kwestia to standardy przyjmowania pacjentów. Schorzenia takie jak niedoczynność i nadczynność tarczycy są chorobami cywilizacyjnymi. Kiedyś dotykały głównie kobiety po 60. roku życia i tym problemem zajmowali się lekarze, specjalizujący się w tych schorzeniach. Teraz jest nas tak dużo, że ten problem został przerzucony dla lekarzy ogólnych, którym trochę współczuję. Bo oni nie mają przygotowania medycznego, nie są specjalistami w tej dziedzinie. Ich zadaniem jest łączenie kropek i czuwanie nad przebiegiem leczenia medycznego. W dodatku, w wielu krajach lekarz pierwszego kontaktu ma między 8 a 15 minut na jednego pacjenta. Co zdąży zrobić przez ten czas? Oczywiście może wypisać receptę i jest to najłatwiejsze, za 3 miesiące zapraszam na rewizję dawki. Ale jeśli pacjentka ma 30-40 objawów, to nawet lekarz, który ma wiedzę i odpowiednie przygotowanie, nie będzie w stanie zaadresować wszystkich symptomów na jednej wizycie. Niestety sporo w tym wszystkim też ignorancji lekarzy. Objawy Hashimoto są tak ogólne, że często są mylone z innymi dolegliwościami. Przykładowo, jest spora grupa kobiet, które przed zdiagnozowaniem Hashimoto były leczona na depresję, bo jest ona jednym z objawów! Część z nich brała nawet środki psychotropowe, a kiedy okazało się, że to jednak choroba tarczycy i udało się uregulować hormony, depresja z miejsca ustępowała. To poważny błąd lekarski. Nigdy nie powinno się wypisywać leków bez badań, ale niestety takie rzeczy się zdarzają.

Jak było w Twoim przypadku?

U mnie diagnostyka trwała 8 lat. Pierwszy raz wylądowałam u lekarza kiedy miałam 18 lat. Doszłam do wniosku, że coś jest nie tak, bo ciągle jestem zmęczona, nie mam energii, chce mi się spać. Podejrzewałam, że to może być cukrzyca. Lekarka zapytała mnie, czym się zajmuję, więc powiedziałam, że studiuję dziennie, a po zajęciach dorabiam na swoje wydatki. W odpowiedzi usłyszałam, że to właśnie stąd wynikają moje problemy. Jeśli jest pani od rana do wieczora na zajęciach, a potem jeszcze w pracy – czego pani ode mnie oczekuje? To normalne, że jest pani zmęczona. Proszę wziąć urlop, kupić witaminy, jest pani młodą kobietą, będzie dobrze. Nie zrobiono mi żadnych badań. Pewnie gdybym dostała na nie skierowanie, nie musiałabym czekać aż do 26 roku życia na diagnozę. Może nawet nie musiałabym brać tych tabletek.

Czym się może skończyć brak właściwej diagnozy?

Mówi się, że Hashimoto to prosta choroba, która dotka tylko tarczycę. Bierze się na to tabletki, nikt nie umiera, nie jest tak źle. Ale to nie do końca prawda. Jeśli nie będziemy o siebie dbać, to w skrajnych przypadkach możemy tę tarczycę po prostu stracić, trzeba będzie ją wyciąć, a choroba autoimmunologiczna może zaatakować inne organy. Zwłaszcza, że tego typu choroby często występują parami lub wręcz trójkami. Jeśli cierpisz na Hashimoto, jest spora szansa, że możesz mieć dodatkową chorobę, np. insulinoodporność, zespół policystycznych jajników czy chorobę Crohna. Jeśli pacjent ma już jedną chorobę autoimmunologiczną, szanse na drugą wzrastają nawet o 25-50 proc. w porównaniu z osobami zdrowymi! Ci pacjenci do końca życia będą musieli bardzo uważać na swoje zdrowie, regulować styl życia i dbać o to, by wciąż być w remisji – a więc dbać o jelita, przysadkę, nadnercza i cały system immunologiczny. Więc to nie jest wyłącznie problem tarczycy.

