Źle znosi utarte szlaki wytyczone przez biura podróży. Bo nie szuka bezpieczeństwa i luksusu. Cel jest inny. – Aby autentycznie poznać kraj, trzeba dotknąć prawdy. Czasem śmierdzi, czasem jest brudno, czasem chce się odwrócić wzrok. Ale dla mnie najmniej ciekawie zawsze pachniał tylko zły gust – wyznaje aktorka. Bo najpierw jest właśnie zapach. Inaczej czuć biedę w Afryce, inaczej na Ukrainie. – Zapamiętuję zapachy, np. zapach ze świątyni, i dźwięki, i to, co zobaczyłam w wysokich górach na Krecie 20 lat temu: maleńka wioska, nieucywilizowana, bez kanalizacji. Kobiety ubrane na czarno. Zioła, winogrona zwieszające się z tarasu jedynej tawerny. Obraz jak z filmu „Grek Zorba”. Prawda nieoszlifowana, nieugładzona, nieskażona opiniami innych. Nie dla turystów. I ten rodzaj zapachów mam w nozdrzach do tej pory.

Kazachstan, 12 lat temu. – Tam doszło do przewartościowania mojego życia – wyznaje Barszczewska. Wyjechała z ekipą Roberta Glińskiego kręcić film „Wszystko, co najważniejsze”. Pracowali w stepie. W tych surowych warunkach abstrakcyjnie wyglądał ekspres do kawy. Zielonkawy pył wciskał się w każdy por skóry. Różnica temperatur między dniem a nocą sięgała 30°C. – Na przedmieściach Ałma Aty odwiedziliśmy Polkę, Stefanię Platter. Nigdy nie byłam nastawiona na dobra materialnie, ale to, co tam przeżyłam... To spotkanie powiedziało mi, co w życiu jest najważniejsze. Panią Stefanię jako 17-latkę wywieziono z majątku na Litwie i zesłano w głąb Rosji. Dopiero w 1981 roku dostała dowód tożsamości. Wcześniej była bezpaństwowcem, nigdzie nie mogła wyjechać. Jej gospodarstwo to tylko jabłonka i świnka, w domu – stół, krzesło, leżanka. I polskie książki. A przyjęła nas całym sercem, podając na stół wszystko, co miała. Wstrząsnęło mną zestawienie tego ubogiego gospodarstwa, najprostszych sprzętów z gościnnością pani Stefanii i tym jej poczuciem szczęścia, że już jest dobrze. Bo nie jest głodna, nie brnie przez śniegi, nikt jej nie bije, nie upokarza. Nie miała kompleksów, poczucia niższości. Zapraszała mnie na wakacje! Kiedy w moich oczach zobaczyła zdziwienie, powiedziała: „Jestem tu szczęśliwa”.I uprzedzając kolejne pytanie, czy nie potrzebuje czegoś więcej, uśmiechnęła się:„Sądzisz, że potrzebuję złota? Po co? Przecież go nie zjem”.

Tamta rozmowa uświadomiła mi, że nam do życia potrzebne jest to... by żyć! To jest najważniejsze. I to było bardzo dużo. Chociaż pani Stefanii nie ma już na świecie, jej słowa wspominam do dziś. Indie. Kolejne „uderzenie”. W nocy z lotniska w Bombaju przejeżdża obok slumsów. Szczury, rynsztok i śmie-ci nie do opisania, całe rodziny leżące na chodnikach, bo tam żyją, jedzą, rodzą się i umierają. Żebracy, trędowaci, bezdomne psy. Takimi widokami nasiąka. Ona, ulepszaczka świata, która chce poprawiać wszystko dookoła. Więc także i tam. Obrusza się, dziwi, potem już... rozumie. Trzeba pozwolić żyć ludziom tak, jak chcą, choć nas może coś oburzać. – Gdy przyjeżdżam gościnnie do jakiegoś teatru i widzę w garderobie bałagan, chcę natychmiast posprzątać. Lubię mieć kontrolę nad otaczającą mnie przestrzenią. Myślę: „Przecież można inaczej, lepiej”. Wynika to z mojej potrzeby harmonii, estetyki. Okazuje się, że takim podejściem łatwo skrzywdzić, obrazić innych, naruszając ich przestrzeń. Musiałam to zrozumieć i nauczyć się szanować czyjś wybór. Nie wszyscy muszą żyć według naszych standardów. Śmietnik w Kenii to plac zabaw dla tamtejszych dzieci. Nas to brzydzi, dla nich to swojska oczywistość.

