Kiedy w pubie pojawił się bezbarwny, znerwicowany chłopak ze śmiesznym wąsikiem, w pierwszej chwili paczka przyjaciół kompletnie go zignorowała. Orlando zaczął zmieniać się już kilka miesięcy temu, ale znajomi kładli to na karb stresów i ciągu porażek w życiu uczuciowym gwiazdora. Bloom coraz mniej przypominał tętniącego energią przystojnego aktora. Zapadał się w siebie? Zagadka wyjaśniła się niedługo później. "Moja popularność jest winna temu, że wciąż jestem sam" - oświadczył w jednym z wywiadów. - Mam mnóstwo>>przyjaciół

Miłe złego początki

Po roli Legolasa w trylogii "Władca Pierścieni" Orlando Bloom został obwołany bożyszczem kobiet na świecie. Przystojny, męski, elokwentny - to tylko niektóre z przymiotników, które dodawano do jego nazwiska. Ale on nie zwracał uwagi na fanki. Wszędzie pojawiał się z ówczesną narzeczoną Kate Bosworth. Regularnie zdobywali miejsca w czołówkach rankingów najpiękniejszych. "Byli niesamowitą parą. Nie robili wokół siebie szumu, nie wdawali się w romanse, nie przesadzali na imprezach. A przy tym tak ślicznie wyglądali razem" - mówili przyjaciele. Do dzisiaj nie wiadomo, co sprawiło, że ten idealny, trwający prawie cztery lata związek się rozpadł. Niektórzy twierdzą, że stał za tym Brandon Routh, partner Kate z filmu "Superman", ale plotki o ich romansie nigdy nie zostały potwierdzone. Po rozstaniu Orlando znowu wskoczył na listy najlepszych hollywoodzkich kawalerów do wzięcia. Do tysięcy fanek, które zdobył po roli Legolasa, dołączyły kolejne, które uwiódł jako Will Turner z "Piratów z Karaibów". Wśród nich były także koleżanki aktora ze środowiska show-biznesu. Jako pierwsza ze słowami pocieszenia zadzwoniła piosenkarka Vanessa Minnillo.

Miłość w internecie

To był bardzo krótki romans. Skończył się prawie tak szybko, jak się zaczął. Orlando zabrał Vanessę na kolację, kilka razy pojawili się też w modnych klubach w Los Angeles. I to wszystko. Niedługo później piosenkarka zaczęła spotykać się z Nickiem Lacheyem, a aktor rzucił się w wir pracy. W nawale zajęć znalazł jednak czas na nowe znajomości. Na planie reklamówki Hondy poznał Umę Thurman. "Jest naprawdę niesamowita. Praca z nią była dla mnie zaszczytem" - mówił później Orlando. Jak przystało na dżentelmena, nie zdradził więcej szczegółów tej znajomości, ale plotkowano o częstych schadzkach w pokoju hotelowym aktorki.

Regularnie widywany był też z Kirsten Dunst, z którą spotkał się na planie dramatu "Elizabethown". Obydwoje jednak dali jasno do zrozumienia, że nigdy nie wyszli poza przyjacielskie relacje. "Orlando to jeden z najcudowniejszych chłopaków, jakich poznałam. Dlatego nie mogłabym z nim być. Na pewno wszystko by się zepsuło" - śmiała się aktorka.

A on wciąż szukał tej jedynej. Na przyjęciu poznał Penélope Cruz. Jeszcze tego samego wieczoru paparazzi przyłapali ich na pocałunkach w ciemnych zakamarkach klubu. Gorącokrwista Hiszpanka i powściągliwy Brytyjczyk? To się nie mogło udać. Byli ze sobą kilka tygodni. Tym razem na przeszkodzie uczuciu stanęły obowiązki zawodowe Orlanda. Zdjęcia do trzeciej części "Piratów z Karaibów: Na krańcu świata" wymagały wyjazdu na Bahamy. A Penélope nie chciała czekać. Kiedy aktor dogrywał ostatnie ujęcia trylogii, ona pocieszała Oliviera Martineza po rozstaniu z Kylie Minogue. To był dla niego cios. Stracił wiarę w miłość. Ale nie przestał jej szukać.

Orlando z pomocą przyjaciela stworzył profil na jednym z brytyjskich portali randkowych. "W opisie przedstawiłem wszystkie swoje cechy. I napisałem prawdę. Tylko zdjęcie nie było moje. Chciałem być pewny, że dziewczyny zwrócą uwagę na mnie, a nie na postaci, które gram w filmach" - tłumaczył. Eksperyment okazał się porażką. Do czasu ujawnienia fortelu aktor dostał tylko jedną wiadomość - powitanie od administratora portalu. Lecz kiedy publicznie przyznał, że założył fikcyjne konto i podał adres strony, każdy z zalogowanych odebrał tysiące maili. "Dziewczyny zaczęły szukać Orlanda. Przez kilka dni serwery były tak przeciążone, że musieliśmy zablokować stronę" - wściekał się szef portalu.