Co było dla ciebie najtrudniejsze w zmaganiach z Hashimoto?

Dwie rzeczy. Po pierwsze permanentne zmęczenie – myślę, że to jeden z tych objawów, które wymieniłby każdy. Kiedy jesteśmy ciągle zmęczeni, nie możemy normalnie funkcjonować. Można porównać to do stanu takiego bardzo silnego kaca z czasów młodości: nic ci się nie chce i masz ochotę tylko leżeć na kanapie i przeglądać Facebooka albo oglądać Netflix. Drugim czynnikiem, który ja uważam za okropny jest tak zwana „mgła mózgowa”. Objawia się tym, że mamy problem z pamięcią. Na początku choroby miałam taką sytuację, że nie mogłam sobie przypomnieć prostej kalkulacji z tabliczki mnożenia. Pamiętam, że się wtedy popłakałam, bo jestem inżynierem z wykształcenia i matematyka nigdy nie była dla mnie problemem. Zaczęłam myśleć, że może mam demencję, nie wiedziałam co się dzieje. To są takie chwilowe „zaćmienia”, ale pamięć wybiórcza, czy brak możliwości wysłowienia się to był dla mnie największy ból.

Jakie badania trzeba wykonać, żeby wykluczyć bądź potwierdzić Hashimoto?

Lekarze mają pewną pulę, z której mogą zlecać badania tarczycy i najczęściej wykonuje się tzw. trójkę tarczycową, czyli test TSH, ft3 (trójjodotyronina) i ft4 (wolna tyroksyna), Lekarze bardzo często bagatelizują problem i zlecają tylko badanie TSH albo zapominają o badaniach na przeciwciała. Jeśli mówimy o niedoczynności tarczycy to trójka wystarczy, ale żeby wykluczyć lub potwierdzić Hashimoto, musimy sprawdzić również przeciwciała i wykonać USG tarczycy. I to jest kolejny problem, z którym służba zdrowia sobie nie radzi. Można mieć Hashimoto i badania trójki tarczycowej w najlepszym porządku. Tylko podczas badań na przeciwciała można zdiagnozować wczesny etap choroby.

Co więcej, same normy na TSH i ft4 bywają mylne. Normy laboratoryjne są wykonywane na podstawie średniej z tak zwanej całej populacji. Dla przykładu TSH ma normę od 0,5 do 4,2 - ale jeśli lekarz nie ma dobrej wiedzy, a my mamy TSH 3 to powie, że zgodnie z normami, powinnyśmy być zdrowe. Praktyka wygląda tak, że szczególnie młode kobiety, nie powinny mieć TSH wyższego niż 1,5. Powyżej tej wartości nie będą czuły się dobrze, nie będą również w stanie zajść w ciążę. Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie czy te normy są dobrze ustawione jeżeli kobieta w wieku reprodukcyjnym, mająca TSH 3, nie ma szans na zajście w ciążę.

Masz spory bagaż własnych doświadczeń, ale wiem, że przeprowadziłaś też wiele badań z innymi chorymi. W jaki sposób Twoja aplikacja jest w stanie realnie pomóc osobom z Hashimoto?

