Leokadia Głogowska wspomina ten dzień z najdrobniejszymi szczegółami. Pamięta piękną wrześniową pogodę, ciszę, jaka panowała na chwilę przed uderzeniem samolotu w wieżę, powalający widok z 82. piętra na Rzekę Wschodnią, lotnisko JFK i ocean, za którym zostawiła swoje życie. W wieżowcu WTC pracowała już 8 lat i nigdy nie przestawały jej zachwycać wschody słońca i budzące się życie w szklanym biurowcu, ikonie i symbolu amerykańskiego snu.

„Zawsze przychodziłam do pracy wcześniej, o godz. 7.30. Było to ponad godzinę przed atakiem o 8.46. Była piękna pogoda, miałam z mojego okna na wschodniej ścianie wspaniały widok na Rzekę Wschodnią, lotnisko JFK i dalej na ocean. Przy dobrej widoczności rozpościerał się na odległość niemal 130 km i jak dzwoniłam do Polski, zawsze mówiłam, że nawet Polskę mogę stamtąd zobaczyć”.

Ten dzień był wyjątkowo spokojny, wyjątkowo – tak jakby zaraz świat miał się zatrzymać. I tak też się stało. 

W biurze panowała cisza. Wyjątkowo tego dnia, ze względu na szkolenia, było ok. 30 % załogi, czyli ok. 60 osób. Nagle rozległ się przerażający huk i wszystko się zatrzęsło. "W momencie uderzenia przez mgnienie oka widziałam w oknie całą masę unoszących się w powietrzu kartek papieru. Dziękuję Bogu, że oszczędził mi upiornego widoku spadających w dół rąk czy nóg. Niektórzy ludzie to widzieli”, wspomina tragiczny moment, gdy maszyna porwana przez terrorystów wbiła się w północny gmach World Trade Center.

To, co działo się potem, Leokadia wspomina jak działanie na autopilocie – instynkt samozachowawczy, dzięki któremu przeżyła. Każdy obraz pamięta tak dokładnie, jakby ktoś wiecznym piórem zapisał je w jej pamięci. 

„Jeśli ktoś natychmiast nie uciekł, po pół minucie już mógł nie wyjść żywy. Na moim piętrze od razu pojawił się gęsty dym, a za dymem szedł ogień, który wszystkim odciął drogę. Straciliśmy trzech kolegów, komputerowców. Zatrzymali się, aby zabezpieczyć system i już nie wyszli.”

Pamięta, że przeszła szkolenia przeciwpożarowe, na którym tłumaczyli jej, że powinna zachować spokój i słuchać kolejnych instrukcji, ale w panice myślała tylko jak przetrwać, gdzie biec, w którą stronę, by znaleźć się jak najszybciej na zewnątrz. Nikt nie wiedział skąd wziął się potężny huk, który przyniósł zasłonę gęstego dymu. Przez myśl jej nie przeszło, co tak naprawdę się wydarzyło. Podejrzewała awarię, trzęsienie ziemi, ale nie to, że właśnie jest w centrum wydarzeń, które na zawsze zmienią oblicze Ameryki i całego świata.

„Zejście klatką schodową zajęło mi ponad godzinę. Nikt z nas nie miał pojęcia, co się działo, co spowodowało huk, skąd się wziął dym. Myślałam w pierwszej chwili, że to trzęsienie ziemi, ale nie mogłam dociec przyczyny pożaru. Przez pierwsze 20 pięter schodziliśmy bardzo szybko”.

Kiedy w tłumie była na wysokości 44. piętra, nastąpiło kolejne potworne uderzenie – potem dowiedziała się, że to kolejny samolot uderzył w drugą, południową wieżę.

„Wszystko się znów zatrzęsło, choć nie tak mocno jak w biurze. Na klatce było już bardzo tłoczno. Wciąż nie wiedzieliśmy, co się stało, ponieważ służby bezpieczeństwa, a widzieliśmy policjantów na klatce, nas nie informowały, chociaż już znali przyczynę.”

Wyjście na świat było jak wydostanie się z klaustrofobicznej klatki, przesiąkniętej paniką tłumu. To było jak cud. Pięć minut później runęła południowa wieża. Wszyscy uciekali w kierunku Mostu Brooklińskiego – zrobiła to samo.

"Głos w mojej głowie mówił: uciekaj, natychmiast uciekaj!"

Pamięta huk walącej się wieży, spadający gruz, latające wszędzie kartki papierów, krzyki i wszechobecny kurz, który oblepił wszystkich, zacierał granicę między prawdą i rzeczywistością. Nikt nie rozumiał, co takiego się wydarzyło. Na miejscu natychmiast pojawiły się zastępy strażaków. 343 z nich nigdy już nie wróciło do domu.

Do dziś Leokadia Głogowska mierzy się z objawami stresu pourazowego – reaguje panicznym lękiem na każdy hałas, podniesiony ton głosu, trzaśnięcie drzwiami. Wie, że ten strach zostanie z nią już na zawsze – jak koszmar, którego nie da się strzepnąć z ramion po przebudzeniu.

Wie, że to, że przeżyła to był cud. 3 tysiące osób straciło życie – to, że nie była w tym gronie traktuje jak znak.

„Wiem, że moja wiara bardzo mi pomogła w wyjściu ze stresu, z całej tej opresji. Wierzę, że Pan Bóg mnie uratował. Dał mi drugą szansę. Dlatego dzielę się tym świadectwem”, wspomina.

A każda rocznica przypomina jej, że każdy dzień nie przychodzi, ale jest darowany. Mówi o sobie "urodzona 11 września".

ŹRÓDŁO: PAP.PL