Zdjąć ubrania?

Pierwsze recenzje roli Orlando w "In Celebration" są zachęcające. Sztuka współczesnego brytyjskiego dramaturga Davida Storeya to remake największego sukcesu scen brytyjskich 1969 roku. Opowiada historię trzech braci, którzy po latach wracają do domu na północy Anglii, na rodzinną uroczystość. Orlando Bloom gra Stevena - najmłodszego z braci. Świąteczna atmosfera wkrótce gęstnieje, a przepaść pomiędzy poszczególnymi członkami klanu okazuje się niemożliwa do zasypania. Aż do połowy września wszystkie bilety na przedstawienie w Duke of York Theatre są wyprzedane. "Bloom zagrał Stevena z idealną dawką mrukliwości i charakterystycznymi dla osób samotnych zmianami nastrojów" - pisał krytyk "The Guardian". "Wybrylantowany wąsaty gwiazdor przez cały wieczór przykuwał uwagę publiczności. Nie była to może zbyt wymagająca rola, ale Orlando pamiętał swoje kwestie i nie wpadał na elementy scenografii" - uzupełniał ironicznie "Daily Telegraph". Opiniotwórczy "The Times" dodał, że mimo niedosytu widzów jego występem, który polegał głównie na wyglądaniu blado i wtrącaniu pojedynczych słówek, aktor podołał nowemu wyzwaniu. A tak debiut Orlanda Blooma na West Endzie podsumował magazyn "Variety": "To było wielkie ryzyko zatrudnić kogoś, kto do tej pory tylko wyglądał, w przedstawieniu, w którym wygląd jest najmniej ważny, gdzie wszystko opiera się na słowach. To, że ta sprytna sztuczka nie wyszła, nie jest tylko winą Orlanda".

Jednak według większości brytyjskich krytyków gwiazdor hollywoodzkich megaprodukcji swój debiut może uznać za udany. Orlando wiedział, co robi. Nie wahał się ani chwili. Od dawna deklarował, że ma już dość grania nierealnych superbohaterów. "Elf Legolas czy Will Turner są w porządku, ale nie istnieją. Chcę zagrać prawdziwego człowieka, ze wszystkimi jego emocjami i problemami" - mówił dziennikarzom Bloom. Jeszcze przed podpisaniem kontraktu Orlando poznał autora sztuki. David Storey nie wiedział, że ma do czynienia z gwiazdorem. "Powiedział mu o tym dopiero któryś z asystentów. To było niesamowite spotkanie. Od razu zapragnąłem wejść do tego świata, gdzie nie liczy się sławna twarz, tylko to, co sobą reprezentujesz" - opowiadał po spotkaniu aktor. Media zaczęły porównywać go do Daniela Radcliffe'a, młodszego kolegi po fachu, który z planu "Harry'ego Pottera" biegł na próby do sztuki "Equus". Na forach internetowych fanklubu aktora rozgorzała dyskusja, czy Orlando tak jak Daniel też zdecyduje się pokazać nago? Aktor publicznie zdementował te plotki. "Słyszałem je wszystkie. Ale wystarczy przeczytać sztukę. Ciekawe, w którym momencie miałbym zdjąć ubrania? To kompletnie niedorzeczne".

Życie to teatr

"Było już naprawdę źle. Zacząłem mieć dosyć samego siebie. Tego, że wciąż wracam do pustego domu" - wyznał przed premierą trzeciej części "Piratów z Karaibów". "Na szczęście dostałem szansę, na którą czekałem od dawna. Rolę w teatrze. Przynajmniej na tej płaszczyźnie mi się układa". Układa się, ale ciężko nad tym pracuje. Uczył się tekstu w każdej wolnej chwili. Całkowicie wcielił się w Stevena, postać, którą miał zagrać. Zmienił image. Specjalnie zapuścił wąsy, trochę przytył. "Takie aktorstwo to zupełnie inna szkoła. Jestem tym trochę przerażony. Malutka scena, na której uczę się występować, jest dla mnie dużo większa niż plany zdjęciowe filmów za 300 milionów dolarów" - mówił po debiucie na deskach słynnego West Endu. Pytany o sprawy sercowe smutno się uśmiecha i zmienia temat. Teraz liczy się tylko teatr.

Sylwetka gwiazdy : Orlando Bloom