Wymieniłabym przede wszystkim dwie funkcjonalności. Pierwsza to możliwość analizy swoich własnych danych i śledzenie objawów – ale też wyłapywanie zależności między nimi. Jeśli ćwiczę cztery razy w tygodniu i po każdym treningu następnego dnia nie mogę wstać z łóżka, to znaczy, że ten trening jest zbyt intensywny i warto to zauważyć. Na co dzień najczęściej ignorujemy takie objawy, mamy ich tak dużo, że zwyczajnie nie zwracamy na nie uwagi. Mając aplikację, gdzie wpisujemy wszystkie czynności, jesteśmy w stanie zauważyć zależności pomiędzy naszymi działaniami a symptomami choroby. Na przykład u mnie po zjedzeniu glutenu zawsze pojawia się wspomniana już mgła mózgowa – ale nie od razu, tylko dopiero dzień po. Wyłapanie takiej zależności zajmuje sporo czasu, więc system analizy, który pozwala zobaczyć to na wykresie bardzo ułatwia sprawę i jest jednoznacznym sygnałem, że powinnam odstawić gluten. Każdy z nas przechodzi tę chorobę trochę inaczej. Symptomy są te same, ale ich nasilenie może się bardzo różnić, dlatego najlepiej zoptymalizować taką analizę pod siebie i pod swój organizm.

Druga kwestia to wejście w remisję. Ja sama sobie wydeptałam drogę do remisji i zajęło mi to mniej więcej 6-8 miesięcy. Natomiast na forach widzę setki kobiet, które nie wiedzą, jak to zrobić. Czuję, że mam pewien dług do spłacenia, bo sama byłam w komfortowej sytuacji, mogłam poświęcić czas, żeby nauczyć się swoich potrzeb i naprawić swoje zdrowie, miałam możliwości i fundusze, żeby wykonać te wszystkie badania. Wiele kobiet nie wie gdzie szukać pomocy, a lekarze często nie są w stanie pomóc. Leczenie kończy się w momencie, gdy hormony są uregulowane, ale objawy często nie ustępują, pomimo tego, że wyniki są w normie. Wtedy często słyszymy od lekarzy, że skoro nagle z powietrza przybyło nam 15 kg, to znaczy, że za dużo jemy, a jeśli mamy depresję – to trzeba iść do psychologa. To jest bardzo frustrujące, bo robi się z nas wariatki. Słyszymy od lekarza, że wszystko w porządku, ale wcale tak nie jest – bo żeby wejść w remisję trzeba często zmienić i uporządkować cały styl życia: dietę, aktywność fizyczną, suplementy, długość snu. Ogromne znaczenie ma tutaj stres: jeśli stresujemy się w pracy lub żyjemy w toksycznej relacji, mamy zaburzoną produkcję kortyzolu, który wpływa na hormony tarczycy i uniemożliwia wejście w remisję lub sprawia, że z niej wypadamy.

Zdarzyło ci się wyjść z remisji?

Tak, podczas projektu, który prowadziłam przez 6 miesięcy w Australii. Byłam w stresującej sytuacji, która zaczęła się jeszcze przed przyjazdem. Mój organizm się poddał, wyszłam z remisji i wszystkie symptomy wróciły. TSH było na poziomie 13. Poszłam do lekarki i kiedy zobaczyła moje wyniki zdziwiła się, jak w ogóle żyję przy tak wysokim poziomie TSH! Żeby nie wypaść z remisji, trzeba zadbać o siebie kompleksowo. Mieć na uwadze system odpornościowy, jelita, nadnercza, przysadkę. To jest wszystko połączone, cały system hormonalny, dlatego tak istotne jest, by nie skupiać się tylko na tarczycy. Hormony tarczycy mogą być uregulowane – tak często wychodzi z badań krwi - ale co z tego, jeśli nasz organizm nie przekazuje ich dalej, do innych komórek naszego ciała? Jeżeli one z jakiś powodów nie zostaną wchłonięte, to nie ma szans żeby człowiek dobrze się poczuł. Żeby osiągnąć sukces trzeba dobrać odpowiednią dawkę hormonów, ale również zadbać o wszystkie inne czynniki związane ze stylem życia.

Zatem aplikacja jest takim osobistym asystentem, który pomaga wejść w remisję, a później z niej nie wypaść?