W Bombaju jest gościem na ślubie najbogatszego jubilera, Samrata Zaveri. – Bogactwo, jakie trudno sobie wy-obrazić. Toalety pań, dekoracje – wszystko kapie od złota i drogich kamieni. Kilka stacji telewizyjnych i ponad dwa tysiące gości z całego świata. Wszyscy podjeżdżali autami po czerwonym dywanie. A kilkadziesiąt metrów dalej stała obskurna budka, gdzie można było kupić papierosy na sztuki albo jednego sztacha. Te dwa światy dzieliła zaledwie ulica.

Grażyna maluje się, jak mówi jej rodzina, tylko za pieniądze. W podróży: nigdy. – Widzę tego ślady na zdjęciach: purpurowe policzki, rozwiany włos. Wygodne buty, ubranie. Wtedy nie zajmuję się sobą, tylko tym, co naokoło. Chłonę. Nie unikam spartańskich warunków. Szybko się adaptuję i odnajduję w tym pewną radość. Jedyny „luksus”, na jakim mi zależy, to żebym miała się gdzie umyć. Jak w Masauri, u Bram Himalajów, gdy z mężem i synem byli jedynymi białymi w hotelu. W nocy temperatura spadła poniżej zera. Z Bombaju na Goa podróż autobusem. 18 godzin. Ścisk. – Trzeba poczuć zapach tego autobusu, przewożonych zwierząt, rozgrzanych ciał zmieszany z wonią przypraw. Patrzę na twarze tubylców i zastanawiam się, kim są, czy są szczęśliwi, czego pragną... I utożsamiam się z nimi. Nie czuję się „inna”, „lepsza” tylko dlatego, że jestem białą turystką z Europy. Patrząc na słonie, małpy, święte krowy, czuję, że stanowię część natury, element kosmosu. W podróży człowiek pokornieje i uświadamia sobie: wszyscy jesteśmy do siebie podobni, wszyscy chcemy przeżyć – podsumowuje.

Czasem zdarza się dar od losu, zaproszenie od bogatych przyjaciół gdzieś w świecie, np. od książęcej rodziny Sapiehów, do ich posiadłości na kenijskiej wyspie Lamu. – Wyspa raj! Służba. Wychodzę z willi prosto na plażę. Pustą! I mogę nią iść kilometrami. Pięknie! Ale tam też nasuwa się myśl, że przecież bogactwo nie zapewnia szczęścia. Nie chcę nie doceniać pieniędzy, bo one są potrzebne, ale jest granica, którą ciągle przesuwamy, ponieważ chcemy więcej. Każdy człowiek, bez względu na status materialny, powinien zadać sobie pytanie: czy jest w stanie w tym samym czasie spać na kilku łóżkach?

Aktorka wierzy, że na świecie jest porządek. „Na każdy wiersz dobry jest zły wiersz”, jak śpiewał Okudżawa. – Muszą być i ci bogaci, i ci biedni. Bez jednych nie byłoby drugich. Gdziekolwiek bym była, odczucia mam te same: i biedni, i majętni chcą przeżyć. – I dodaje po chwili: – Dawno temu nieopodal Lamu rozbił się chiński statek. Część rozbitków uratowała się, dopłynęli na ląd. Dziś wielu z mieszkańców tej afrykańskiej wyspy ma skośne oczy. Życie wygrało...

Zobacz także: