Gotowanie, pieczenie było zawsze częścią jej życia. – Mam dwóch braci, moja rodzina jest duża. Już w podstawówce po powrocie ze szkoły codziennie miałam zadanie obrać 2 kg ziemniaków. Potem przychodziła z pracy mama i wspólnie przygotowywałyśmy obiad. Rodzice w ogródku hodowali warzywa, owoce. Co roku robiło się u nas mnóstwo przetworów – wspomina Agnieszka. – Potem odeszłam od kuchni, zajęły mnie inne rzeczy... Później nastał czas zachwytu nad tym, co przyszło do nas z Zachodu. Wychowywałam się w czasach kryzysu gospodarczego i ta nagła zmiana mnie także zachwyciła. Jako trzydziestokilkuletnia kobieta poczułam jednak, że nie jestem zadowolona z jakości swojego życia. Dotyczyło to życiowej energii, zdrowia. Czułam się potwornie zmęczona, stara. Chciałam napisać książkę, czegoś się nauczyć, ale zwyczajnie nie miałam na to siły. Chodziłam nieprzytomna, dokuczały mi bóle głowy, migreny, drażliwość na zmianę pogody. I ciągle na coś chorowałam. Uznałam, że mogę poprawić ten stan rzeczy poprzez jedzenie. Widziałam jednak wady polskiego sposobu odżywiania, powodujące otyłość (choć są w naszej rodzimej kuchni też wielkie wartości), z drugiej strony – poznałam świat, w którym panuje totalny kult szczupłej sylwetki i wywołany nim przymus ciągłego odchudzania się. Nie chciałam popaść w żadną z tych skrajności.

Tak zaczęła się przygoda Agnieszki z odżywianiem. – Studiowałam wszystko, co było dostępne na ten temat. Zafascynowały mnie ajurweda i medycyna chińska – z ich filozofią opartą na naturze. W zeszycie robiłam notatki i się uczyłam. Jednocześnie próbowałam różnych rzeczy. Dziś widzę przepaść między swoim starym sposobem odżywiania się a obecnym. Wprowadziłam do menu nowe produkty, np. siemię lniane, pokrzywę, różne kasze, owsiankę... Nauczyłam się je przyrządzać i zaczęłam tym nowym podejściem do jedzenia się zachwycać. Zrezygnowałam z mięsa, ale jem ryby i owoce morza, np. ze szparagami i sałatą. To jest mój sposób komponowania składników, bo nie łączę białek z węglowodanami. Piekę niemal wszystkie warzywa, również marchew i pietruszkę. Do tego trochę ziół, masło klarowane, sok z cytryny i robi się coś wspaniałego. Je do syta, nie ogranicza się. Duże śniadanie, obiad i lekka kolacja. A pomiędzy – owoce. – Przede wszystkim nasze polskie, sezonowe – zapewnia Agnieszka.

Większość posiłków przygotowuje sama. Chce wiedzieć, co je. Nie kupuje rzeczy wysokoprzetworzonych. – Zamiast bułki ze sklepu, samodzielnie upieczony chleb bez jakichkolwiek dodatków chemicznych. Nie używam kiszonek czy dżemów z marketu. Kiedyś nie doceniałam kiszonek, ale gdy poznałam kuchnię chińską i japońską, których są one ważną częścią, doceniłam też nasze polskie. Sama robię zakwas z buraków – dobrze wpływa na krew. Zamiast ryżu w woreczkach kupuję naturalny, na wagę. Nie kupuję gotowej owsianki, przygotowuję ją sama. Także granolę. I przechowuję w słoikach.

Agnieszka nie używa kostek rosołowych, polepszaczy smaku, składników w proszku. – Wolę sama zrobić wywar z naturalnych warzyw, zlewam gorący do słoików i przechowuję. Przez lata wypracowałam wiele sposobów na to, by moje gotowanie było zdrowe, ale i szybkie. Dużo pracuję, wychowuję 2-letnie dziecko, prowadzę dom, mam swoje pasje, więc nie mogę stać w kuchni przez cały dzień. Po kilku latach od rewolucji jedzeniowej Agnieszka w wieku 43 lat urodziła córkę. W ciąży, jak każda mama, musiała często się badać. – Mój lekarz robił wielkie oczy: „Pani ma wyniki jak dwudziestolatka!”. Zrobiłam test na wiek biologiczny. Wyszło, że mam... 28 lat. Nie mówię o tym,  żeby się przechwalać, ale to żywy dowód, jak bardzo organizm reaguje na to, co jemy! Na własnej skórze przekonałam się: warto dać sobie szansę i przedłużyć młodość poprzez odpowiednie jedzenie. Kiedyś non stop przyjmowałam antybiotyki, a od 2006 r. nie wzięłam ich ani razu.

Agnieszka sprzed przemian żywieniowych? – Żyłam w nieświadomości. Wcześniej wybierałam produkty, nie mając na celu odżywiania się, tylko jedzenie – przyznaje Agnieszka. Jej dwuletnia córka Helenka uwielbia warzywa, owoce, kaszę jaglaną, domaga się owsianki. – Kocha ogórki kiszone, a kiedy podaję jej zakwas buraczany, mówi: „Pycha!”. Przyzwyczajona jest do picia naparu z pokrzywy. Helenka nie zna gotowych dan słoiczkowych. Gdy kiedyś w podróży je kupiłam, nie chciała tego jeść. Inne doświadczenia mam z Michałem, moim 22-letnim synem. Gdy był dzieckiem, podawałam mu kupne kaszki, soczki. Helenkę od początku odżywiam inaczej, bo świadomie. Ma bardzo mocny układ odpornościowy. To dziecko nie choruje! Najwyżej dopada je katar i natychmiast przechodzi.

W domu Agnieszki „na zdrowe” przestawili się i syn Michał, i mąż – fotograf Robert Wolański. – Pewnego dnia nie podałam kanapek z wędliną czy serem. Oświadczyłam: „Od dziś robimy owsiankę i kasze”. Taka zmiana łatwa nie jest. Były potknięcia, dziś jednak gotuje zdrowo i pysznie. Michał musiał porzucić stare przyzwyczajenia. Dał się przekonać do zmian i teraz to docenia. Dziś wszyscy inaczej, lepiej czujemy smaki. Gdy wyruszamy w podróż i siła rzeczy pijemy, jemy rzeczy przypadkowe, to reakcja organizmu jest wymowna. Tym chętniej i z większą przyjemnością wracamy do naszej zdrowej kuchni – zapewnia.

Nie lubi fanatyzmu w żadnej dziedzinie. – Jeśli pójdę na piknik i będę miała ochotę na kiełbaskę z grilla, to nie odmówię sobie. Ważne, żeby zachować dietę – jako życiowy wybór – i zdrowy rozsadek. Nie karać się za małe odstępstwa. Aby w odżywianiu zrobić porządek, najpierw należy zrobić porządek w głowie. Podejść pozytywnie: nie – „rezygnuje, ograniczam”, ale – „otwieram się na nowe”, „zacznę żyć pełnią życia i będę zdrowa”.

Zobacz także:

Uśmiecha się, wspominając siebie z początków przemiany. – Chciałam nawrócić cały świat na swoją filozofię. Ale to nie działa! Dziś szanuje osobiste wybory. Jeśli mój gość chce zjeść kotlet schabowy, zrobię. Mam takich znajomych, ale staram się im pokazać, co ja jem. Chętnie ich tym częstuję. Mnóstwo osób nawróciłam na owsiankę. Zachęciłam: „Tylko spróbuj!”. I zaraz słyszałam radosne zaskoczenie: „Jakie to pyszne!”. Tak to działa.