W skrócie tak. Jest jeszcze kilka innych funkcji, ale z punktu widzenia pacjenta jest to asystent chorobowy, który przypomina o wszystkim i pokazuje kluczowe zależności, dzięki czemu możemy analizować symptomy i sprawdzać, z czego wynikają. Pracujemy też nad sztuczną inteligencją, która pozwoli nam podpowiadać co pacjenci powinni zrobić lub zmienić na podstawie zebranych danych.

Czy aplikacje takie jak Hashiona są w stanie wypełnić braki w służbie zdrowia, które w tej chwili obserwujemy?

Traktujemy Hashionę jako wsparcie i uzupełnienie, nie alternatywę dla leczenia. Musimy pamiętać o tym, że choroby autoimmunologiczne to choroby całego organizmu, które są nieuleczalne i nie da się obejść standardowej terapii. Zdarza się, że ktoś jest zdiagnozowany na bardzo wczesnym etapie, gdzie można wyregulować organizm samą dietą i obejść się bez leków. Jednak to dotyczy niewielkiego odsetka chorych. Większość osób z Hashimoto niestety jest skazana na to, żeby brać hormony codziennie, więc standardowa terapia to podstawa. Z drugiej strony samo branie hormonów nie likwiduje objawów. Dlatego właśnie powstała Hashiona, która ułatwia kobietom wejście w remisję choroby i pomaga im ułożyć styl życia tak, żeby mogły pozbyć się objawów i funkcjonować bez żadnych ograniczeń, tak jak przed chorobą. Aplikacja może być też pomocna dla lekarza, bo daje informację o tym, czy robimy progres i czy wszystkie zalecenia działają.

Co jest największym wyzwaniem w codziennym zarządzaniem startupem w tej chwili?

Ja lubię jak dużo się dzieje, w naszej firmie jest dwoje założycieli i mamy 15 osób z którymi współpracujemy. Anglicy powiedzieliby, że „I am wearing a lot of hats”, zajmuję się wieloma czynnościami. Rano miałam rozmowę z moim wspólnikiem, planowaliśmy dzień, teraz rozmawiam z Tobą, przez kolejne dwie godziny będę zajmować się marketingiem, później mam rozmowę z funduszem venture capital w Londynie, z którym będę się skupiać na naszym planie finansowym. Później znowu będę zajmować się bieżącymi sprawami naszej firmy, a wieczorem - jak zawsze w piątki - mam rozmowę z moim mentorem z Kalifornii. Mój dzień dzisiaj jest bardzo długi, wczoraj też taki był. To jest na pewno bardzo intensywna praca, ale dla mnie to fascynujące, że mogę zajmować się tyloma różnymi rzeczami na raz. Oczywiście wraz z rozwojem firmy zatrudnia się pracowników, którzy przejmują te zadania, są ekspertami w swoich dziedzinach. Na początku trzeba być jednak bardzo elastycznym i kreatywnym.

Dobrze Cię rozumiem w redakcjach jest bardzo podobnie – jednego dnia jesteś agencją kreatywną, drugiego robisz wywiad. Czy z Twojej perspektywy wybuch pandemii bardziej przeszkodził czy pomógł w rozwijaniu waszego produktu?

To trudne pytanie, bo nie wiemy co by się stało, gdyby nie wybuchła pandemia. Osobiście uważam, że lockdown trochę pomógł, bo pracując z domu jestem bardziej skupiona i mam mniej rozpraszaczy. Kiedyś bardzo dużo podróżowałam i tak sobie wyobrażałam, że jak założę swój własny start-up będę jeździć od konferencji do konferencji żeby poznawać ludzi i pokazywać produkt. Teraz wszystko jest online i to jest super. Nie ma znaczenia gdzie jestem dzisiaj, mogę w każdej chwili włączyć się do konferencji w Warszawie, Berlinie, Londynie, Nowym Jorku, Kalifornii. Pewnie gdyby nie pandemia, nie dostalibyśmy aż tyle zaproszeń do prezentacji naszego produktu na różnych eventach. Drugą zaletą tej sytuacji jest nacisk na produkty medyczne. Teraz wszystko co jest stworzone z myślą o pacjencie cieszy się dużą popularnością. Każdy lekarz potrzebuje teraz jakiegoś oprogramowania, żeby móc chociażby przyjmować pacjentów online. Cyfryzacja medycyny - a także innych obszarów - została nam narzucona i myślę, że z dużym pożytkiem dla wielu branż. Jest nawet taki żart  w branży IT „kto odpowiada za cyfryzację w Twojej firmie? Koronawirus”. Wcześniej wiele sektorów było opornych na digital, bo nie było takiej potrzeby. Wszyscy mieli świadomość, że taki moment nastąpi, ale koronawirus wymusił pewne zmiany szybciej. Teraz nikt nie rozpatruje narzędzi digitalowych jako coś co  warto mieć, tylko raczej jako coś, co trzeba mieć.

Czy branża startupowa przestała być zdominowana przez mężczyzn?

Ja zawsze wierzę w dane, jestem inżynierem i układam sobie świat poprzez dane. I dane mówią wprost, że nie jest ciekawie jeśli chodzi  o kobiety w startupach. Tylko 3% kapitału trafia do startupów stworzonych przez kobiety, 9% do zespołów mieszanych a całą resztę przejmują zespoły złożone z mężczyzn. I to jest bardzo smutne, natomiast to się zaczyna zmieniać. W Londynie i Nowym Jorku bardzo dużo mówi się o różnorodności i o tzw. minority founders, czyli grupach, które są niedokapitalizowane. To kobiety, mniejszości etniczne, osoby niepełnosprawne. Mówimy o włącznie grup, które są tutaj trochę na marginesie, do pewnych działań i to przekłada się na branżę technologiczną. W Londynie widać jak wiele duże fundusze robią dla tych mniejszości, zrzeszają je i zwiększają szansę na uzyskanie kapitału. Sama biorę udział w programie mentoringowym, który jest stworzy dla kobiet-założycielek. Coraz więcej funduszy przekazuje część swojego kapitału właśnie na rzecz minority founders. Niektóre firmy organizują speed dating dla założycielek startupów i inwestorów. Dzięki temu mamy szansę nawiązać nowe kontakty. Świat inwestycji jest bardzo zamknięty i dużo zależy od tego, czy znasz odpowiednie osoby, które skontaktują cię z innymi odpowiednimi osobami. Nowym osobom ciężko wejść do tej branży i pozyskać kapitał na rozwój swojego biznesu. Mi pomógł udział w akceleratorze, w którym na 17 zespołów aż 9 kobiet-założycielek, w tym 5 na stanowiskach CEO razem ze mną. To spory odsetek. Jeśli weźmiemy pod uwagę statystykę ile kobiet zajmuje stanowiska kierownicze na świecie, to w Unii Europejskiej mamy około 28 proc., a w Polsce według Forbes’a to aż 35 proc. Warto więc zauważyć, że nakreślamy pewne trendy.

--

Ewa Galant – absolwentka Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego i Birkbeck University of London, polska przedsiębiorczyni, współzałożycielka i CEO start-upu rozwijającego aplikację Hashiona. Wprowadzała globalną sieć coworkingową WeWork do Polski, a następnie do zachodniej Australii. Od 10 lat związana ze światem startupów i nowych technologii. 5 lat temu zdiagnozowano u niej Hashimoto. W styczniu 2020 Ewa zostawiła pracę w Australii i wróciła do Londynu, gdzie wspólnie z Konradem Koniarskim rozpoczęła pracę nad pomysłem, który miała w głowie od dawna. Założony przez nich start-up wygrał siódmą edycję ReaktoraX, dostał się do prestiżowego programu Stanforda oraz został zaproszony do Digital Innovation Health Program w Monachium. Aplikacja dostępna jest obecnie w darmowej wersji, trwa etap testów, do których można zapisywać się na stronie internetowej.